Jeszcze rok temu pomyślałaby:
nie mogę.
Za gorzkie.
Zbyt pikantne.
Za kwaśne.
Nie wyjdę.
Chmurzy się.
Pada.
Zbyt wietrznie.
Nie spotkam się z koleżanką w restauracji, bo klimatyzacja dobije już i tak chore zatoki.
Nie pójdę do lasu, bo złapię kleszcza.
Nie zjem ulubionego obiadu, bo mam podejrzenie refluksu.
Znajdowała setki powodów, a właściwie - wymówek.
Żeby nie wychodzić. Nie jeść tego, co smakuje.
Nie żyć pełnią życia.
Tylko nie zadała sobie najważniejszego: po co mi to wszystko?
To nie ona sterowała swoim życiem. To ON nią sterował.
Tylko, zamiast ku pięknej wyspie, kierował ją w krę.
Oddała się mu całkowicie. Lęk zagnieździł się w jej żyłach. Krtani. Mózgu.
Konsekwentnie zabierał każdy kawałek chęci. Spokoju. Radości.
Choć chwilami wydawało jej się, że ma nad wszystkim kontrolę. Bo przecież wybiera to, co dla niej dobre. Bo zdrowie, bo rozsądek, bo bezpieczeństwo były wtedy ważniejsze.
Wszystko musiało być zaplanowane. Każdy dzień - z góry ustalony.
I mimo tego złudnego poczucia kontroli, ciągle czuła się jak w mieliźnie. Jakby coś ją paraliżowało i nie chciało puścić. Jakby trzymało niczym więźnia w kajdanach, w najbardziej opuszczonym, chłodnym lochu.
A przecież, przecież znała zupełnie inne życie.
Nie usłane różami. Nie z krainy mlekiem i miodem płynącej.
Ale z całym straganem różnych emocji i doznań.
Z uśmiechem sąsiadki. Pomocną dłonią kolegi.
Z sokiem pomarańczowym. Wędzoną ćwiartką z kurczaka.
Z wieczorami pełnymi planszówek.
Ze spacerami po lesie, w którym czyhają te okropne kleszcze.
Z weekendami w restauracji, gdzie klima powodowała ból głowy, a śmiech podczas wielogodzinnych rozmów - ból brzucha.
Powoli odzyskiwała swoje życie.
Nie idealne. Nie zawsze przewidywalne.
Ale spontaniczne. Często zabawne i pełne radości.
Radości, która, po długim czasie, zaczęła do niej wracać.
---

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz