Polub mnie na FB :)

sobota, 13 sierpnia 2016

Ulubione miejsca, czyli spacer po Stargardzie


Jak dobrze czasami jest sobie pofolgować. Po ciężkim, stresującym tygodniu z miłą chęcią razem z A.wybraliśmy się na spacer po Stargardzie. Ostatnimi czasy, z racji zakupu przez A. samochodu oraz przepięknej pogody (nie mówię akurat o minionym tygodniu), najczęściej jeździliśmy nad jezioro i do lasu, aby odpocząć nieco na łonie natury.

Dziś jednak stwierdziliśmy, iż takie wypady doprowadzają nas do tego, że więcej uruchamiamy wtedy czterech kół niż naszych dwóch nóżek, toteż w dniu dzisiejszym zrobiliśmy wyjątek i obraliśmy drogę: ku stargardzkiemu centrum.


Andrzej nareszcie odnalazł deser, który może jeść bez popijania go wódką (dla niewtajemniczonych: A. jest uczulony na jajko i najszybszym lekarstwem na jego śladowe ilości jest właśnie nadmieniony alkohol). Niestety nie pamiętam nazwy tej kawiarnio-lodziarni, w której ów deser został zakupiony ale gdyby ktoś chciał skosztować słodkiego, wegetariańskiego mixu, to owo miejsce mieści się dokładnie tam, gdzie widać - czyli niedaleko kościoła, na ul. Piłsudskiego.

Jako, że A. chciał również napić się kawy, a akurat na naszej drodze znajdowała się kawiarnia, do której już od dawna chciałam zajrzeć, wybraliśmy się do Tajemniczego Ogrodu.

Wnętrze kawiarni zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Gdybym miała być właścicielem jakiegokolwiek lokalu, wyglądałby dokładnie tak, jak ten. Delikatny, nieprzekombinowany, w starym stylu - czyli dokładnie moje klimaty. Czułam się tak, jakbym nagle odnalazła się w innej epoce.
Mojej epoce.



'




Nie tylko wystrój okazał się być tutaj na wysokim poziomie. Mrożona kawa z syropem karmelowym była bardzo dobra, natomiast Andrzej zdecydowanie potwierdził, że wypił tutaj najlepsze w Stargardzie americano.

Tajemniczy Ogród to nie tylko kawiarnia. W swojej ofercie lokal ma również dania obiadowe - makarony, pizze, dania mięsne, przystawki. Jest w czym wybierać :).

Wyszliśmy bardzo zadowoleni, a nasze dobre humory spowodowały, że przeszliśmy się jeszcze kawałeczek dalej, aż do przepięknie rozciągających się pozostałości stargardzkich murów. Nie omieszkałam wykorzystać tak dobrego światła i zrobiłam (a raczej A. uczynił) kilka ujęć.






Cieszę się, że wybraliśmy dzisiaj spacer po Stargardzie z kilku powodów: po pierwsze, przekonałam się, jak świetną kawiarnię mamy w centrum miasta; po drugie: nareszcie więcej chodziłam niż jeździłam, przy okazji zauważając zmiany zachodzące w naszej mieścinie, a po trzecie - no, nie oszukujmy się - zdjęcia to jest to, co uwielbiam (choć, przyznaję, aparat w obecnej komórce jest dość słaby).

A Wy macie jakieś swoje ulubione miejsca, do których uczęszczacie, gdy macie więcej wolnego czasu?

Podzielcie się w komentarzach!

Wasza K.

---
korolowa

wtorek, 26 lipca 2016

Uciec od wszystkiego.

Czasami masz ochotę zamknąć się w czterech ścianach. Albo wyjechać. Daleko. Tam, gdzie nikt i nic Cię nie znajdzie. Poza słońcem. I wodą. Czystym powietrzem. Zapachem wolności...
Nacieszyć chwilą, której już tak dawno nie dotykałeś. Taką tylko dla siebie. Rzucić wszystko w cholerę i pobyć, tak po prostu, sam z sobą.

Marzenia?




Co Cię trzyma za rękę? Co nie daje spokoju, nie da odetchnąć, choć na kilka krótkich momentów?
Praca? Małe dziecko? Matka wymagająca nieustannej opieki?

