Dzień dobry wszystkim!
Dzień dobry - bo po północy już i teoretycznie nie wypada do nikogo pisać o tej godzinie... niemniej chciałam się z Wami podzielić refleksjami... bo tak mnie naszło... bo mam [miałam?] pysznego drinka... cola + wódka + cytryna... i choć nie lubię wódki, to to połączenie mi wybitnie posmakowało ..:)
Dlaczego teraz piszę? Ano pewnie, primo, z powodu bycia pod wpływem alkoholu... bo humor mi się trochę poprawił...
ale, wiecie co...not all that gllliter is gold...nie wszystko zloto co się świeci... czasami wydaje nam się, że jest dobrze, a tak naprawdę, to tylka przykrywka... imitacja...człowiek rozczarowuje się innym człowiekiem, po czym stwierdza, że nie może dłużej wierzyć ludziom...zaufaniem powinno się obdarzać kogoś dopiero po jakimś czasie...bo inaczej...zostają tylk niespełnione oczekiwania...
Przepraszam Was za ten bełkot, ale jestem pod wpływem, chce mi się Wam wygadać, i jest mi z tym dobrze. A. siedzi przy mnie i bada grzyby, które przywlekł z dzisiejszego spaceru. Nie pozwalam mu próbować żadnego z nich, choćby w 99.9% był jadalny. Takie jego ostatnie maniactwo - grzyby. I ja nie mam nic przeciwko, ale - co za dużo, to nie zdrowo. Dlatego i ja kończę tego mojego dziwnego posta... do usłyszenia, kochani.
---
korolowa
Polub mnie na FB :)
piątek, 5 lipca 2013
środa, 3 lipca 2013
Falling Down
Oglądając ostatnio jeden film, pomyślałam sobie : Boże, może ten film trochę wyolbrzymia niektóre sprawy, ale ukazuje dokładnie to, co dzieje się ze mną, z Tobą, z nami teraz, w tym zakichanym XXI wieku. No, może nie ze wszystkimi, jednak z całą pewnością z ilością osób większą od tych, którzy się do tego odważnie przyznają. Wybuchamy mocno skumulowanymi w sobie pokładami frustracji. Rozładowujemy w sobie napięcie tam, gdzie nie powinniśmy, tak jak główny bohater filmu 'Upadek', W. 'D-Fens' Foster (Michael Dogulas).
Pan 'D-Fens' (D-FENS to rejestracja samochodu tego bohatera; która stanowi ciekawą grę słów - słowo 'defence' po angielsku znaczy obrona) spieszy się na urodziny córki, niestety uliczny korek uniemożliwia mu jakiekolwiek przemieszczanie się. W końcu nabuzowany do granic możliwości, wysiada z samochodu i postanawia dotrzeć na przyjęcie bez używania auta, przy okazji wyładowując swój gniew na różnych osobach i nierzadko je...zabijając. W jego ręce trafia broń różnego rodzaju: od kija bejsbolowego po broń aż do bomby. Foster'em zaczyna interesować się policja, gdyż staje się on zbyt niebezpieczny dla otoczenia.
Końcówka sama w sobie jest dość ciekawa, choć wolałabym chyba inne zakończenie - na pewno bardziej pozytywne dla głównego bohatera.
Tak naprawdę, w tym filmie nie chodzi tylko o to, by umieć zapanować nad sobą w pewnych momentach, ale też i zrozumieć, że każdy ma prawo dać zdrowy upust swoim emocjom, czego nauczył się bohater 'poboczny' tego filmu, sierżant Martin Prendergast (Robert Duvall).
Czasami zbyt długo kłębione w sobie emocje mogą spowodować u nas nagły wybuch, najczęściej niestety niekończący się niczym pozytywnym. Jednak zbyt częste wyładowywanie swej agresji na innych również nie jest zachowaniem zdrowym, gdyż może doprowadzić do tego, że w końcu nikt nie będzie chciał z nami egzystować.
Czy zatem w XXI wieku, w którym liczą się szybkość, spryt i znajomości, można w ogóle znaleźć na to złoty środek?
Ja odpowiem tylko - niektórym może jest łatwiej, inni - jak i ja - mogą mieć z tym problemy; niemniej uważam, że zawsze lepiej najpierw ugryźć się w język i nic nie mówić, a frustracje odłożyć na później i je w jakiś pozytywny sposób spożytkować. Sport może być tutaj najlepszym rozwiązaniem, zwłaszcza boks czy sztuki walki typu taekwondo. Od razu możemy sobie zwizualizować nasz cel, robimy zamach i...
Pozdrawiam (;
---
korolowa
Pan 'D-Fens' (D-FENS to rejestracja samochodu tego bohatera; która stanowi ciekawą grę słów - słowo 'defence' po angielsku znaczy obrona) spieszy się na urodziny córki, niestety uliczny korek uniemożliwia mu jakiekolwiek przemieszczanie się. W końcu nabuzowany do granic możliwości, wysiada z samochodu i postanawia dotrzeć na przyjęcie bez używania auta, przy okazji wyładowując swój gniew na różnych osobach i nierzadko je...zabijając. W jego ręce trafia broń różnego rodzaju: od kija bejsbolowego po broń aż do bomby. Foster'em zaczyna interesować się policja, gdyż staje się on zbyt niebezpieczny dla otoczenia.
