Polub mnie na FB :)

niedziela, 29 marca 2015

..and the oscar goes to... - o Oscarach 2015.

Wiem, tegoroczna gala Oscarów już dawno (ponad miesiąc) za nami. Postanowiłam jednak napisać co nieco na temat moich odczuć związanych z tym wydarzeniem oraz jego (nie)laureatami.
Muszę przyznać, że tym razem w większości przypadków wyjątkowo zgadzam się z wyborem zwycięzców.
Ale może zacznę od...

NAJLEPSZEGO AKTORA PIERWSZOPLANOWEGO
Ok, przyznaję się bez bicia - oglądałam tylko dwa filmy, w których udział brali nominowani aktorzy, ale po obejrzeniu Teorii Wszystkiego od razu wiedziałam, że ta nagroda powinna należeć właśnie do tej osoby. Wybaczcie mi zatem, panie i panowie, ale i bez oglądania reszty śmiem twierdzić, że Eddie Redmayne po prostu zdyskwalifikował na starcie całą resztę zawodników. Zresztą, co tu dużo mówić - gdyby nie jego rola, Teoria... nie byłaby tym samym filmem na całkiem niezłym poziomie aktorskim, a stałaby się raczej takim zwykłym szaraczkiem. Chyba najbardziej zasłużona nagroda tegorocznej gali.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA - pozostawię bez komentarza (nie to, że coś nie tak, po prostu... znowu obejrzałam tylko dwa filmy, ale gra aktorska oglądanych przeze mnie pań była zbyt uboga jak na Oscary).

NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY - póki co obejrzałam samą Idę. Tak, tą (tę?) naszą polską, w bezmiar wychwalaną Idę. Tyle pozytywnych recenzji. Same ochy i achy. Wybaczcie, ale poza ładnymi kadrami i ciekawym sposobem kręcenia, nie widzę w tym filmie nic wyróżniającego się. Nie to, że jest zły, bo nie jest. Ale Oscar? Serio? Bo (znów) o Żydach?

Jedyne, co w tym filmie naprawdę mogłoby imho zasługiwać na Oscara, to gra Agaty Kuleszy, która tym samym powinna zostać nominowana i zgarnąć nagrodę dla NAJLEPSZEJ AKTORKI DRUGOPLANOWEJ. Ale na pewno nie powinna jej dostać Patricia Arquette (!). O ile sam film był jeszcze ciekawy ze względu na długość kręcenia (12 lat!), dzięki czemu można było obserwować zmiany kulturowe, o tyle sama gra głównej aktorki w filmie Boyhood pozostawiała wiele do życzenia. A przynajmniej - w żaden sposób nie wybijała się ani nie porwała. Suchota.

Z czego natomiast jeszcze jestem zadowolona to w pełni zasłużona nagroda dla NAJLEPSZEGO AKTORA DRUGOPLANOWEGO dla J.K. Simmonsa za rolę agresywnego nauczyciela muzyki w filmie Whiplash, który to swoją drogą zgarnął również nagrodę za NAJLEPSZY DŹWIĘK.

Jeśli natomiast chodzi o głównego zwycięzcę, czyli Bridman'a... cóż, tutaj mam mieszane uczucia. Z jednej strony, cały film jest jedną, wielką, na pewno świetnie zmontowaną metaforą życia i dylematów współczesnego artysty. Obrazy, muzyka, montaż są na naprawdę wysokim poziomie. Reżyser bawi się konwencjami, kolorami, a wręcz abstrakcjami i łączy je ze sobą na różne sposoby. I faktycznie, po obejrzeniu ma się wrażenie, że: tak, to jest coś innego. Coś świeżego. Że zdecydowanie zasługuje na jakieś wyróżnienie za całokształt.

Ale wiecie, co? Jest jeszcze inny film z 2014 roku, o którym jakoś nie mówiono. Przynajmniej ja o nim wcześniej nie słyszałam.