Wiesz, czym jest poczucie obowiązku? To taka cholera, która jak się przypałęta do Ciebie, to zazwyczaj nie odpuszcza i powtarza w kółko "siedź i rób to!"; "łazienka, kot i umierająca sąsiadka czekają na Ciebie - nie zawiedź ich!" A gdy tylko w Twojej głowie zaczyna kiełkować niewinna myśl o, choćby krótkim, oderwaniu się od tej ponurej rzeczywistości, o chwilowej zmianie, aby móc wyprostować swoje myśli, ona odzywa się ze stanowczym: "NIE! Nigdzie nie pójdziesz." Inni Cię potrzebują. Kot, sąsiadka, ojciec, zniszczona lampa, koledzy z pracy, kumpela, która po raz kolejny opowiada Ci o problemach zdrowotnych swojego psa - Ty ZAWSZE masz być na ich zawołanie.

A gdyby tak raz zaczekali? Przecież i tak nie uciekną. Świat się nie zawali, jeżeli raz poprosisz koleżankę, aby została przy matce. Korona Ci z głowy nie spadnie, jeśli kolega pomoże przy zepsutej lampie. Trzęsienia ziemi też raczej nie spowodujesz, jeżeli opuścisz swoje stanowisko pracy na kilka dni. Albo i choćby na dobę.

Możesz się męczyć i nie dokończyć tego, co na Ciebie czeka.
Albo możesz uciec gdzieś na chwilę, a potem wrócić  - spokojniejszy, pozytywniejszy, ze zdwojoną energią i motywacją do działania.




Wdychaj powietrze. Wypuszczaj nagromadzone, negatywne emocje. Czerp radość z chwili. Żyj w harmonii ze swoją duszą. Nie uszkadzaj jej. Nie kuj. Niech ptaki śpiewają Ci najpiękniejsze treny. Oswój się z wolnością. Zaprzyjaźnij ze słońcem. Zbieraj tęczę po deszczu. Łap chwilę. Oddychaj.

Bo nie zbawisz świata, jeżeli najpierw nie pomożesz sobie.



---
korolowa


sobota, 28 maja 2016

Pod rodzinnymi skrzydłami

Za nami już Boże Ciało. W tym roku święto to wypadło wyjątkowo wcześnie. Zgrało się z innym, ważnym dla wielu ludzi dniem - Dniem Matki. Dla mnie połączenie tego święta z ostatnio spędzonym weekendem było czymś niezwykłym. Nie dlatego, że działy się jakieś cuda...chociaż mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że to, co się udało zrealizować w miniony weekend, to swojego rodzaju cud, bowiem nareszcie doszło do tak długo wyczekiwanego, rodzinnego spotkania.


Wydarzenie to odbyło się w przepięknej okolicy, w miejscowości Więcbork.
 Położenie tego miejsca - jezioro, las, dużo zieleni - sprawiło, że było tam tak letnio i sielsko, a my czuliśmy się ze sobą jeszcze swobodniej.


 Łącznie zjechało się nas około trzydzieści osób (prawdopodobnie trochę więcej). Niektóre z nich po raz pierwszy widziałam na oczy, z innymi - po wielu latach -  reaktywowałam znajomość.

Fantastyczne było w tym wszystkim to, że mimo upływu czasu, z praktycznie każdym - czy to z wujostwem, najstarszym pokoleniem czy też z kuzynostwem - z każdym z członków rodziny rozmawiało mi się tak samo dobrze. Nie było chwili, w której  - jak to nierzadko się przecież zdarza - nagle zapada niezręczna cisza. Było tak ciepło, na luzie, a przede wszystkim - co najważniejsze - naprawdę czułam, że łączą nas te same więzły krwi.


W tym momencie bardzo chciałabym podziękować mojemu kuzynostwu z Poznania - gdyby nie oni, to nie wiem jak i czy w ogóle dotarłabym na spotkanie. Gosiu, Marku i Marto - za Waszą życzliwość i dobroć serca, serdecznie dziękuję! Taka ekipa to skarb :)

Po mojej (rudej-jakby ktoś miał wątpliwości) prawej - kuzynka Gosia; po lewej, - Marek z narzeczoną Martą.


