Połowa sierpnia za nami. A ja mam wrażenie, jakby minęło nie - półtora miesiąca - ale co najmniej rok.
To lato migotało różnymi barwami.
Bywało pomarańczowe w swojej beztrosce.
Czerwone: rozgrzane, zmysłowe.
Błękitne w metaforach, które ujrzały w końcu światło dzienne.
Fioletowe - liminalne, przejściowe, zawieszone pomiędzy spokojem a potrzebą zmian.
Poczułam coś, czego nie czułam od dawna. Nie spokój. Nie stabilizację. Ani nawet nie gwarancję, że wszystko będzie proste i się jakoś ułoży.
Dostałam coś mocniejszego.
Przebudzenie.
Zamiast bać potykać się o własne nogi, odważnie stawiałam kroki.
Choć czasem kończyło się kontuzją. I poczuciem, że może, może to już “o jeden krok za dużo.”
A jednak - nie żałuję niczego.
Ani jednej rzeczy. Choć nie wszystko, co zrobiłam, było racjonalne.
Ale zrobiłam też rzeczy, o których marzyłam od dawna.
Ruszyłam z “English and Coffee.” Opublikowano moje wiersze i powieść.
Zawodowo i rozwojowo, był to dla mnie bardzo dobry okres.
Patrzę na to lato i myślę: lipcu, sierpniu. Jak wy zmieściliście tyle wydarzeń w tak krótkim czasie?
A przecież, przecież sama wiem, z jakiego letargu budziłam się miesiącami.
I nagle, nagle mózg i ciało powiedziały: daj nam więcej. Potrzebujemy więcej.
Kolorów. Smaków. Barw.
Całej palety tęczy.
Chciałam się delektować. Czuć. Pływać. Rozmawiać do trzeciej nad ranem. Chodzić na długie spacery i skręcać w nieznane ścieżki.
Choć jeszcze czasem mój lęk mówił: “nie rób tego”, ja robiłam coś, wbrew niemu.
Ale za to, zgodniej z samą sobą.
I może właśnie tego potrzebowałam najbardziej.
Nie kolejnej bezpiecznej przystani.
Tylko odwagi, żeby znowu wypłynąć.
---


.jpeg)
.jpg)


