Polub mnie na FB :)

poniedziałek, 11 maja 2020

Huśtawka.

Obecny świat nie jest dobrym miejscem dla takich wrażliwców jak ja. Każdą krytykę przyjmujemy sto razy mocniej. Każde negatywne słowo na nasz temat rozrywa nasze wnętrze na najmniejsze cząsteczki. Wtedy od razu spada nasza samoocena. Czujemy się gorsi. Niewystarczający. Nie spełniamy kryteriów przyjętych przez ludzi... zwłaszcza tych, którzy na co dzień się, tak naprawdę, zanadto nami nie przejmują.
Szukamy potwierdzenia naszej wartości u innych. Pozytywne słowa dodają nam skrzydeł, jednak za chwilę ktoś znów nam je podcina. 
Jesteśmy jak huśtawka, która pragnie aby w końcu ktoś ją zatrzymał. Ach, niechby i, nienaruszona, pozostała w jednym miejscu. Tam, gdzie wreszcie odczuje ład i równowagę.


Całe życie jesteśmy huśtawką. Taką pełną dziecięcego szczęścia, które wznosi ku górze. Bolesnych, powodujących upadek, chwil. Radosnych, acz nazbyt krótkich wyżyn dorosłości. Góra- dół, dół-góra. Póty nasz stelaż wytrzyma i nie przewróci w stronę bezkresnego piasku.

Póki jednak piach mnie jeszcze nie pochłonął, postanawiam żyć. Nie egzystować. ŻYĆ. 
Nareszcie. 
Patrzeć w lustro i mówić osobie z naprzeciwka jak bardzo ją lubię i cenię.
Szanować swój czas, energię i swoje zdanie.
Okazywać uczucia i głębsze myśli bez strachu przed tym, co się stanie.
I nie pozostawać w strefie marzeń, lecz ostatecznie przechodzić do ich realizacji.

                                                       

Ktoś mądry powiedział kiedyś, że aby móc być kochanym, trzeba najpierw pokochać siebie.
I miał rację.

Tak samo jest z wiarą w siebie. Można lubić samego siebie, ale jednocześnie mieć niskie poczucie własnej wartości. Nie wierzyć do końca w swoje możliwości.
I czasem wystarczy, że znajdzie się ktoś, kto spowoduje, że nagle zobaczysz siebie  w zupełnie innych barwach.
I wśród, jak Ci się wydawało, arcyciekawych osób, dostrzeżesz, że Ty również jesteś niesamowity. Jedyny w swoim rodzaju. Po prostu: wyjątkowy.

I nie trzeba wszakże zaraz być lekarzem, informatykiem czy profesorem. Mądry człowiek dostrzeże  piękno prawdziwej dobroci i wrażliwości choćby i w bezdomnym, odzianym w najgorsze szaty, żebraku.

Jeśli wiec ktoś pcha Twoją huśtawkę ku dołowi, być może warto kazać mu przestać stać blisko niej. W ostateczności - możesz też zamachnąć się mocno do tyłu. Chociaż to może boleć.
Ale wiesz, co jest w tym wszystkim najciekawsze?
Że tym razem to nie Ty będziesz tym najbardziej cierpiącym.


***
Obecny świat nie jest dobrym miejscem dla takich wrażliwców jak ja.
Nie, wróć.
Obecny świat przybiera różne barwy - co rusz wpadamy w jego kolejne odcienie.
Wpadając przy okazji na osoby, które poznajemy - pozostawajmy przy tych, które na to zasługują. Niech pchają nas ku górze, jak najwyżej.
Wznoszą naszą huśtawkę swoimi słowami i czynami.

Bo z nimi, mimo wszystko, jakoś tak łatwiej mierzyć się z tym, co jeszcze przed nami.

---
korolowa


wtorek, 7 kwietnia 2020

WIELKANOC w dobie koronawirusa: wyciągam ręce, ale nikogo nie ma...