A tak apropos - wybaczcie, ale nie mogłam sobie odmówić wrzucenia zdjęcia pojazdu, którym dane mi było tam przybyć - cudowny, hippisowski, wesoły "busik". Dwie godziny w nim, w tak doborowym towarzystwie, to jak dwie minuty. I co tam, że trochę trzęsło. Za to klimat iście woodstockowy - a to lubimy :)




Powrót wyglądał podobnie - tym razem transport busikiem w drugą stronę, a więc do Poznania, a potem już - po wypiciu szybkiej herbatki z kuzynostwem - pociągiem do domu.

***
Ostatni tydzień był bardzo przyjemny. Nareszcie udało nam się zrealizować tak długo obgadywany plan rodzinnego zjazdu, który dodatkowo jak najbardziej się, moim zdaniem, udał. Brakowało mi niektórych twarzy i naprawdę cieszę się, że mogłam zobaczyć się z rodziną, której na co dzień mi jednak brakuje. Przypomina mi o tym właśnie Dzień Matki. Przypomina też czasem widok wspierającego i lubiącego się rodzeństwa.

I choć rodzinę mam dalej niż bliżej - zwłaszcza tę najbliższą - to cieszę się, że istnieją jeszcze na świecie takie osoby, które - w choć minimalny sposób - mi tę rodzinę zastępują. Które tak po prostu rozmawiają ze mną i -  gdy trzeba -  martwią się o mnie. Które lubią ze mną przebywać, bo - po prostu - lubią mnie taką jaką jestem.
Takie osoby to szczęście.

Bo przyjaciele są niczym członkowie rodziny - to właśnie oni podnoszą nas, gdy nasze skrzydła zapominają jak latać.
Byle tylko płomień ich przyjaźni- jak to bywa również w przypadku niektórych krewnych - się zbyt szybko nie wypalał - czego sobie i Wam serdecznie życzę.




---
korolowa

sobota, 7 maja 2016

"Dobre" związki też się rozpadają.

Przeczytałam dziś u MartaPisze posta pt. "Dobre związki się nie rozpadają."
Marta opisuje tutaj fenomen rozpadu kilkuletnich związków. Że przecież nie można wyrzucać drugiego człowieka z naszego życia ot tak, jak zwykłej zabawki. Że to, co złe, co się popsuło, trzeba naprawiać, a nie od razu wyrzucać do śmietnika niczym nadgryzione jabłko . 


Pomyślałam sobie: kurcze, no tak. Gdyby to faktycznie było takie proste.
Przecież różne przypadki chodzą po ludziach. Można mieć niby normalny, dobry związek, w którym na początku aż iskrzyło, a ludzie fantastycznie się ze sobą dogadywali. I wcale, ale to wcale nic nie musi się pogorszyć - chłopak może być dalej fantastycznym facetem:  nie pije, nie zdradza; dziewczyna zaś dalej wita go co rano tym samym uśmiechem i robi mu obiadki. I niby jest tak, jak było. 

Niby. No właśnie.
Bo powoli, z dnia na dzień, miesiąca na miesiąc, roku na rok -  dochodzi do wypalenia. Nie, to nie jest tak, że naraz się kogoś nie kocha, Nie o to chodzi. Po prostu - nie ma już tej chemii. A wtedy - ci, którym się bardziej "przyfarciło", pozostają w przyjaźni i są dla siebie takim dobrym, codziennym wsparciem.

Ktoś może napisać: no tak, ot, zwyczajna rutyna. Że każdego to w końcu dopadnie.
Ja zaś uważam, że to wszystko zależy. Oczywiście, rzadko kiedy się zdarza, aby ludzie czuli po kilku, a już tym bardziej kilkunastu latach bycia razem to samo, co na początku... Jeśli jednak para jest ze sobą nie dlatego, bo rodzina tak chciała, albo "bo miała takie pięęęękne 'oczy'...", jeśli łączy ich jednak coś więcej: pasje, charakter, sposoby spędzania wolnego czasu; to wierzę, że taka miłość - czy jakkolwiek chcielibyście to nazwać - nie wygaśnie. 