Końcówka sama w sobie jest dość ciekawa, choć wolałabym chyba inne zakończenie - na pewno bardziej pozytywne dla głównego bohatera.
Tak naprawdę, w tym filmie nie chodzi tylko o to, by umieć zapanować nad sobą w pewnych momentach, ale też i zrozumieć, że każdy ma prawo dać zdrowy upust swoim emocjom, czego nauczył się bohater 'poboczny' tego filmu, sierżant Martin Prendergast (Robert Duvall).
Czasami zbyt długo kłębione w sobie emocje mogą spowodować u nas nagły wybuch, najczęściej niestety niekończący się niczym pozytywnym. Jednak zbyt częste wyładowywanie swej agresji na innych również nie jest zachowaniem zdrowym, gdyż może doprowadzić do tego, że w końcu nikt nie będzie chciał z nami egzystować.
Czy zatem w XXI wieku, w którym liczą się szybkość, spryt i znajomości, można w ogóle znaleźć na to złoty środek?
foto:weblog.infopraca.pl
Ja odpowiem tylko - niektórym może jest łatwiej, inni - jak i ja - mogą mieć z tym problemy; niemniej uważam, że zawsze lepiej najpierw ugryźć się w język i nic nie mówić, a frustracje odłożyć na później i je w jakiś pozytywny sposób spożytkować. Sport może być tutaj najlepszym rozwiązaniem, zwłaszcza boks czy sztuki walki typu taekwondo. Od razu możemy sobie zwizualizować nasz cel, robimy zamach i...
Pozdrawiam (;
---
korolowa
poniedziałek, 1 lipca 2013
Wehikułem czasu do miejsca z dzieciństwa.
Hej hej!
Tak, wiem, należy mi się ochrzan za tak rzadkie pisanie. Niemniej postaram się to jakoś nadrobić dzisiejszym gigantycznym postem :).
Będąc jeszcze nastolatką marzyłam, by kiedyś, gdy będę miała chłopaka, zabrać go do miejsca mojego dzieciństwa. Dzisiaj taka okazja akurat się nadarzyła... i zabrałam mojego A. w rodzinne strony moich rodziców. Do miejsca, które wspominam czasem z utęsknieniem i żalem, że już mi po nim prawie nic nie pozostało... Panie i Panowie, kto nie zna, przedstawiam Wam ŁOBEZ!
Przytułaliśmy się tam dzisiaj naszym wspaniałym, nieocenionym PKP jeszcze przed południem .
Gdy wyszliśmy z pociągu, zaczęliśmy przemieszczać się po tym niewielkim, XIII-wiecznym miasteczku.
Choć głównym celem podróży było nie tyle zwiedzanie Łobza, co raczej 'odwiedzenie' wszystkich tych osób, których już nie ma, to i tak postanowiliśmy skorzystać z pięknej pogody i zabawić tu na dłużej niż 2 godziny.
Jak już jednak wspomniałam, naszym głównym zamiarem było odwiedzić groby moich bliskich: babć, dziadków, a także wujków, ciotek i innych.


Każdy grób to chwila zadumy. Z niemal każdą z tych osób wiążą mnie jakieś wspomnienia, niektórych znam tylko z opowieści.
Przy okazji cmentarza, to jest przy nim dość spory las, do którego to A. zaciągnął mnie dziś, prawdę mówiąc trochę na siłę :P bo strasznie chciał sprawdzić, czy nie ma tam jakichś grzybków do zabrania i zidentyfikowania (takie jego nowe hobby).
A. odpoczywający przed drugą części wycieczki, bo zaraz...
Podwórko mojego dzieciństwa ! :)
Powyżej widać blok, w którym mieszkali dziadkowie od strony mojej mamy (wcześniej był szary i bury, a mimo to bardziej...ciepły) oraz huśtawka, która jako jedyna przetrwała z całego placu zabaw. Wspaniale było porozglądać się po znajomej okolicy i wrócić myślami do dawnych lat. :)
Dosłownie kilka metrów od tych bloków i huśtawki można zobaczyć takie naturalne cuda - rzekę Regę oraz multum zielonego obszaru,, którym Łobez może się poszczycić :)
Na spacery nad Regę najczęściej chodziłam z dziadkiem od strony taty, ale lubiłam tam chodzić również i bez towarzystwa. Ta woda i zieleń niezwykle uspokajają i wyciszają.
A ten piękny 'wodospad' to nic innego jak... ścieki ;)
Przed opuszczeniem łobeskiego terenu, zaszliśmy jeszcze w jedno miejsce. Miejsce, do którego mam chyba wyjątkowy sentyment. Tam odbywały się wszystkie grille, nasze małe uroczystości, czy po prostu rodzinne wiosenno-letnie szaleństwa.
Niestety, jak widać, działka już od jakiegoś czasu nie należy do naszej rodziny. Została sprzedana. NO WAY TO ENTER.
Mimo tego smutku po utraconych bliskich, a także - w pewnym sensie - po miejscach, które już przestały być w jakiejkolwiek części moje, nie smucę się - w końcu zawsze coś musi się skończyć, aby coś innego mogło się zacząć.