Film ma w sobie nieco z westernu, z dramatu i również  powiedziałabym, trochę z filmu psychologicznego. Reżyserem oraz jedną z głównych postaci jest aktor Tommy Lee Jones. Historia teoretycznie jest prosta: trzy chore psychicznie kobiety mają zostać przewiezione do innego stanu, w którym to dostaną wikt i opierunek. Kiedy to jednak do odważnej Mary Bee Cady (Hilary Swank) dołącza Lee Jones, znaczy George Briss, sytuacja się nieco zmienia...ale nie powiem Wam już więcej - po prostu musicie to zobaczyć. Dla historii. Dla krajobrazów (ach, te rozległe stepy!). Dla oryginalnej relacji między dwojgiem ludzi i dla jeszcze bardziej nietuzinkowego połączenia współczesności (zwróćcie uwagę na główną kobiecą rolę) i  konserwatyzmu.
Właśnie takie filmy, zastanawiające, pełne klimatu i surowości, a zarazem ciepła, powinny zasługiwać na wyróżnienie.

Co z tego, że film ten tak jakby umknął gdzieś w szeregu innych. Dla mnie, to właśnie on zasługuje na NAJLEPSZY FILM 2014 - film Homesman.

Co z tego, że nie miał on żadnej nominacji. Zresztą -  co one w ogóle znaczą? Przecież nawet najlepsi, najmądrzejsi, najserdeczniejsi ludzie, często również zostają pomijani lub besztani.
I ujmując sobie, dają świecić innym.

---
korolowa


sobota, 7 marca 2015

Great expectations


Najpierw się rodzimy. Jeśli rodzice lub dziadkowie nie mają czasu - jesteśmy wysyłani do żłobków, potem do przedszkola, aż w końcu zaczynamy naszą edukację w szkole podstawowej. I wtedy (a może już nawet wcześniej?) kończy nam się "wolność"; pojawiają się bowiem oczekiwania. Wzrastają zazwyczaj wraz wraz z naszym wiekiem (piątka? Ee, mogłeś dostać szóstkę!trója z fizyki w gimnazjum? A czemu nie czwórka?). 
W liceum wymagania wzrastają podwójnie, bo przecież nie tylko trzeba przejść do kolejnej klasy, ale i zdać maturę. To znaczy, nie tylko zdać, ale i mieć lepszy wynik od, wiecie, tej zarozumiałej Aśki i syna przyjaciela rodziny. A jak tylko spadniesz z podium, to już jest źle. Mało się starałeś. Nie chodziłeś na korepetycje z matematyki, to teraz masz. A Aśka chodziła i ma: 86% z matmy, 74% z fizyki, 81% z geografii i niezliczone, nieprzespane noce. Oczywiście, wszystko na poziomie rozszerzonym. Przed nią prestiżowe, gwarantujące świetne zarobki studia. Co z tego, że mało ją interesują. W końcu będzie żyć ponad stan -  taka chluba rodziny!

A Ty? Rezygnujesz z wybranego kierunku po trzech miesiącach, decydując się na coś zupełnie innego. Może nie jest to w stu procentach dokładnie to, co chciałbyś robić, ale jest przynajmniej bliskie Twym zainteresowaniom. A może i będzie z tego coś więcej? Dajesz Wam więc szansę - TEN związek może przetrwać.

I tak mija... kilka lat. Dojeżdżasz, więc nie masz kwitnącego życia studenckiego. Po drodze potykasz się - jeden zły ruch i koniec. Kolejny rok stracony. Nikt nie wie, jak Cię to cholernie wkurza i boli. Niektórzy nie ukrywają jednak swej radości - nareszcie, w końcu można o kimś pogadać, co za fajtłapa życiowa.
Zaczynasz myśleć o sobie jak najgorzej. Może faktycznie tutaj nie pasujesz? Nie udźwigniesz tego? Czyżbym był słabszy, niż przypuszczałem?

To pytanie gnębi Cię bardziej niż to, co naprawdę powinno. Nareszcie jednak, przy minimalnym wsparciu od najbliższych, dochodzi do Ciebie, że nieważne już, co się stanie - ważna jest Twoja przyszłość, to jak sobą pokierujesz. Próbujesz więc, w swoim zamierzeniu, po raz ostatni - udaje Ci się. Co prawda Twoja droga przez mękę nie kończy się tylko na tym - życie, studia rzucają Ci kolejne kłody pod nogi, tak zupełnie niespodziewanie. Ale tym razem nic Cię nie zniszczy. Masz w sobie siłę i determinację. Obrałeś w końcu drogę i wiesz, że trzeba przez to przejść, choćby i na początku bardzo bolało. Choćbyś miał nieraz zwątpić. Choćbyś zwątpił choć raz...