I choćby czasami coś kusiło, pojawiły się  chwile zwątpienia; choćby czasem kolejny raz się poważnie zastanawiało nad wspólną przyszłością (bo może coś w życiu  tracę/ gdzieś czeka na mnie coś lepszego, z kimś innym u boku?) - to, gdy przywołasz w swej głowie jej śmiejące się do Ciebie oczy, już wiesz : przez to całe bagno, zawieruchy i inne ludzkie nieszczęścia, najprawdopodobniej przejdziecie właśnie razem.


P.S. Jeżeli spodobał Ci się post - będę wdzięczna za udostępnienie go - wystarczy wcisnąć ten niebieski przycisk z napisem "Udostępnij" w lewym, górnym rogu nad postem :)

---
korolowa

środa, 27 kwietnia 2016

O (braku) stabilizacji - tamte lata nie wrócą?

Jak bardzo naiwna kilka lat temu byłam. Byłam naiwna, wierząc w plany, które wydawały mi się takie proste do zrealizowania. Skończę studia, wyjdę za mąż w wieku 24-25 lat, a mając 26-góra 27, zajdę w ciążę (oczywiście mając stałą posadę nauczyciela angielskiego w milutkiej szkole podstawowej), urodzę śliczną córeczkę lub synka, pójdę na macierzyński, wychowam dziecko, wrócę do pracy...
Piękne to były plany...które pozostały jedynie w krainie nieziszczonych, zakurzonych marzeń.
Studia się, z różnych względów, poprzesuwały mi w czasie i skończyłam je ciut później, niż miałam w zamiarze. Małżeństwo? Nawet jeśli nie chcę robić żadnych wesel, a jedynie zorganizować przyjęcie dla najbliższych - i tak trzeba mieć na to fundusze. A czasami aż mnie korci, aby rzucić to wszystko i, tak po prostu, pójść z moim A. do USC, i wyjechać sobie na jakąś wycieczkę, na przykład na Karaiby. Albo do Los Angeles. I byłoby tak po "hamerykańsku". Szybki ślub bez problemów, z podpisanym papierkiem. 
Jednak brak pieniędzy w naszym życiu mocno nas ogranicza. I nie chodzi mi wcale o Bóg jeden wie jakie kokosy, ale o taką stabilizację - być może niektórzy się teraz obruszą za to, co napiszę, ale muszę to nadmienić: w czasach komuny było różnie, było może i biednie, ale przynajmniej każdy miał pracę. Lepszą, gorszą, ale miał. I przynajmniej nie było tak jak teraz, że wykwalifikowane, wyedukowane osoby miały problem ze znalezieniem czegokolwiek. Nie czekały miesiącami, a nawet latami na to, aby móc iść zarabiać jakieś przeciętne chociaż pieniądze. Było więcej umów o pracę. Teraz jest od grom tzw. "śmieciówek" - umowy o dzieło, zlecenie... 

Świat zmienia się w drastycznie szybkim tempie. Wszyscy gdzieś się spieszą - dzieci do szkoły, dorośli - do pracy. Widzę, jak nas zmienił postęp technologiczny. Ludzie zapatrzeni są w swoje komórki, kilkuletnie dzieci biegle obsługują podstawowe tablety... A ja tęsknię za latami 90.-tymi. Za wychodzeniem na dwór i wygłupami dzieci na trzepaku. Skakaniem na skakance, graniem w klasy czy gumę. No dobra, w moim przypadku było trochę inaczej (jako introwertyk, chętniej niż na dwór, wolałam siedzieć zamknięta w domu i czytać książki)..ale wiecie, o co mi chodzi. Była beztroska. Było prawdziwe dzieciństwo. Była radość. Częste wyjazdy do babci. A teraz? Posiniaczone od nadmiaru światła z ekranów mózgi i zakryta kurzem wrażliwość. I wiem, że każde pokolenie - tak jak i to naszych rodziców - zawsze będzie mówiło: takie czasy jak nasze to jednak były najlepsze... Ale te najlepsze lata już naprawdę minęły. Bezpowrotnie. I nie wiem, czy kiedykolwiek wrócą. Bo, abyśmy mogli pójść naprzód, prawdopodobnie musielibyśmy zrobić najpierw duży krok w tył.