Poza tym, zabrałam tutaj w końcu mojego najukochańszego łobuza na świecie, a że i jemu wycieczka się podobała, to i ja tym bardziej jestem szczęśliwa :)
Tymczasem żegnam Łobez... aż do następnych odwiedzin. Na pewno jeszcze tu wrócimy - razem :)
Tak, wiem, należy mi się ochrzan za tak rzadkie pisanie. Niemniej postaram się to jakoś nadrobić dzisiejszym gigantycznym postem :).
Będąc jeszcze nastolatką marzyłam, by kiedyś, gdy będę miała chłopaka, zabrać go do miejsca mojego dzieciństwa. Dzisiaj taka okazja akurat się nadarzyła... i zabrałam mojego A. w rodzinne strony moich rodziców. Do miejsca, które wspominam czasem z utęsknieniem i żalem, że już mi po nim prawie nic nie pozostało... Panie i Panowie, kto nie zna, przedstawiam Wam ŁOBEZ!
Przytułaliśmy się tam dzisiaj naszym wspaniałym, nieocenionym PKP jeszcze przed południem .
Gdy wyszliśmy z pociągu, zaczęliśmy przemieszczać się po tym niewielkim, XIII-wiecznym miasteczku.
Choć głównym celem podróży było nie tyle zwiedzanie Łobza, co raczej 'odwiedzenie' wszystkich tych osób, których już nie ma, to i tak postanowiliśmy skorzystać z pięknej pogody i zabawić tu na dłużej niż 2 godziny.
Jak już jednak wspomniałam, naszym głównym zamiarem było odwiedzić groby moich bliskich: babć, dziadków, a także wujków, ciotek i innych.


Każdy grób to chwila zadumy. Z niemal każdą z tych osób wiążą mnie jakieś wspomnienia, niektórych znam tylko z opowieści.
Przy okazji cmentarza, to jest przy nim dość spory las, do którego to A. zaciągnął mnie dziś, prawdę mówiąc trochę na siłę :P bo strasznie chciał sprawdzić, czy nie ma tam jakichś grzybków do zabrania i zidentyfikowania (takie jego nowe hobby).
teren przed cmentarzem wiodący do lasu
Jeśli chodzi o architekturę, to w Łobzie mimo pewnych zmian, nadal dominuje wystrój komunistyczny - czyli niewiele się tu zmieniło ;)
ten sklep kilkanaście lat temu był taki sam !
stare, od mojego urodzenia nie funkcjonujące już kino REGA
...
wchodziliśmy na moje stare podwórko!!
Podwórko mojego dzieciństwa ! :)
Powyżej widać blok, w którym mieszkali dziadkowie od strony mojej mamy (wcześniej był szary i bury, a mimo to bardziej...ciepły) oraz huśtawka, która jako jedyna przetrwała z całego placu zabaw. Wspaniale było porozglądać się po znajomej okolicy i wrócić myślami do dawnych lat. :)
Dosłownie kilka metrów od tych bloków i huśtawki można zobaczyć takie naturalne cuda - rzekę Regę oraz multum zielonego obszaru,, którym Łobez może się poszczycić :)
Most - ileż to razy przez niego przechodziłam!
Na spacery nad Regę najczęściej chodziłam z dziadkiem od strony taty, ale lubiłam tam chodzić również i bez towarzystwa. Ta woda i zieleń niezwykle uspokajają i wyciszają.
A ten piękny 'wodospad' to nic innego jak... ścieki ;)
Przed opuszczeniem łobeskiego terenu, zaszliśmy jeszcze w jedno miejsce. Miejsce, do którego mam chyba wyjątkowy sentyment. Tam odbywały się wszystkie grille, nasze małe uroczystości, czy po prostu rodzinne wiosenno-letnie szaleństwa.
Działka moich ś.p. dziadków [*]
Mimo tego smutku po utraconych bliskich, a także - w pewnym sensie - po miejscach, które już przestały być w jakiejkolwiek części moje, nie smucę się - w końcu zawsze coś musi się skończyć, aby coś innego mogło się zacząć.
Poza tym, zabrałam tutaj w końcu mojego najukochańszego łobuza na świecie, a że i jemu wycieczka się podobała, to i ja tym bardziej jestem szczęśliwa :)
Tymczasem żegnam Łobez... aż do następnych odwiedzin. Na pewno jeszcze tu wrócimy - razem :)
---
korolowa
sobota, 22 czerwca 2013
W kraju, w którym przyszło mi żyć...
Witajcie po długiej przerwie!
Wybaczcie ten postój, ale sesja i inne ważne sprawy spowodowały, że nie bardzo miałam czas na blogowanie.
Niestety mój humor dziś mimo cudownej pogody za oknem nie jest rewelacyjny, no ale nie zawsze jest idealnie.
Jeśli zatem nie chcecie się dołować, nie czytajcie tego wiersza. Gdybyście jednak czuli dziś tak samo jak ja, zachęcam do lektury.
***
w kraju w którym
przyszło mi żyć
jak mysz pod miotłą
i jak ryba bez wody
zanurzam się w gnoju
spisków i kompromisów
nie chcę dostawać chleba
za nazwisko
choć czasem zjem zupę
od Helenki za wieści o
cioci Fredzi
i wuju Józefie
nie słyszę kiedy
mówią za głośno
czasem też ich nie dosłyszę
a może po prostu
ich syczących języków
słyszeć
nie chcę
---
korolowa
czwartek, 13 czerwca 2013
Moda na...modę.