Dlatego Ty, mimo przeciwności, nie poddajesz się. Nie oszukujmy się, nie robisz tego tylko dla siebie - w końcu inni Cię tak długo wspierali, że chcesz im udowodnić, że faktycznie możesz, że ich nie zawiedziesz. Ale wiesz, że trzeba zamknąć za sobą te drzwi. Czasem to zamknięcie powoduje otwarcie kolejnych, choć nie zawsze. Niekiedy warto zastanowić się, czy aby na pewno warto dochodzić do końca pewnych bram - może, mimo poświęconego już czasu, szkoda będzie na to reszty Twojego życia? To, że zaczynamy, nie zawsze musi oznaczać, że musimy kończyć. Tym bardziej, jeśli to nijak ma się z naszą przyszłością.

Gdy jednak wiesz, że obrałeś odpowiednią drogę i finalnie znajdujesz się u celu...nagle okazuje się. że to wcale nie koniec."Będziesz robił coś jeszcze?"; "Kiedy ślub?"; "Kiedy w końcu weźmiesz się za prawo jazdy?" Ludzie zawsze mają wobec nas jakieś oczekiwania. Ale wiecie, co?
Czasami trzeba na to "zlać". Jeśli czujesz, że na obecną chwilę nie potrzebujesz niczego więcej (co przecież wcale nie oznacza, że nigdy tego nie zrobisz), nie zmuszaj się, aby zadowolić innych.


Dlatego ja na pytania o podobnym charakterze od niedawna odpowiadam: stop. Odpoczywam.
Właśnie osiągnęłam to, co zamierzałam. Reszta - może. Pewnie tak. Ale nie teraz -  za chwilę.

 



 

Dziękuję wszystkim za wsparcie!

---
korolowa

piątek, 9 stycznia 2015

Fake it 'till you make it

Dlaczego człowiek czasami zmusza się do robienia pewnych rzeczy? Dlaczego, często mimo wewnętrznego buntu. dostosowujemy się do oczekiwań społeczeństwa? Wymogów, którymi już za przeproszeniem rzygamy, ale czujemy, że MUSIMY to zrobić, bo inaczej babcia się na nas obrazi, tata pokręci groźnie palcem z miną "tylko spróbuj!", a koleżanka powie "chyba Cię pogięło"?

Powiedzmy sobie szczerze: trochę idziemy  na łatwiznę. Albo jeszcze inaczej: po prostu jesteśmy wygodni. Tak, mówię też o sobie. Szkoła, studia. praca, potem najlepiej chociaż jedno dziecko. Przykładna późniejsza żona i mama. Altruistka. Bo przecież musisz być miły, uprzejmy i poukładany. A jak nie masz pracy lub jesteś aspołeczny to, według standardowego punktu widzenia, jesteś loser'em albo jakimś innym dziwnym popaprańcem czy odrzutkiem.


Skąd takie wynurzenia? Przyglądam się ostatnio swojemu życiu coraz uważniej i kontempluję, co mogłam zrobić inaczej. Czy wybrałabym to liceum, te studia? A gdybym, będąc w gimnazjum, była bardziej pewna siebie - czy moje obecne przyjaźnie w ogóle by istniały? A może spotykałabym się teraz z kimś zupełnie innym?

Najczęściej, gdy zaczynam już robić takie rozważania nad przeszłością, w pewnym momencie dochodzę do wniosku, że teraz przecież i tak niczego nie zmienię. Jednakże, analizując tą moją past, mogę wyłapać błędy, które popełniłam i zmienić kilka rzeczy po to, aby JUŻ zacząć zmieniać przyszłość.
Ciekawe jest to, że gdy tak patrzę wstecz, wiem,  że tak naprawdę niewiele bym zmieniła, zaś jakiekolwiek przemiany dotyczyłyby głównie sfery edukacyjnej. W każdym razie, na pewno nie wybrałabym wtedy tego liceum, do którego chodziłam, ani w o ogóle żadnego innego.Zamiast tego, poszłabym do technikum. I nie pchałabym się zaraz po szkole średniej na studia, a poszła na rok do pracy związanej z czymkolwiek, co mnie choć w  minimalnym stopniu interesuje. Rozwijałabym się w tym, co lubię lub co ewentualnie mogłabym robić przez jakiś czas; ale na pewno nie w tym, co muszę. Oczywiście, że w życiu zdarzają się sytuacje kryzysowe, kiedy człowiek podejmie się każdej pracy. Równie oczywistym jest, że nie każdy zaraz musi mieć skończone studia. Nie trzeba jednak mieć ukończonych żadnych fakultetów, aby się odnaleźć w życiu. Można przecież próbować, starać się znaleźć coś, co nas chociaż trochę usatysfakcjonuje.