Powolne, beztroskie niedziele spędzone w lesie całą rodziną? Stabilna praca od poniedziałku do piątku, od 8 do 16, czy się stoi, czy się leży...? Ślub w wieku 22 lat, dziecko w wieku 24?
Zazdroszczę tym, którzy mogli tego w tych czasach doświadczyć.

Na zwieńczenie moich wynurzeń, pozwólcie, że opiszę Wam pokrótce pewną sytuację.
Rozmawiam ostatnią z jedną z nauczycielek w pokoju nauczycielskim.
Ja: "No tak, trochę się teraz pozmieniało. W sumie tak na tę chwilę myślę, że jakbym miała wziąć ślub za rok, dwa i mieć dzieci w wieku góra 35 lat i w tym samym wieku już w miarę stabilną, dobrą pracę, to byłoby chyba nieźle".
N: "Naprawdę ci, K., tego życzę. Ja mam prawie 50 lat, córkę nieco starszą od ciebie, a dalej tej stabilizacji - ani w pracy, ani w życiu ogólnie  - nie mam".


P.S. Jeżeli spodobał Ci się post - będę wdzięczna za udostępnienie go - wystarczy wcisnąć ten niebieski przycisk z napisem "Udostępnij" w lewym, górnym rogu nad postem :)


***
korolowa

sobota, 16 kwietnia 2016

Wiosna ma zapach miłości.

Dzisiejsze słońce ledwo wynurza się zza chmur. Ostatnie dni nie rozpieszczały mnie ciepłem.
Ta zmienna pogoda idealnie współgra z tą, którą mieszczę pod swoją lewą piersią. Tęsknota sprawia, że hormony skaczą. Dół i  góra, góra i dół. Takie nieokiełznane fanaberie.

Dziwna jest ta wiosna. Lubię ją, bo daje mi słońce. Ciepły deszcz. Zieleń. Zapach pierwszych kwiatów. I ten JEGO piękny uśmiech  na Skype. I chęć do życia. Chęć zmian.

Nie lubię natomiast błota, ulew. Potoków pełnych smutku w pochmurny, dżdżysty dzień.
Tych poranków, gdy przygotowuję twaróg, który ON tak lubi, po czym stwierdzam, że mam go za dużo. Bo przecież przygotowuję go tylko dla siebie.

Nie lubię, gdy nie ma GO przy mnie. Tego, że jesteśmy tak daleko. I że jeszcze nie wiem, jak długo...



Do wielu rzeczy można się przyzwyczaić. Do częstszego wyrzucania śmieci. Do zakupów tylko dla siebie. Do prania tylko raz w tygodniu, bo tyle wystarczy. Nawet do jednego kubka herbaty i miski pełnej twarogu tylko dla jednej osoby.

Ale nie można przyzwyczaić się do bycia samemu. Po prostu nie można.
Nie po tylu wspólnie przebytych wiosnach. Po tylu wzlotach i upadkach. Burzach i tęczach. Nie po tylu wypowiedzianych słowach i nie mniej wymownych gestach.

Wiosna niesie za sobą dosłownie wszystko. Budzi do życia burzę i żar. Delikatne krople i ulewy. Wszystko zaczyna być nagle bardziej wyraziste, żywe. Tylko czasem, czasem jakaś mgła może to wszystko na chwilę zasłonić. Ale mgła kiedyś odejdzie. A zieleń i inne kolory kwiatów, powrócą.
I Ty je powąchasz. Tak jak i ja.





                                        Bo wiosna ma właśnie taki mocny zapach miłości.


---
korolowa

sobota, 2 kwietnia 2016

Tam, gdzie jest mój dom

Po podróżach, człowiek często chętnie wraca do domu po to, aby...odpocząć. Niby wyjeżdża się na wakacje w celach wypoczynkowych, a jednak często człowiek przyjeżdża wręcz wyczerpany. I nie zawsze chodzi o, zazwyczaj pozytywne, zmęczenie fizyczne. Psychika (a właściwie jej stan) zmusza nas niekiedy do podejmowania zmian w swoim otoczeniu, również zmian klimatu. Tylko, że nigdy nie wiadomo, czy taka zmiana wyjdzie nam na lepsze.