Dzień dobry wszystkim!
Ostatnio zauważyłam u siebie tendencję do zaglądania na blogi modowe.
Wciągnęłam się w to głównie przez bloga Ryfki - Szafa Sztywniary. Jest to pierwszy, na który weszłam, blog dotyczący mody (choć nie tylko) i jak dotąd zdecydowanie mój ulubiony. Ryfka wydaje się być oryginalną dziewczyną (a w zasadzie to kobietą) która wie, czego chce i poszukuje. Jej pomysły na ubranie mocno mnie inspirują - podziwiam jej styl i klasę, którą zachowuje. Najbardziej cenię sobie u niej jednak jej styl pisania - potrafi wciągnąć czytelnika tak mocno, że nie sposób oderwać oczu od jej bloga (choć przyznam szczerze, że również i od wielu ciekawych stylizacji). Jak dla mnie Ryfka jest na swój sposób blogerem idealnym - ma poczucie humoru, dystans do świata, a także stroje dopasowane w sposób niepospolity, a jednocześnie nie przekraczający tej magicznej bariery zwanej kiczem czy tandetą.
Z całego serca polecam, polecam i jeszcze raz gorąco rekomenduję bloga - myślę, że się nie zawiedziecie!
Nieco innym, niekoniecznie modowym, acz uważam, zasługującym na uwagę blogiem jest blog młodej Ani, zwanym po prostu Ankyls. Ania ma ciekawe pomysły na życie i wiele różnych zainteresowań, o czym zapewne wiele osób już wie, gdyż blog ten stale utrzymuje się w ścisłej czołówce najpopularniejszych blogów na blogspocie. Pamiętam jak weszłam tam kiedyś od niechcenia, trochę przez przypadek i zaczęłam przeglądać posty owej blogerki. Choć Ania dopiero idzie do klasy maturalnej, to myślę że niejedna przęcietna trzydziestolatka mogłaby brać przykład z jej chęci rozwoju i ogólnej postawy wobec życia. Jej pasją są fotografie, podróże i ukochany kraj - Japonia; toteż Ania stale fotografuje (nawet podczas pracy): począwszy od potraw, które chętnie jada, przez roślinki i prezenty, które wysyła oraz dostaje podczas korespondencji z ludźmi z innych krajów, a na zawartości swej szafy skończywszy.
Myślę, że o wyżej wymienionych osobach można pisać wiele takich pozytywnych rzeczy w nieskończoność, a jest jeszcze kilka blogów, którymi się w jakiś sposób zachwyciłam - chociażby opisany przeze mnie jakiś czas temu Literacki Blog Jedenastolatki czy też zaprzyjaźniony blog Mrugamy - na które mi jednak nie starczy czasu (choć niekoniecznie są one akurat o modzie, to i tak gorąco zachęcam do odwiedzenia!).
Powyższe blogi są dla mnie zatem czymś w rodzaju dobrego czarodzieja, który zmienia mój nastrój w bardziej bajkowy i kolorowy, przed którym uciekają nawet największe cienie.
Niestety zauważyłam przesyt blogów modowo-kosmetycznych.
Gdzie się nie ruszę - tu jakieś stylizacje, tu jakaś macha szminką, a tam jeszcze inna układa fryzury. Z jednej strony to fajnie, że ludzie chcą o tym pisać, rozwijać się i dzielić z innymi swoimi pasjami. Z drugiej - jeśli patrzę na czterdziestą trzecią dziewczynę pokazującą jak optycznie powiększyć oko, to -za przeproszeniem - mam ochotę wymiotować, a już zwłaszcza, gdy widać, że się na tym nie zna. Nie wiem, czy ktoś z Was to widział, ale na Youtube.com jest teraz multum DZIEWCZYNEK próbujących pokazać 'jak umalowac sie do szkoły' itd.
Wiek takowej panienki nie sięga czasem nawet 12 lat. No ale, w sumie czego ja się tutaj czepiam. Za kilka lat wyrosną z nich największe znawczynie pudrowego pędzla i to dopiero będzie dla mnie shame (shame on me!).
Ale ale, wracając do blogów. Jak już napisałam, jest wiele wartościowych i ciekawych internetowych pisadeł, są jednak i takie, które po prostu dobijają mnie tak bardzo, że aż mi się jeść odechciewa (a to rzadkie zjawisko jest!).
Nie jestem po prostu w stanie pojąć jak ktoś, kto - przynajmniej według mnie - ubiera się jak strach na wróble, a próbuje udawać modowego znawcę. Czasami i najlepszemu zdarzy się delikatnie przegiąć, ale nie niemalże za każdym razem, jak zdarza się to pani 'Divie'. Przepraszam z góry wszelkich jej fanów, ale ja poważnie poza byciem oryginalnym na siłę i megakiczowatością, w tym blogu nie widzę nic ciekawego. Seriously. Jak toleruję większość różnych, dziwacznych nawet strojów, tak wielu jej stylizacji nigdy nie zaakceptuję. Ale może to ja jestem 'inna' - w końcu wielu ludziom podoba się jej styl ubierania.