Wiem, zdaje się Wam, że teraz próbuję się mądrzyć. Pewnie pukacie się w czoło myśląc "a co ona tam wie".
I po części macie rację: nie wiem przecież wszystkiego, wszystkich rozumów wcale nie pozjadałam.
Ale wiecie, co? Zamiast użalać się nad swoją sytuacją, można w końcu ruszyć tyłek. Robić coś. Ale nie dla babci. taty czy koleżanki. Dla siebie.

Bo wiecie, czasami też mi się nie chce, albo dopada mnie jakaś straszna chandra, tak jak wczoraj. Wtedy masz wrażenie, że jesteś skończonym idiotą, nic nie potrafisz, a każda możliwa drobnostka doprowadza Cię do płaczu. Ale wiecie co? Czasami trzeba zagryźć zęby. W końcu po nocy musi kiedyś nastać ten cholerny dzień.

Pamiętasz ten wpis?
To teraz: weź kilka wdechów. Wypłacz się. Masz do tego pełne prawo - w końcu każdego kiedyś dopadają większe lub mniejsze chwile słabości.
Gotowy? W takim razie stań przed lustrem. Czy aby na pewno widzisz siebie?

A teraz powiedz na głos: 'Bo jak nie ja, to kto?". Głośno. Głośniej!
 
Nie bój się, że się wygłupisz. Postaw sobie cele. Według tego powiedzenia, no wiesz, fake it 'till you make it. Tylko nie bądź sztuczny. Po prostu próbuj, pracuj nad tym, co chcesz, aby było poprawione. Bo skoro chcesz, to znaczy, że to coś gdzieś w środku Ciebie drzemie.  
Małymi kroczkami, zmieniaj to, co jesteś w stanie zmienić.
Tylko zmieniając swoje nastawienie i swoje przyzwyczajenia. w tremendalny sposób zmieniasz całego siebie.

Więc wstań, otrząśnij się, spójrz jaki jesteś wartościowy i do dzieła.


 So...

źródło: www.etsy.com

 ...but do not forget to be yourself.






---
korolowa




wtorek, 23 grudnia 2014

Otwórz serce (na święta)

We wczorajszym 'Lisie'  został przeprowadzony wywiad z księdzem Janem Kaczkowskim. Choć początkowo tylko zerkałam kątem oka, a drugim czytałam wiadomości z fejsa, muszę przyznać - dałam się wciągnąć. Chorujący na raka ksiądz w przepiękny sposób rozprawiał o chorobie, śmierci i Bogu. Mówił w taki sposób, że nie chciało się go przestać słuchać. Jego wypowiedzi mnie poruszyły, między innymi ta:

"Pan Bóg nie jest paskudnym dziadem siedzącym na chmurze, który mówi: 'Kowalski, twoja gęba mi się nie podoba, będziesz miał nowotwór. Takiego Boga nie ma. Jeżeli państwo mają taki obraz Boga, to ja tu przysięgam jako katolicki kapłan w sutannie; wolałbym, żebyście byli niewierzący".

Podoba mi się to w jaki sposób ksiądz Kaczkowski podchodzi do ludzi i do ich wiary. Masz prawo nie wierzyć, ale jeśli wierzysz, to niech to będzie wiara w Boga sprawiedliwego; Boga, który nie faworyzuje. Całkiem logiczne.