- Szybko, podaj mi cztery jajka!
- Cztery? No co ty, to wyjdzie za mało!
 -Cholera!
- Co?
- Zapomniałam o obrusie.
- Ale co z nim?
- Plama nie zeszła..
- ...
- No zapomniałam.
-  Na cały rok o nim ZAPOMNIAŁAŚ?  Gdzie ty masz łeb? Z tyłkiem miejscami go zamieniłaś?
- Aśka, Gośka, dawać mi tutaj. Z sałatką mi pomożecie. I pisanki jeszcze zrobić trzeba...


---
12 kwietnia 2020 roku. Słońce bezczelnie próbuje przedrzeć się przez lekko uchylone okna.
Jest ciepło, stwierdzasz w duchu - choć tym razem nie robi Ci to właściwie większej różnicy.
Chmury czy czyste niebo, słońce czy deszcz. Na zewnątrz to możesz co najwyżej głowę wychylić...

Już po 11. Normalnie dawno bylibyście po śniadaniu... tymczasem, nikomu nigdzie się nie spieszy.
Zdarza Ci się spać do południa i nikt z tego nie robi afery. Żadnego pośpiechu - bo i do czego?
Do pracy iść nie musisz. Właściwie - nic nie musisz. Choć przydałoby się coś czasem zjeść. Z głodu wszakże też można umrzeć.

Przeciągasz się ospale w łóżku. Drożdży nie dostałeś, więc właściwie jedyne co sobie zrobisz na święta to jajka w skorupce. Taki mały, symboliczny akcent. Udało Ci się też zamówić bezę z ulubionej kawiarni, którą już od wczoraj trzymasz w lodówce.
To nic, że zjesz ją sam. Będzie na 3 dni.

O 12 umówiliście się z rodziną na WhatsAppie. Będzie mama, Jacek i babcia Tereska.
Nikt nie będzie miał na sobie garnituru ani odświętnej sukienki. Co najwyżej ładniejszą koszulę i jasną, w miarę elegancką bluzkę. Babcia Tereska założy jednak swoje ulubione, czerwone korale.
W końcu to jednak święta.

O 12:40 rozłączycie się, bo ile można rozmawiać o tym samym bez popitki i zakąski. A propos tego ostatniego - przypomina Ci się, że nie zjadłeś jeszcze tego cholernego śniadania...

Nikt Cię jednak nie pogania. Nikt nie krzyczy, że zlew jest zapchany i trzeba zmyć kolejną serię naczyń. Ukochana babcia nie próbuje wcisnąć kolejnej sałatki.

I niby ta cisza i ten spokój są dla Ciebie czymś błogosławionym.
A jednak, przyznasz z ukłuciem w sercu, brakuje Ci tego.

Tej pysznej sałatki babci.
Rozkazującego, lecz jakże pełnego ciepła głosu Mamy.
Głupich żartów i sprośnych powiedzonek Jacka.

I wtedy uświadamiasz sobie, co w życiu jest najważniejsze.
I nagle chcesz ich wszystkich tak mocno przytulić... tylko, gdy wyciągasz ręce, zdajesz sobie sprawę, że przecież nikogo obok Ciebie dzisiaj nie ma.


To będą inne święta.

Nikt z daleka nie przyjedzie w odwiedziny.
Nie teraz.
Być może nawet nie za miesiąc.

Ale, gdy już będzie można, gdy przeminie ten najgorszy czas, wiesz, że pierwszą rzecz jaką zrobisz to będzie wizyta u kogoś bliskiego.

Przyjedziesz na cały weekend do babci.
Zaprosisz do siebie Mamę z Jackiem.
Zorganizujesz wielką imprezę dla swoich przyjaciół. Taką z planszówkami, kalamburami i czerwonym winem.

I wyściskasz ich wszystkich tak jak byście się nie widzieli przynajmniej z pół roku... bo tak zresztą najprawdopodobniej będzie.


A jeśli z kimś mieszkasz - ciesz się, bo nie wszyscy mają ten komfort.