Choć tak się zastanawiam nad tym, czy jest jakaś granica fantazji w łączeniu strojów. Czy skupiać się na sobie, czy na tym, co mówi masa? Przecież chcemy się wyróżniać, nie chcemy być postrzegani jak jedna wielka plama...choć, tak z drugiej strony, tak do końca nigdy przecież nie jest i nie będzie, bo zawsze musi powstać jakiś pierwowzór, ażeby mogła powstać cała reszta.
---
korolowa
Ostatnio zauważyłam u siebie tendencję do zaglądania na blogi modowe.
Wciągnęłam się w to głównie przez bloga Ryfki - Szafa Sztywniary. Jest to pierwszy, na który weszłam, blog dotyczący mody (choć nie tylko) i jak dotąd zdecydowanie mój ulubiony. Ryfka wydaje się być oryginalną dziewczyną (a w zasadzie to kobietą) która wie, czego chce i poszukuje. Jej pomysły na ubranie mocno mnie inspirują - podziwiam jej styl i klasę, którą zachowuje. Najbardziej cenię sobie u niej jednak jej styl pisania - potrafi wciągnąć czytelnika tak mocno, że nie sposób oderwać oczu od jej bloga (choć przyznam szczerze, że również i od wielu ciekawych stylizacji). Jak dla mnie Ryfka jest na swój sposób blogerem idealnym - ma poczucie humoru, dystans do świata, a także stroje dopasowane w sposób niepospolity, a jednocześnie nie przekraczający tej magicznej bariery zwanej kiczem czy tandetą.
Z całego serca polecam, polecam i jeszcze raz gorąco rekomenduję bloga - myślę, że się nie zawiedziecie!
Nieco innym, niekoniecznie modowym, acz uważam, zasługującym na uwagę blogiem jest blog młodej Ani, zwanym po prostu Ankyls. Ania ma ciekawe pomysły na życie i wiele różnych zainteresowań, o czym zapewne wiele osób już wie, gdyż blog ten stale utrzymuje się w ścisłej czołówce najpopularniejszych blogów na blogspocie. Pamiętam jak weszłam tam kiedyś od niechcenia, trochę przez przypadek i zaczęłam przeglądać posty owej blogerki. Choć Ania dopiero idzie do klasy maturalnej, to myślę że niejedna przęcietna trzydziestolatka mogłaby brać przykład z jej chęci rozwoju i ogólnej postawy wobec życia. Jej pasją są fotografie, podróże i ukochany kraj - Japonia; toteż Ania stale fotografuje (nawet podczas pracy): począwszy od potraw, które chętnie jada, przez roślinki i prezenty, które wysyła oraz dostaje podczas korespondencji z ludźmi z innych krajów, a na zawartości swej szafy skończywszy.
Myślę, że o wyżej wymienionych osobach można pisać wiele takich pozytywnych rzeczy w nieskończoność, a jest jeszcze kilka blogów, którymi się w jakiś sposób zachwyciłam - chociażby opisany przeze mnie jakiś czas temu Literacki Blog Jedenastolatki czy też zaprzyjaźniony blog Mrugamy - na które mi jednak nie starczy czasu (choć niekoniecznie są one akurat o modzie, to i tak gorąco zachęcam do odwiedzenia!).
Powyższe blogi są dla mnie zatem czymś w rodzaju dobrego czarodzieja, który zmienia mój nastrój w bardziej bajkowy i kolorowy, przed którym uciekają nawet największe cienie.
Niestety zauważyłam przesyt blogów modowo-kosmetycznych.
fashioncampus.it
Gdzie się nie ruszę - tu jakieś stylizacje, tu jakaś macha szminką, a tam jeszcze inna układa fryzury. Z jednej strony to fajnie, że ludzie chcą o tym pisać, rozwijać się i dzielić z innymi swoimi pasjami. Z drugiej - jeśli patrzę na czterdziestą trzecią dziewczynę pokazującą jak optycznie powiększyć oko, to -za przeproszeniem - mam ochotę wymiotować, a już zwłaszcza, gdy widać, że się na tym nie zna. Nie wiem, czy ktoś z Was to widział, ale na Youtube.com jest teraz multum DZIEWCZYNEK próbujących pokazać 'jak umalowac sie do szkoły' itd.
Wiek takowej panienki nie sięga czasem nawet 12 lat. No ale, w sumie czego ja się tutaj czepiam. Za kilka lat wyrosną z nich największe znawczynie pudrowego pędzla i to dopiero będzie dla mnie shame (shame on me!).
Ale ale, wracając do blogów. Jak już napisałam, jest wiele wartościowych i ciekawych internetowych pisadeł, są jednak i takie, które po prostu dobijają mnie tak bardzo, że aż mi się jeść odechciewa (a to rzadkie zjawisko jest!).