Poruszyła mnie również jeszcze inna nadmieniona przez księdza kwestia, a mianowicie - jak rozmawiać z dziećmi na temat śmierci. Ksiądz namawia nas, abyśmy nie bali się otwarcie mówić o czyimś odejściu, aby wszelkie sprawy związane ze śmiercią wyjaśniać wprost i by nie pozostawiać pola do domysłów, które mogą się później wiązać z problematycznymi pytaniami [np. 'babcia odeszła' 'a kiedy wróci?...]. To mi przypomniało moją rozmowę z dziewczynką, której niedawno umarła bliska osoba. Dziewczynka ma 7-8 lat [nie pamiętam dokładnie] i mam z nią korepetycje z angielskiego. Któregoś dnia przychodzę do niej, a ona, sama z siebie, zaczyna opowiadać mi o tym jak umarł jej dziadek. Z wszelkimi detalami. Po zakończonej, trwającej kilka minut historii czuję się zmieszana i nie wiem za bardzo co powiedzieć, lęk przed zranieniem tej małej istotki niemal całkowicie mnie paraliżuje. W końcu wykrztuszam z siebie (średnio przemyślane) 'To pewnie jest ci smutno bez dziadka. Tęsknisz za nim?' Jej odpowiedź jednak zwala z nóg. 'Nie'.
W mojej głowie milion myśli naraz: jak to nie tęsknisz? Nie kochałaś go? Zrobił ci coś? Przecież dał ci na pamiątkę własnego chomika!?; po czym dziewczynka dopowiada: 'Nie tęsknię, bo on dalej jest przy mnie i mi pomaga". Boże, myślę sobie, niewiarygodne.Przecież takie rzeczy słyszy się tylko w filmach. Ledwo się powstrzymałam od płaczu, chociaż patrząc na jej mądrą, słodką buźkę, wierzcie mi - było ciężko.

Dlaczego to opisuję teraz, przed Wigilią? Bo wierzę, że żeby nauczyć się współżycia z innymi osobami (nie seksualnego, zboczuchy!) trzeba też umieć rozmawiać o śmierci. Oswajać się z nią. Ja wiem, że Wy żyjecie teraz czekoladowymi Mikołajami, karpiami i dylematem czy na Wigilię ubrać białą czy niebieską bluzkę. Ja też. Ale, kurcze, powiem Wam - coś mnie tknęło i pierwszy raz inaczej spojrzałam na święta. Postanowiłam zawiesić wszelką broń i wyjąć coś innego - serce. Boże, wiem, piszę dziś jak jakaś nawiedzona (heloł, gdzie jest ta stara, denerwująca się na wszelkiej maści religijne opowiastki Karolina!?), ale ostatnie wydarzenia jakoś...nie wiem jak to opisać, w każdym razie, wiele spraw ostatnio mocno na mnie wpłynęło. Chciałam w sumie napisać zwięzłe życzenia wesołych Świąt, ale przecież dostajecie takie co roku. Ten rok był jednak na tyle niezwykły [przynajmniej dla mnie], że nie mogę tak po prostu skończyć wpisu bez dobrej puenty.



Dlatego-kochani!-życzę Wam, abyście i Wy zawiesili broń. Niech te święta staną się do tego jedynie dobrym pretekstem, początkiem drogi, która pozwoli  nam się zmienić. Zmieniając siebie, zmieniamy również innych - zatem otwórzcie swoje serca. Niewierzący powiedzą: ale na co, przecież Boga nie ma? Być może, ale jest coś innego - bliskość, zrozumienie i zaufanie do drugiej osoby. I tego właśnie Wam życzę - nie bójmy się rozmowy, takiej szczerej i prawdziwej; bez lęku, że ktoś nas oceni. Nie bójmy się uzewnętrznić. Nie tylko na Święta.

---
korolowa

poniedziałek, 20 października 2014

Bo jak nie TY, to kto?

Czujesz, że życie ucieka Ci przez palce. Patrzysz na to, co się wokół Ciebie dzieje. Sześciolatki nie odnajdują się w szkołach. Poczekalnie w przychodniach przepełnione są narzekającymi, starszymi ludźmi. System edukacyjny, praca, służba zdrowia i jeszcze wiele innych przysparzają Cię o palpitację serca, a nawet więcej. Masz wybór: możesz dołączyć do tych rozczarowanych, lamentujących osób. Albo - możesz coś zmienić.