Bo łatwiej jest przetrwać, gdy nie jest się samotnym.

Dlatego życzę Wam, mimo tej trudnej sytuacji, abyście nie tracili kontaktów ze swoimi najbliższymi.
Dzwońcie do siebie.
Piszcie do siebie.
Po to to wszystko mamy, aby się wzajemnie wspierać.

A mając  i zdrowie, i siebie nawzajem -  przetrwamy wszystko.


---
korolowa

czwartek, 19 marca 2020

Tak cicho.

Słońce otula wytęsknioną ciepła skórę.
Iskrzy na niebie jak latarnia, która nocą wyznacza drogę.

Tylko tej drogi dziś nie widać...

***
Mijamy się na ulicach niczym otępiałe zombie.
Uciekamy od siebie, choć tego nie chcemy.
Wiemy, że tak trzeba.

Pani zza lady przypomina o żółtej linii. W sklepie mogą być tylko trzy osoby.
Wychodzę więc na zewnątrz. Dobrze, że nie pada deszcz.

W środku na szczęście dostaję to, czego potrzebuję. W drugim sklepie nie jest już tak różowo, jednak najważniejsze artykuły dalej są dostępne. Póki co, stoję przy lodówkach, biorąc do ręki 30%-ową śmietankę i jogurt.
Nagle ktoś kaszle.
Dwie - trzy osoby delikatnie spoglądają w kierunku najmniej chętnie obecnie słyszanego dźwięku.
Pewnie każdy teraz błaga w myślach Boga, aby to nie było TO. Byle nie TO, myślę w duchu.
Na szczęście udaje się zachować bezpieczny dystans. W supermarkecie jest circa jakieś piętnaście osób. Chyba jeszcze nigdy, będąc tu o tej porze, nie było tu tak małego skupiska ludzi...

Zakupy pakuję jednak jak zwykle w pośpiechu, bo pan za mną nie może przejść dalej ze względu na wyznaczone, żółte linie.

Na zewnątrz wyczekują mnie już ciepłe promienie. Przytulają, szepcząc, że wszystko będzie dobrze. 
Że może nie teraz.
Że na razie dadzą ukojenie.
Że w końcu wrócimy do normalności.
Do nauczania w szkole, a nie przez kamerkę.
Do wychodzenia bez lęku, że coś nam się stanie.
Do podchodzenia do siebie jako ludzie, a nie potencjalne zagrożenie.

I kiedyś, kiedyś  się to wszystko ułoży.
I słońce oświetli nam tę drogę.

Tylko, póki co, trzeba na to jeszcze trochę poczekać.



---
korolowa


piątek, 6 marca 2020

Kobiety XXI wieku - mało kobiece?

Kobieta - dorosła osoba płci żeńskiej, która prawdopodobnie potrafi ugotować pomidorówkę "z rosołu z wczoraj", wydziergać sweterek i wyprasować mężowi koszule. Mówi jedno, robi drugie, a trzecie pomyśli. Opiekunka domowego ogniska, zwłaszcza, gdy rozżarza się ono do 37 stopni C u jej życiowego partnera i niezbędne zdaje się być rychłe wezwanie lekarza. Robi wspaniałe kanapki, z których wycina serduszka i gwiazdeczki dla dziecka, zostawiając mężowi całą najlepszą resztę. Po domu krząta się w sukience i fartuszku, aby, gdy już ukochany wróci po ciężkim dniu pracy móc, wyglądając przy tym niczym Kate Middleton, podać mu gorącą strawę.

Jakkolwiek humorystycznie by do tego nie podejść, przyznaję, że trochę marzy mi się przynajmniej częściowy powrót do pielęgnowania przez kobiety pewnych tradycji.
I choć rozumiem, że mając wolność wyboru, panie mają całkowite prawo do decydowania o sobie, to jednak - podkreślam, to jedynie moje życzenie - chciałabym, aby całkowicie nie odchodziły od pewnych przyzwyczajeń.