Nie jestem po prostu w stanie pojąć jak ktoś, kto - przynajmniej według mnie - ubiera się jak strach na wróble, a próbuje udawać modowego znawcę. Czasami i najlepszemu zdarzy się delikatnie przegiąć, ale nie niemalże za każdym razem, jak zdarza się to pani 'Divie'. Przepraszam z góry wszelkich jej fanów, ale ja poważnie poza byciem oryginalnym na siłę i megakiczowatością, w tym blogu nie widzę nic ciekawego. Seriously. Jak toleruję większość różnych, dziwacznych nawet strojów, tak wielu jej stylizacji nigdy nie zaakceptuję. Ale może to ja jestem 'inna' - w końcu wielu ludziom podoba się jej styl ubierania.
Choć tak się zastanawiam nad tym, czy jest jakaś granica fantazji w łączeniu strojów. Czy skupiać się na sobie, czy na tym, co mówi masa? Przecież chcemy się wyróżniać, nie chcemy być postrzegani jak jedna wielka plama...choć, tak z drugiej strony, tak do końca nigdy przecież nie jest i nie będzie, bo zawsze musi powstać jakiś pierwowzór, ażeby mogła powstać cała reszta.
---
korolowa
wtorek, 4 czerwca 2013
Apele, protesty i inne dziwne polskie manifesty.
Ostatnie zamierzenia posłów PO, PIS-u i PSL wzbudziły ogromne kontrowersje wśród Polaków. Ściślej mówiąc, chodzi mi o pomysł, którego wdrożenie oznaczałoby koniec niedziel pracujących dla pracowników sklepów wielkopowierzchniowych .
Politycy tłumaczą swój pomysł tym, że niedziele pracownicy powinni przeznaczać na spędzanie czasu ze swoimi rodzinami, zamiast na pracy w super- czy hipermarketach.
Pomijając jednak plany naszych polityków, list w sprawie zakazu wykonywania innego rodzaju pracy w niedziele wystosowała także grupa Polaków. Tym razem zakaz pracy w siódmy dzień tygodnia miałby obejmować kolejarzy.
Jak jeszcze zrozumiałabym powody zamknięcia sklepów (bo zakupy można jeszcze przewidzieć i wyposażyć się we wszelkie produkty dzień przed), tak za cholerę nie zrozumiem koncepcji z odwołaniem pociągów. Oczywiście wiem, co to ma na celu - dać szansę osobom pracującym na kolei na spędzenie czasu z żoną, babcią, bratem oraz innymi członkami familii. Ale co z osobami dojeżdżającymi do domów właśnie w niedzielę, np studentami zaocznymi? Co ze studentami, którzy przyjeżdżają pociągami z domu na stancję - mamy im zrobić przymusowy dłuższy pobyt i poniedziałkowy, niekoniecznie przyjemny, ranny powrót?
Czy to czasem nie mija się z celem?
I - wreszcie - co z osobami, które jedynie w niedziele mają właśnie czasy, by dojechać do swych rodzin - mamy im to prawo odebrać? Ja, jako osoba bez prawa jazdy i samochodu, nie zgadzam się - to niczego nie ułatwi, a wręcz przeciwnie!
Ta sama grupa osób apelujących o wyżej wymienione, zapowiedziała już swoje przyszłe petycje, pod warunkiem akceptacji tej z PKP.
'Zachęcamy do poparcia naszej akcji. Obiecujemy że nie spoczniemy na laurach. Jeżeli wygramy z koleją przygotujemy też kolejne wnioski:
- koniec z zajęciami w niedzielę dla studentów zaocznych. Profesorowie skarżą się nam, że muszą poświęcać niedzielę kosztem rodziny na rzecz studentów, którzy równie dobrze mogliby się uczyć od poniedziałku do soboty;
- koniec z otwartymi restauracjami w niedzielę - dzięki temu kelnerzy mogliby podawać w niedzielę obiad swoim dzieciom, a kucharze mogliby gotować swoim rodzinom, a nie jak dziś hipsterom, którym z lenistwa nie chce się nastawić rosołu;
- koniec z występami w niedzielę polityków, którzy w wolny dzień pielgrzymują do nadawanych na żywo audycji w TVN 24 czy innym Radiu Z. Niech taki Hofman czy Kłopotek siedzą w domu. Niech zamiast odpowiadać na pytania Rymanowskiego czy Olejnik, odpowiadają na pytania swoich dzieci i żon.'
A ja mam propozycję: może w niedzielę w ogóle nie róbmy NIC?
Politycy tłumaczą swój pomysł tym, że niedziele pracownicy powinni przeznaczać na spędzanie czasu ze swoimi rodzinami, zamiast na pracy w super- czy hipermarketach.
Pomijając jednak plany naszych polityków, list w sprawie zakazu wykonywania innego rodzaju pracy w niedziele wystosowała także grupa Polaków. Tym razem zakaz pracy w siódmy dzień tygodnia miałby obejmować kolejarzy.
Jak jeszcze zrozumiałabym powody zamknięcia sklepów (bo zakupy można jeszcze przewidzieć i wyposażyć się we wszelkie produkty dzień przed), tak za cholerę nie zrozumiem koncepcji z odwołaniem pociągów. Oczywiście wiem, co to ma na celu - dać szansę osobom pracującym na kolei na spędzenie czasu z żoną, babcią, bratem oraz innymi członkami familii. Ale co z osobami dojeżdżającymi do domów właśnie w niedzielę, np studentami zaocznymi? Co ze studentami, którzy przyjeżdżają pociągami z domu na stancję - mamy im zrobić przymusowy dłuższy pobyt i poniedziałkowy, niekoniecznie przyjemny, ranny powrót?