JEST ŹLE, WIĘC PO CO COKOLWIEK ZMIENIAĆ?
Widzisz jak Jolka dostała pracę w wielkiej firmie dzięki temu, że jej mama tam pracuje. Daniel uczył się za granicą, bo ma bogatych rodziców i tylko dlatego spełnił swoje marzenie o byciu weterynarzem. A ta wredna, ruda i w dodatku mała Kaśka dostała ciepłą posadkę w starostwie, bo jej tata przyjaźni się z kimś tam, kto zna prezydenta miasta. 'To niesprawiedliwe!' - myślisz. Może i tak, ale po co się skupiać na tym, czego i tak nie zmienimy? Sięgnij wreszcie po swoje marzenia!

NIE ZROBIĘ TEGO, BO...
Już jest dobrze, już wiesz, że szkoda marnować czas na spoglądanie na ręce i życie innych. Postanawiasz coś w sobie zmienić, osiągnąć sukces, 'zrobić sobie dobrze' na przyszłość.
Z realizacją jednak jest już gorzej. 'Nie mam pomysłu na siebie ', 'brak mi funduszy na rozpoczęcie wymarzonej firmy', 'jestem za mało atrakcyjna/zabawna/inteligentna', 'nie chcę zostawiać rodziny'.
BŁĄD ! Odrzuć wszelkie 'nie mogę/nie potrafię/nie będę wystarczająco dobra'. Z takim nastawieniem faktycznie niewiele się uda. Zamiast od nawykowego już 'och, znowu tak szaro/brzydko /nic mi się nie chce', swój poranny, lustrzany rytuał zamień na 'jestem świetna/mądra/jeszcze troszkę poćwiczę/popracuję nad sobą i na pewno dam radę!'. No pewnie, że dasz - kto jak nie Ty? :)

STARAM SIĘ, ALE MI NIE WYCHODZI
Próbujesz schudnąć, ale jeszcze daleko Ci do figury Claudii Schiffer?  Zapisałeś się na kursy/studia podyplomowe/ byłeś na stażu, ale ciągle nie możesz znaleźć wystarczająco dobrej pracy? HELOŁ - nie od razu Rzym zbudowano! Wiadomo, że job market jest jaki jest, że gospodarka w naszym cudnym kraju wygląda jak wygląda, albo ludzie mają choroby, które spowalniają chudnięcie bądź przez które nie mogą schudnąć niemal w ogóle. Bo tak jest. Każdy, kto trzeźwo patrzy na życie w Polsce (Czesław Mozil ostatnio nawet bardzo, ale o tym może kiedy indziej) również to dostrzega. Ale ten, kto ma marzenia i CHĘCI, nigdy się nie poddaje. Zatem zagryź zęby, weź się w garść i - nie na złość innym, ale samemu sobie udowodnij, że POTRAFISZ. Że się nie poddasz.  
Bo jak nie TY, to kto?

I pamiętajcie:



---
korolowa

niedziela, 28 września 2014

Samotni w sieci ?

Otwierasz laptopa, wchodzisz na fejsa. Wciąż te same twarze; jedno, drugie zdjęcie znajomej, trzecie bliskiej koleżanki z buldogiem; dziesiąte Twojej siostry z hamburgerem, z uniesionymi palcami małym i wskazującym, symbolem Szatana.
Masz dość? Hej, przecież Ty też tak robisz. I nie chodzi mi tutaj o palce.

Mówisz, że masz dość znajomych. Bo nie piszą, nie składają życzeń, nie pamiętają o Tobie. Twoje urodziny, a tu ani znaku życia, za to kolejna słit focia tej rudej cholery znowu zawitała na portal.
A Ty się nią przejmujesz...siedząc 500 kilometrów dalej. Nigdy się nie widzieliście, ale co tam. Ona jest przecież ważniejsza niż kolega z przedszkola czy kumpela z liceum (tak, ta, która pierwszy raz zabrała Cię na prawdziwą w życiu dyskotekę, i która pomalowała Cię jak clowna w cyrku).

Czekasz na Adasia. Mieliście przecież pogadać. Co z tego, że robicie to codziennie, zazwyczaj wieczorami, gdy wszystko w domu już ucicha. Chłopak nie przeszkadza, kumpela nie pomarudzi, pranie nie zatrzyma. On jest tylko z jakieś tysiąc kilometrów więcej. Tylko.