Widząc - latem zwłaszcza - kobietę w spodniach, zastanawiam się: ma takie piękne kształty, jakże wspaniale wyglądałaby w bladoniebieskiej sukience w dekolcie o kształcie serka. Dlaczego jej nie ubierze? Większość współczesnych kobiet jest dużo bardziej nowoczesna i wygodna: łatwiej jest założyć jeansy i jakąś koszulkę, aniżeli ładną bluzkę i dobraną do niej spódnicę; nie wspominając już o sukienkach, których to widok (niestety!) jest u młodych niewiast rzadkością.


Kolejna rzecz: umiejętności. Wiem, że i mnie pewnych brakuje. Coraz mniej wiedzy i praktycznego przygotowania do życia jest przekazywanych na kolejne pokolenia. Powody, z których to wynika, mogą być różne: brak chęci i cierpliwości ze strony rodziców i/lub potomstwa, brak pewnych predyspozycji, albo wystarczającej wiedzy i/lub umiejętności ze strony rodzica. Czasami są to też warunki mieszkalne i/lub finansowe. Choć, jak to mówią, złej baletnicy...

Wracając jednak do wątku głównego - uważam, że współczesne kobiety rzeczywiście są mało kobiece. Sama łapię się na tym, że w domu najczęściej zakładam dresy bądź ewentualnie legginsy. Zdarza się, że  przybrudzone bądź nawet lekko podziurawione. Czy tak powinno być? Oczywiście, dobrze jest się przebrać po powrocie do domu, niemniej - dalej w coś schludnego i niewyciągniętego spod sterty innych ubrań w szafie. Niegdyś kobiety chodziły po domu w sukienkach - może nie od razu od Versace, ale jednak. Ruchy feministyczne poskutkowały jednak nie tylko prawami wyborczymi czy wolnością słowa, ale i możliwością wyrażenia siebie, również za sprawą wyglądu. W rezultacie doszło do tego, że kobiety zamiast przywdziewać kolejne suknie, ciągną za suwaki od spodni z denimu i chodzą w koszulach o męskim fasonie. 

Czy to jest jednak najważniejsze?

Tak naprawdę, kobiecość to przecież nasza czułość. Opiekuńczość. Chęć niesienia pomocy tam, gdzie jej potrzebują. Nasze wewnętrzne ciepło.


I mogę życzyć sobie więcej kobiet w sukienkach. Świetnie zorganizowanych i schludnych pań domu.

Ale Wam, pozostałe drogie kobiety, życzę po prostu więcej piękna wewnętrznego. Empatii i kultury osobistej. Wyważenia i cierpliwości. Radości w oczach i na zewnątrz. Codziennego uśmiechu i dobrego słowa dla bliskich.

Wtedy będziemy najpiękniejsze. Ubrane w szczery uśmiech - czy w spodniach, czy w sukience; umiejące gotować czy wolące poświęcić się pracy, nieważne - staniemy się wtedy jeszcze bardziej przyciągające, delikatne i pogodne... lub, jednym słowem, po prostu - kobiece.

---
korolowa

czwartek, 13 lutego 2020

A gdy wypalą się iskry... czyli niewalentynkowo o związkach słów kilka.

Spojrzała za siebie.
Na ten dom.
Pełen marzeń.
Wspomnień...
***

- To kiedy możemy się spotkać?
- To zależy.
- Od?
- Czy dalej będziesz głupio obstawał przy swoim, czy w końcu zrozumiesz, że dzieci powinny zostać przy matce.
 - Kaśka, mówiłem ci, Antka biorę ze sobą.
 - A co ty myślisz, że dziecko to jest karta przetargowa? Chcesz mieć się kim opiekować, to spadaj do swojej ukochanej mamuni!