Czy to czasem nie mija się z celem?
I - wreszcie - co z osobami, które jedynie w niedziele mają właśnie czasy, by dojechać do swych rodzin - mamy im to prawo odebrać? Ja, jako osoba bez prawa jazdy i samochodu, nie zgadzam się - to niczego nie ułatwi, a wręcz przeciwnie!
Ta sama grupa osób apelujących o wyżej wymienione, zapowiedziała już swoje przyszłe petycje, pod warunkiem akceptacji tej z PKP.
'Zachęcamy do poparcia naszej akcji. Obiecujemy że nie spoczniemy na laurach. Jeżeli wygramy z koleją przygotujemy też kolejne wnioski:
- koniec z zajęciami w niedzielę dla studentów zaocznych. Profesorowie skarżą się nam, że muszą poświęcać niedzielę kosztem rodziny na rzecz studentów, którzy równie dobrze mogliby się uczyć od poniedziałku do soboty;
- koniec z otwartymi restauracjami w niedzielę - dzięki temu kelnerzy mogliby podawać w niedzielę obiad swoim dzieciom, a kucharze mogliby gotować swoim rodzinom, a nie jak dziś hipsterom, którym z lenistwa nie chce się nastawić rosołu;
- koniec z występami w niedzielę polityków, którzy w wolny dzień pielgrzymują do nadawanych na żywo audycji w TVN 24 czy innym Radiu Z. Niech taki Hofman czy Kłopotek siedzą w domu. Niech zamiast odpowiadać na pytania Rymanowskiego czy Olejnik, odpowiadają na pytania swoich dzieci i żon.'
A ja mam propozycję: może w niedzielę w ogóle nie róbmy NIC?
Czekam na Wasze opinie dotyczące tej sprawy!
---
korolowa
piątek, 31 maja 2013
Z dowodem tożsamości w...mięsnym sklepie.
Cześć i czołem!
Dzisiaj miałam interesującą sytuację w sklepie. Otóż wybieram sobie kiełbaski do domu, przychodzi do płatności.
Była jakaś tam kwota, już nie pamiętam, z dwoma czy trzema groszami.
Ekspedientka do mnie:' To masz może ten jeden czy dwa grosiki?'. Ja już czujniej, jednak spokojnie i miło odpowiadam, że szukam, ale niestety nie mam.
'Aha, no trudno' (dodam, że to była nowa, dość młoda ekspedientka, więc mnie, co prawda, nie znała).
Ja już zabieram swoje rzeczy, po czym słyszę:' A dać ci woreczek?', co mnie już, delikatnie mówiąc, poirytowało, jednak dalej zachowywałam pion, mówiąc do siebie w duchu: nie, tym razem mnie to nie zirytuje. Jednak gdy usłyszałam 'A może Ci jednak zapakuję w torebeczkę?' to po prostu nie wytrzymałam i oznajmiłam tej przemiłej pani najspokojniejszym tonem na jaki tylko mogłam się w tamtej chwili zdobyć, że wiem, że może tego po mnie nie widać, ale mam 25 lat. Niestety owa pani zamiast od razu powiedzieć 'a,to przepraszam', czy po prostu przejść na ton formalny zaczęła się tłumaczyć,że ona po prostu zwracała się do mnie jak do rówieśnicy, czym mi totalnie podpadła. Widząc jednak mój zabójczy wzrok ostatecznie poprawiła się i przeprosiła, po czym ja, w niezwykle spokojny i przemiły wręcz sposób odpowiedziałam jej, że 'nic się nie stało'. Wyszłam jednak z podniesionym z lekka ciśnieniem. Może nawet nie z lekka.
Ja rozumiem, że wyglądam dość młodo, delikatnie mówiąc. Rozumiem, że ewentualnie można się zagalopować/pomylić/ źle ocenić wiek danej osoby i coś tam głupiego palnąć, no naprawdę to rozumiem (aż za dobrze!), ale ona się jeszcze bardziej pogrążyła swoimi dziwnymi wyjaśnieniami. Jak będzie miała 40 lat to też będzie mówiła swojej rówieśnicy na 'Ty'?
Widać, że dziewczyna była nowa, dlatego się powstrzymałam od komentarzy i dlatego też moja reakcja była tak liberalna. Sytuacji, gdzie przy zakupie alkoholu musiałam pokazać dowód, po czym ekspedientka rozpływała się nad moim niezwykle młodym i dziewczęcym wizerunkiem były niezliczone miliony. Do tego w miarę jednak przywykłam i takie incydentalne 'wtopy' traktuję z przymrużeniem oka.
Ale ja rozumiem, kupowanie alkoholu, gdzie trzeba mieć skończone 18 lat, a mi czasami dają i z 16 (w zależności od image'u). Ale nie rozumiem, czemu w sklepie mięsnym 'moja rówieśnica' zwracała się do mnie jak do jakiegoś podlotka, który ma co najwyżej 12 lat.
Z jednej strony taki 'młody wygląd' jest fajny, a przynajmniej fajny w starszym wieku, gdzie Twoje koleżanki mają i wyglądają na lat trzydzieści kilka, a Tobie dają ledwie dwudziestkę.