W Stanach mieliśmy sporo problemów na głowie. Faktem jest, że zobaczyłam zalążek innego kontynentu. Że uszczknęłam -  nieco  odmiennej od naszej - amerykańskiej kultury. Widziałam multum ludzi różnej rasy, koloru i wyznania (tak, wiem, brzmię nieco podręcznikowo, ale to prawda).
Do tego dochodzi kwestia różnic w podejściu do wielu spraw. Do klienta. Do człowieka. Do pacjenta. A może, może to po prostu kwestia podejścia do życia. Niby szybszego, a jednocześnie, na swój, ludzki sposób, powolnego życia. Taki trochę misz-masz, ale kto tam był bądź czytał moje poprzednie posty, powinien wiedzieć, o co mi chodzi.

Mieszkanie tam, jak prawdopodobnie wszędzie, ma swoje plusy i minusy. Jednak wspomniane napotkane trudności sprawiły, że nie było mi dane się tymi plusami tak w stu procentach (mimo dwóch cudownych osób, z którymi tam przebywałam) nacieszyć.

Kiedy więc odpoczęłam?

Byłam pewna, że wszystko się zmieni, kiedy wrócę do siebie, do Polski. Do własnego mieszkania. Własnego łóżka. Własnych kubków, pościeli i własnych okien na świat.
I powiem Wam, że przez pierwsze dwa, trzy dni faktycznie tak było. Po wylądowaniu miałam ochotę całować naszą europejską ziemię (samolot lądował na berlińskim Tegel). Cieszyłam się z obecności białych ludzi. Z tego, że nikt nie patrzy na mnie, jakbym była jakimś odmieńcem. Nawet z tego, że słyszę język niemiecki (i tak, już gdzieniegdzie, przewijały się polskie głosy). A już najbardziej ucieszyłam się, gdy nareszcie odnalazłam mojego kierowcę, z którym, mimo ogromnego zmęczenia, przegadałam calutką, dwugodzinną podróż (pozdrawiam miłego pana!). Wszystko znowu wydało mi się tu nagle lepsze, żywsze i takie...cieplejsze.

Euforia trwała kilka dni. W międzyczasie zdążyłam zauważyć, jak wiele różnic dzieli Nowojorczyków i Polaków. Szczególnie podkreśliłam, że chodzi mi o Nowojorczyków, ponieważ nie miałam do czynienia z nikim spoza NYC, a USA to jednak ogromny, jakby nie patrzeć, kraj, gdzie każdy stan "żyje swoim własnym życiem", po swojemu i o własnych regułach.




I wtedy zatęskniło mi się - na moment - za ich mentalnością. Właściwie, gdy przebywa się gdzieś przez dłuższy czas, to człowiek nie tylko przyzwyczaja się do panujących obyczajów, ale i sam zaczyna je u siebie zauważać. Wiem, że na początku było mi ciężko, wiem, że szybko się denerwowałam i w ogóle wszystko mnie potrafiło wyprowadzić z równowagi, co mnie - gdy to w końcu sama spostrzegłam - trochę zmartwiło. Okazało się jednak, że nie ja jedna tak miałam i że to prawdopodobnie właśnie przez zmianę klimatu oraz lekko "zdezorientowaną" gospodarkę hormonalną
Potem jednak przyzwyczaiłam się nieco do ichniejszego trybu i było całkiem ok. Przywykłam do ich powolnego robienia zakupów, do niezbyt szybkiego załatwiania spraw urzędowych. Do przesiedzianych kilku godzin w szpitalu w oczekiwaniu na swoją kolejkę.

Właśnie wtedy, w Polsce, zatęskniło mi się do ich tego slow life. 
I jakoś zaczęłam się tutaj gubić. Nie wiem, co mi się stało, ale spoglądałam na te wszystkie, smutne twarze, na ich szybkie "dzień dobry, 45 złotych, do widzenia" ... i poczułam się tak cholernie samotna. Wróciłam do Polski. To jest właśnie mój kraj - pomyślałam wtedy ze smutkiem. Może także dlatego, że pierwszy raz od bardzo długiego czasu, miałam być teraz tak długo sama.