***

Gdy pierwiastki w związku się rozpadają, zanika chemia i przychodzi codzienność, łatwo popaść w rutynę, albo - dość już poważnie brzmiącą - stagnację. W tryb "byle przeżyć i się nie pozabijać." Brak podsycania wzajemnej fascynacji to jedno. Gdy do tego dochodzą jednak wychodzące na wierzch ludzkie słabości, na które to wcześniej przymykało się oko, a także brak jakiegokolwiek zainteresowania...well, to wszystko razem, nie wróży absolutnie niczego dobrego.

Bycie w związku to wyzwanie. To przede wszystkim wzajemny szacunek i zaakceptowanie partnera takim jakim jest - zarówno jego wad jak i zalet. To wspólne spędzanie czasu. Często podobne charaktery i wspólne zainteresowania. 

I o ile można zrozumieć, dlaczego dwie osoby bez formalnego przypieczętowania związku po jakimś czasie rozstają się (ze względu na niezgodność charakterów, brak wspólnych pasji, ukrywanie prawdy i wiele innych powodów, które wychodzą z czasem), tak trudno jest niekiedy pojąć, co powoduje rozłam małżeństw. I nie mam tu na myśli takich przyczyn jak zatajenie ważnych faktów, kłamstwa czy zdrady. Chodzi mi raczej o tę codzienność.


Dla wielu jest to smutna rutyna, która przypomina o tym, że mężowi lub żonie trzeba zrobić pranie, ugotować obiad na dwa, a najlepiej trzy dni, wyprasować koszulę czy zawieźć dziecko do przedszkola. Do tego znosić jego dziwnych kumpli. I wytrzymywać jej comiesięczne PMS-y. No rany boskie, przecież tego nie da się wytrzymać!

I tak odchodzą od siebie najbliżsi sobie do niedawna ludzie. Bo nie podołali we wspólnym, zwykłym życiu. Bez codziennego szampana i truskawek. Za to z workiem pełnym zmartwień i dwudziestoletnim kredytem na mieszkanie.

Bo im się nie chciało dłużej starać.

Z pokolenia mojego taty dokładnie 3 na 10 znajomych mi małżeństw postanowiło zmienić swoich życiowych partnerów. Z mojego natomiast - aż 5 na 10, czyli dokładnie 50% pierwszych małżeństw, które mi przyszły do głowy i które trwały minimum dwa lata, są już po rozwodzie. 
To zatrważająca liczba, jeśli pomyśli się o tym, że lepiej już nie będzie.
I to mnie właśnie cholernie smuci.

***

Kiedyś  ludzie byli ze sobą dla dobra rodziny.
Mimo wszystko.
Choć nie zawsze było kolorowo, to zdawali sobie sprawę, że taka jest kolej rzeczy. Że ją czeka pranie, sprzątanie i gotowanie, a jego praca, czasem pomoc przy drobnych sprawach domowych. 
Bo mieli w sobie to poczucie, że coś trzeba. Bo tego wymaga związek.. Rodzina. Idea wspólnoty i wspólnej pracy. 
Nad domem. Nad związkiem. Nad sobą samym.

Czego nam zatem życzę?
Abyśmy potrafili się w tej codzienności odnaleźć.
Mimo codziennej rutyny.
Wypalonych iskierek i braku szampana.

Szanowali się wzajemnie.
Obdarowywali codziennie dobrym słowem i uczynkiem.
Trwali ze sobą w zdrowiu i w chorobie.
Lojalności i szczerości.
I mieli w sobie dużo cierpliwości do drugiego człowieka.

Bo tylko na takich fundamentach można zbudować coś trwałego i pięknego jednocześnie.


---
korolowa

środa, 22 stycznia 2020

"Psy 3: W imię zasad" - recenzja filmu.

Nie jestem wielką fanką filmów sensacyjnych. Wstyd się przyznać, ale - właśnie z tego powodu - nigdy wcześniej nie obejrzałam ani jednej części "Psów." W ostatnim czasie udało mi się jednak naprawić ten błąd i nadrobić polską klasykę kinematografii.
Dlatego, gdy tylko usłyszałam o najnowszej produkcji Pasikowskiego, po niedługim namyśle postanowiłam sprawdzić, jakie, w porównaniu do poprzednich części, będą "Psy 3: W imię zasad."