Wiesz, że potrafisz cieszyć się życiem, ale obecnie wolisz siedzieć wieczorami i rozmawiać. W sieci.
Z pozoru otwarty i towarzyski, tylko sam wiesz, jak jest naprawdę. Ciepła herbata, chipsy i Internet - to wszystko, czego Ci obecnie potrzeba do szczęścia. Tam na Ciebie czekają - Ania, Kasia, Adaś, pani Zosia i inni. Rozmawiacie o wszystkim i o niczym, poznajecie się niczym najlepsi kumple z ławki.
Z nimi zawsze jest tak świetnie. Gorzej, jak się nie odzywają. Kurcze, kto wie... może oni wolą jednak żyć realnie?

foto: tech.wp.pl



---
korolowa

wtorek, 23 września 2014

Rozmowa za gazetę

Pociąg relacji Stargard-Świnoujście. Czekam na stacji, już prawie zamarznięta, na nadjeżdżający pociąg. Jakaś kobieta, widać pani z wyższych sfer , wyraża swe niezadowolenie z powodu opóźnionego transportu publicznego: 'k***a, gdzie ten k***a pociąg do ch**, k***a'. Powtarza tak z dziesięć, no może jedenaście razy. Och, moje ukochane PKP. Przynajmniej czuję, że jestem 'u siebie'.

Siadam naprzeciw pani, ja wiem, w średnim wieku. Dowiadujemy się od konduktora, że osoby, które jadą dalej niż do Szczecina, będą musiały się przesiąść w tymże mieście, bo jest jakaś usterka i pociąg dalej nie pojedzie.
Pani z naprzeciwka zaczyna narzekać, że ma ciężkie bagaże, że jak to tak. Pyta przechodzącego konduktora, czy będzie mógł jej pomóc wynieść walizki z pociągu, przy czym całe pytanie, a w zasadzie nagły monolog poruszający różne sprawy, trwa jakieś dziesięć minut. Konduktor zniecierpliwiony oznajmia w końcu, że na pewno jej pomoże i idzie sobie (w siną dal).

No, udało mi się załatwić swoje sprawy, wracam. Rekord -  sześć minut z uczelni na pociąg. Boże, myślałam że umrę, ale dotarłam i jak tylko weszłam do środka, pociąg od razu ruszył.
Na sąsiednim siedzeniu, po drugiej stronie siedziała młoda dziewczyna, a naprzeciw niej - jakaś pani koło sześćdziesiątki. Nagle słyszę (do tej młodej dziewczyny):
- Chcesz pani poczytać? (pokazuje jej jeden z magazynów)
- A...w sumie...
(dziewczyna zaczyna przeglądać gazetę)
- Bo tam nawet za dużo nie ma, ale obrazki można pooglądać.
-No tak, tak.
(przychodzi konduktor, dziewczyna wyciąga legitymację)
- To pani studiuje?
- A, tak.
- A gdzie (dlaczego to, dlaczego tam a nie tu, dlaczego nie wolała u siebie w Toruniu, no i mnie samą do tej pory ciekawi, co jej się podoba w Szczecinie, że uważa to miasto za ładniejsze od rodzimego)?
I tak potoczyła się rozmowa, zainicjowana pożyczeniem gazety.


http://likely.pl/szukaj/czaRNO%20BIA%C5%81E,strona-130
 


Mnóstwo czasu spędziłam jeżdżąc pociągami. Obserwowałam ludzi, jak (nie)kooperują ze sobą, jak się do siebie (nie)odzywają. Dość często starsze osoby zagadywały mnie bądź innych młodych ludzi, próbując nawiązać jakiś kontakt. Czasami podejmowałam rozmowę, innym razem udawałam, że śpię. Przyznam, że nie zawsze chciało mi się dyskutować. Szkoda mi jednak tych wszystkich osób. Nierzadko powodem takiej rozmowy jest zwyczajne zabicie nudy, jednak w niemałej ilości przypadków, w tych ludziach objawiała się samotność. Niektórzy zapewne chcieliby porozmawiać, ale nie mówią nic.
Milczą i możliwe, że wewnętrznie cierpią, nie potrafiąc dać upustu swoim myślom, emocjom.

A czy Ty, mając 30-40 lat więcej, podejmiesz rozmowę, czy będziesz czytał lub spoglądał przez okno..?