Z drugiej - co jest dość irytujące - niemal zawsze trzeba mieć ze sobą dowód tożsamości. Nawet - jak widać na moim przykładzie - w mięsnym sklepie. Amen.
---
korolowa
Dzisiaj miałam interesującą sytuację w sklepie. Otóż wybieram sobie kiełbaski do domu, przychodzi do płatności.
Była jakaś tam kwota, już nie pamiętam, z dwoma czy trzema groszami.
Ekspedientka do mnie:' To masz może ten jeden czy dwa grosiki?'. Ja już czujniej, jednak spokojnie i miło odpowiadam, że szukam, ale niestety nie mam.
'Aha, no trudno' (dodam, że to była nowa, dość młoda ekspedientka, więc mnie, co prawda, nie znała).
Ja już zabieram swoje rzeczy, po czym słyszę:' A dać ci woreczek?', co mnie już, delikatnie mówiąc, poirytowało, jednak dalej zachowywałam pion, mówiąc do siebie w duchu: nie, tym razem mnie to nie zirytuje. Jednak gdy usłyszałam 'A może Ci jednak zapakuję w torebeczkę?' to po prostu nie wytrzymałam i oznajmiłam tej przemiłej pani najspokojniejszym tonem na jaki tylko mogłam się w tamtej chwili zdobyć, że wiem, że może tego po mnie nie widać, ale mam 25 lat. Niestety owa pani zamiast od razu powiedzieć 'a,to przepraszam', czy po prostu przejść na ton formalny zaczęła się tłumaczyć,że ona po prostu zwracała się do mnie jak do rówieśnicy, czym mi totalnie podpadła. Widząc jednak mój zabójczy wzrok ostatecznie poprawiła się i przeprosiła, po czym ja, w niezwykle spokojny i przemiły wręcz sposób odpowiedziałam jej, że 'nic się nie stało'. Wyszłam jednak z podniesionym z lekka ciśnieniem. Może nawet nie z lekka.
Ja rozumiem, że wyglądam dość młodo, delikatnie mówiąc. Rozumiem, że ewentualnie można się zagalopować/pomylić/ źle ocenić wiek danej osoby i coś tam głupiego palnąć, no naprawdę to rozumiem (aż za dobrze!), ale ona się jeszcze bardziej pogrążyła swoimi dziwnymi wyjaśnieniami. Jak będzie miała 40 lat to też będzie mówiła swojej rówieśnicy na 'Ty'?
Widać, że dziewczyna była nowa, dlatego się powstrzymałam od komentarzy i dlatego też moja reakcja była tak liberalna. Sytuacji, gdzie przy zakupie alkoholu musiałam pokazać dowód, po czym ekspedientka rozpływała się nad moim niezwykle młodym i dziewczęcym wizerunkiem były niezliczone miliony. Do tego w miarę jednak przywykłam i takie incydentalne 'wtopy' traktuję z przymrużeniem oka.
Ale ja rozumiem, kupowanie alkoholu, gdzie trzeba mieć skończone 18 lat, a mi czasami dają i z 16 (w zależności od image'u). Ale nie rozumiem, czemu w sklepie mięsnym 'moja rówieśnica' zwracała się do mnie jak do jakiegoś podlotka, który ma co najwyżej 12 lat.
Z jednej strony taki 'młody wygląd' jest fajny, a przynajmniej fajny w starszym wieku, gdzie Twoje koleżanki mają i wyglądają na lat trzydzieści kilka, a Tobie dają ledwie dwudziestkę.
Z drugiej - co jest dość irytujące - niemal zawsze trzeba mieć ze sobą dowód tożsamości. Nawet - jak widać na moim przykładzie - w mięsnym sklepie. Amen.
---
korolowa
czwartek, 30 maja 2013
'Sukienka', czyli jak można zaintonować wiersz :)
Hej hej!
Ostatnio umieszczałam tu swój wiersz pod tytułem 'Sukienka'. Jedna z osób odwiedzających mojego bloga podesłała mi nagranie, w którym ukazuje swoją interpretację wiersza jeśli chodzi o modulację głosem (troszkę inaczej go intonuje niż ja to bym zrobiła).
Niemniej bardzo mnie to ucieszyło, zwłaszcza, że wybrała do tego ciekawy podkład muzyczny.
Zachęcam zatem do odsłuchania!
Głosowa interpretacja wiersza by megi0505
PS
Obiecuję, że niedługo napiszę nieco treściwszego posta :)
---
korolowa
Ostatnio umieszczałam tu swój wiersz pod tytułem 'Sukienka'. Jedna z osób odwiedzających mojego bloga podesłała mi nagranie, w którym ukazuje swoją interpretację wiersza jeśli chodzi o modulację głosem (troszkę inaczej go intonuje niż ja to bym zrobiła).
Niemniej bardzo mnie to ucieszyło, zwłaszcza, że wybrała do tego ciekawy podkład muzyczny.
Zachęcam zatem do odsłuchania!
Głosowa interpretacja wiersza by megi0505
tu (niestety tylko przez miesiąc)
PS
Obiecuję, że niedługo napiszę nieco treściwszego posta :)
---
korolowa
Subskrybuj:
Posty (Atom)