Na seans wybrałam się dość sceptycznie nastawiona, nie spodziewając się fajerwerków, a jedynie odgrzewanych kotletów w postaci kolejnych przygód powracającego po latach bohatera.
Gdy tylko pojawiły się pierwsze sceny i moim oczom ukazał się filmowy Franz Maurer, pierwszą myślą, jaka przemknęła mi przez głowę, było: cholera, on się wcale nie zmienił.
Ten sam błysk w oku. Nonszalancki sposób bycia. Zawadiacki uśmiech. 
Jednak z każdą kolejną sceną dowiadywałam się jak bardzo się w swoim pierwszym wrażeniu pomyliłam.

Grany przez Bogusława Lindę Maurer wychodzi po 25 latach więzienia na wolność. 
Widać, że nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Po takim czasie, wiele się wszakże zmieniło. Maurer nie ma nikogo, do kogo może wrócić. Kto przyjmie go z otwartymi ramionami. Kto ugotuje mu obiad, albo chociaż zamiauczy. To wszystko stracił 25 lat temu. Pozostaje mu jedynie kolega Morawiec (Cezary Pazura), który aktualnie poszukuje syna. Franz przyłącza się do niego, bo będąc sam jak palec, twierdzi, że i tak nie ma już nic innego.


W filmie akcja jest wartka, okraszona ciekawymi, często zabawnymi dialogami, które mnie jednak trochę zbijały z tropu - miejscami nie byłam pewna, czy jestem na trzeciej części legendarnej polskiej sensacji lat dziewięćdziesiątych, czy może jednak komedii. Można by rzec, że to właściwie taki współczesny, miejscami zabawny polski western, w którym sprawiedliwość - jak zresztą było w poprzednich częściach - wymierzana jest przede wszystkim na własną rękę. 

Aktorsko imho film wypadł całkiem dobrze - zarówno starzy wyjadacze jak Linda i Pazura (Żmijewski miał tym razem zbyt małą rolę) czy młodsze pokolenie - Dorociński, Fabijański, Schuchardt - spełnili moje niewygórowane oczekiwania. Śmiem jednak twierdzić, że to właśnie świeżość, naturalność i energia tych drugich znacznie podniosły poziom filmu.

Po głębszym przemyśleniu i analizie odświeżonej postaci Maurera, dochodzę do wniosku, że Linda zagrał go najlepiej jak potrafił. Jak wycofanego,  mało już znaczącego, zagubionego w nowej rzeczywistości, dawno już dorosłego chłopca. 
Bo mimo swych sześćdziesięciu lat, Franz dalej naiwnie wierzy. Wznosi toast. Za żywych. Za martwych.

Lecz zawsze wiernych zasadom.


---
korolowa

Jeśli podobał Ci się powyższy post - udostępnij go dalej!
A jeśli chcesz podzielić się swoją opinią - zapraszam do dyskusji w komentarzach :)

niedziela, 19 stycznia 2020

All the good things come to those who are thankful - o wdzięczności.

Jej policzki przybrały kolor amarantu. Zostały spowite delikatnym muśnięciem słońca i lekkich podmuchów wiatru. Oddychała głęboko, próbując odzyskać wewnętrzną równowagę. Choć przecież, przecież i tak było dobrze.

Słyszała wszakże najpiękniejsze trele. Podziwiała zieloność traw. Dotykała chłodnego, acz nie zamarzającego policzka. 

W środku niby zimy...a może to była już inna pora roku?

Była wdzięczna za każdy dźwięk, który wyśpiewały jej dzisiaj latający przyjaciele. 
Za krajobrazy, które budziły się szybciej, niż można byłoby przypuszczać.

Za ciepło dłoni i świetliki w oczach.


To takie piękne, czuć wdzięczność.
Tak niesamowicie relaksujące uczucie...