---
korolowa

piątek, 12 września 2014

Od zera do bohatera, czyli na czym polega fenomen bohaterów X Factora

Słucham właśnie Wildest Moments Jessie Ware. Właściwie to puściłam sobie wersję z duetem, gdzie śpiewa ją podczas finału z Artemem Furmanem. To już kolejny raz, który słyszę to wykonanie i za każdym razem tak samo mnie wzrusza i powoduje, że przechodzą mnie dreszcze. Być może w trakcie X Factora bywało różnie, jednak podczas finału Artem udowodnił, że - ihmo - zasługuje na wygraną.
Ja jednak, choć bardzo lubię Artema, doczepiłabym się właśnie do pierwszej części mojego uprzedniego zdania.

Jak to się stało, że Artem przechodził dalej, mimo, że czasami wydawałoby się 'no nie, to juz pewnie koniec, przecież ten Kuba i Daria wymiatają'? Dlaczego pierwszą edycję wygrał Gienek Loska?
Wielu z Was (zwlaszcza, oczywiście, fanów) zaraz odezwie się 'no jak to, dlaczego, są genialni/mieli talent/w końcu się ktoś na nich poznał'. Oczywiście, nie przeczę, obydwaj panowie śpiewają ładnie (Loska ma, moim zdaniem, głos mniej czysty od Artema, ale też i bardziej oryginalny), ale... nie oszukujmy się, byli lepsi od nich, a przynajmniej prezentujący podobny poziom. Ci dwaj panowie mają jednak coś wspólnego. Co ich wyróżnia?
Przyjrzyjmy się tym osobnikom z bliska.




Obecnie 39-letni Loska, w wieku 17 lat przeprowadził się z Białorusi do Polski. Grał na ulicach,
popadł w alkoholizm. Któregoś razu przewrócił się na schodach, potrzebna była operacja neurochirurgiczna. Utracił słuch w jednym uchu. Jednak nie poddawał sie i grał dalej, nie zważając na przeszkody. Zdeklarował się, że  przestał pić. Brał udział w Szansie na Sukces oraz Mam Talent, jednak sukces odniósł w X Factorze, wygrywając jego pierwszą edycję. Obecnie gra w zespole Gienek Loska Band.

Artem pochodzi z Ukrainy. 24-latek przeprowadził się kilka lat temu do Polski i rozpoczął tu studia. Jego priorytetem było jednak granie po ulicach. Podróżował zatem po Polsce (i nie tylko), grał na ulicach Rzeszowa (chyba najbardziej kojarzony właśnie stamtąd, dokładnie ulicy 3 Maja), jednak najbardziej upodobał sobie nadmorskie miejscowości. Wziął udział w ostatniej edycji X Factora, w czasie gdy jego kraj przechodził piekło w walce z Rosjanami. Program ten (na finale którego miałam zaszczyt się pojawić) wygrał.

Czy już zauważacie pewne wspólne mianowniki? Pochodzący z innego, uboższego kraju; zmagający się z trudami życia; grający samotnie na ulicach? 
Programy takie jak X -Factor, poza wyłonieniem talentów, muszą mieć, bazować na czymś jeszcze.
Jest to ludzka historia. Poruszająca, straszna, przyprawiająca o drżenie serca. Ta historia musi sprawić, że widzom zrobi się żal danej osoby. Pamiętacie występ Artema śpiewającego Wind of change Scorpionsów?  W tle widniały obrazy wojny. Dedykacja  tej piosenki swojemu narodowi w tak strasznym dla nich okresie jedynie dociepliła ludzkie serca ... i zapewne wzmożyła liczbę oddanych smsów. I wcale nie mówię tego złośliwie, sama bardzo lubię tego chłopaka (zresztą, to mój kuzyn - tak, pochwalę się tym po raz kolejny, a co!). Chciałam tylko ukazać, jak telewizja potrafi manipulować naszymi emocjami. X Factor jest niczym innym jak programem oddajacym stare, amerykańskie marzenie. Pozwalając spełnić ten American Dream wymienionym panom, X Factor daje wierzyć polskiej społeczności, że jeśli sie chce, to można wszystko; że współczesna droga from rugs to riches - 'od zera do bohatera' - jest jak najbardziej do zrealizowania. Przynajmniej w tym programie.

---
korolowa