....gdy uświadamiasz sobie, jak szczęśliwym człowiekiem jesteś.
Że masz dwie nogi i dwie ręce.
Że możesz wstać każdego dnia wiedząc, że wstajesz we własnym łóżku.
Że masz za co kupić chleb.
Że możesz tańczyć i śpiewać, i nikt nie może Ci tego zabronić.
Że masz blisko siebie choć jedną życzliwą osobę, która podniesie Twoje skrzydła, gdy przez moment nie będą mogły latać.

Za każdy oddech.
Obiad zjedzony w miłym towarzystwie.
Rodzinę. Muzykę. Filmy. Spacery.
Śpiew ptaków.
Miauknięcie kota.
Zieleń drzew.
Każde dobre słowo.

Codziennie znajdą się setki powodów do wdzięczności...
...wystarczy tylko je dostrzec, gdy są akurat na wyciągnięcie dłoni.
Tej ciepłej dłoni...

---
korolowa

A Ty, za co jesteś dziś wdzięczny?

piątek, 3 stycznia 2020

Noworocznie [nie] postanawiam.

Gdy człowiek ma za dużo wolnego, zaczyna myśleć.
Więcej myśleć.
I te myśli, które się w nim kłębią, potrzebują wyjść, odpocząć, odetchnąć. Zostać przeczytane. Wnikliwie dotknięte wzrokiem innych.

-*-*-*-
Gdy niebo za oknem nie błyszczy już tysiącem różnobarwnych świateł, a człowiek dopija ostatnią kropelkę szampana, nagle powstaje pytanie: co dalej. Ale nie takie, przykładowo, "co dalej, iść po śledzika czy zapchać się resztkami bigosu" albo "dzień w łóżku czy dzień na kanapie przed Netflixem",choć i takie wybory należy, gdy zajdzie potrzeba, podejmować. Niemniej, nie owe miałam teraz na myśli.



Patrząc na to spokojne już niebo, myślę o tym, że właśnie wkroczyłam w kolejny rok.
Rok, w którym warto kontynuować to, co się zaczęło.
Rozwijać cele, do których się dąży[ło].
Relacje, które się rozpoczęło.
A te, które się definitywnie zakończyło, pozostawić na stercie ze spalonym węglem.

Nie rozglądać się za przeszłością, tylko iść na przód.
Mniej sentymentu, więcej inspiracji.
Nowych przeżyć. Osób. Miejsc. Smaków.
Wdzięczności za to, co jest. I pełnego ekscytacji oczekiwania na to, co jeszcze przede mną.

Nie chcę jednak traktować tego jako często przemijające, noworoczne postanowienie.
Niech to będą zatem życzenia dla mnie samej.
A właściwie, dla nas wszystkich.
Tak, dla Ciebie też.

Bo po co wypełniać swe myśli przeszłością, nie dając sobie tym samym możliwości na pójście naprzód i zobaczenia tego, co znajduje się za mgłą minionych dni?



Dlatego: oddzielić mocną kreską.
Wspominać, ale nie po to, by się smucić, zadręczać czy zastanawiać "A co by było, gdyby...?"Zwyczajnie: wyciągać wnioski z doświadczeń, lecz nie wracać do nich codziennie.

Iść w przód, nie w tył...
..poszukiwać inspiracji...
...dziękować za każdy uśmiech, miły gest...
....otaczać pozytywnymi ludźmi...
...zacząć mówić "nie", gdy nie chcesz powiedzieć "tak"....
... tym, którzy na to zasługują - dawać z siebie wszystko, co najlepsze...
... dopieszczać samą siebie..
...smakować, podróżować, delektować każdą chwilą...
...zaakceptować fakt, że nigdy nie wejdę dwa razy do tej samej rzeki...
... i skupić się na tym, co chcę, aby było, bo tylko wtedy, tylko wtedy będę mogła...

... dać sobie szansę na szczęśliwą przyszłość.

---
korolowa