Dlatego z jednej strony cieszyłam się na wyjazd wielkanocny do mojego taty. Cieszyłam się, choć i miałam pewne obawy. A co, jeśli nie będzie fajnie? Jeśli powiem coś nie tak (w Ameryce zaczęłam być bardziej bezpośrednia, po powrocie działało to tak do kilku dni,ale już mi przeszło).

W domu zdążyłam zatem pobyć niewiele ponad tydzień, gdzie kilka ostatnich dni byłam jakaś taka ciągle poddenerwowana - nie wiem, czy było to podyktowane wyjazdem czy innymi czynnikami.
W każdym razie - jakoś tak, mimo braku szczególnych obowiązków poza dbaniem o dom, nie mogłam odpocząć.

I kolejny raz los udowodnił mi, że potrafi być trochę przewrotny. Wyjazd ten okazał się być bowiem dla mnie zbawienny. Odpoczęłam jak nigdy. Może dlatego, że zjadłam tyle przepysznych potraw (dzięki Tato za przepyszną sałatkę, nadziewane kotlety i zupę z owocami morza! -  o ilości spożytych jaj już nawet nie wspomnę - )? Może to dzięki spokojowi miejsca, w którym przebywałam? Może dzięki temu, że znowu był ze mną ktoś bliski - ktoś, kto o mnie zadbał i sprawił, że znów poczułam się jak mała dziewczynka?  A może wszystko razem wzięte?




Ciepło nareszcie wróciło do mojego serca. Zrobiło mi się tak błogo i spokojnie. Nareszcie poczułam się dobrze. Odcięłam się, choć na chwilę, od zmartwień, które ostatnio tak bardzo zaprzątały moją głowę.

Bo wróciłam do siebie. Do harmonii. Spokoju.
Do swojego wewnętrznego domu.



---
korolowa

środa, 2 marca 2016

Spotkanie w Nowym Jorku (bo "ci, co odchodzą, wciąż z nami są...")

Cholera, tak sobie czasem myślę. Jak to jest, że kiedyś wydawało mi się, że nic zaskakującego w życiu mnie spotkać nie może. Jeszcze dziesięć lat temu miałam przy sobie rodziców. Jeszcze dziesięć lat temu nie wiedziałam, że za kilka lat stracę najważniejszą w moim życiu osobę. Jeszcze kilka lat temu nie wiedziałam, że od tamtej pory moje życie tak diametralnie się zmieni ... i zacznie coraz bardziej zaskakiwać.

I pomyśleć, że właśnie teraz jestem w Nowym Jorku. To znaczy, zostały mi już niespełna dwa tygodnie pobytu. Kilkanaście dni temu zdarzyło się jednak coś, czego  w życiu bym się nie spodziewała.

Wyobraź sobie, że, jak co wieczór, siadasz sobie spokojnie z laptopem na kolanach (co, btw, nie jest zbyt zdrowe - ale kto się o to naprawdę martwi?). Leniwie scrollujesz fejsa, przeglądasz ostatnie wiadomości. Masz zamiar odpocząć i cieszyć się wieczorną labą spędzoną u boku narzeczonego. Oczywiście, zerkasz również na e-maila, aby sprawdzić, czy nie przyszły czasem jakieś rachunki do opłacenia. I wtedy widzisz TO. "TO" wygląda jak scam, zaczyna się bowiem od powitania Cię Twoim własnym imieniem...ale, zaraz, że jak to...że wita Cię w Nowym Jorku?

Patrzysz więc zdumiona na nadawcę e-maila  - i na treść - znów na adres - na treść - jeszcze kilka razy. I nie możesz uwierzyć.
To nie jest scam. I nie wygląda na żart.
No niemożliwe. Po prostu - niemożliwe.
A jednak.
Miałam już jedną taką dziwną historię z dalekim kuzynem od strony Taty, Artemem. A teraz - teraz odzywa się ktoś powiązany z Mamą. Nie z rodziny, ale również bardzo bliska jej niegdyś osoba. Jak zdążyliście się domyślić - tak, mieszkająca właśnie w Nowym Jorku. I - jak wynikało z treści e-maila - bardzo chciała się spotkać. Poznać mnie. I porozmawiać.


Być może czytacie czasami takie powieści, że ktoś spotkał kogoś w jakimś niespodziewanym miejscu, albo, że po latach pewna - mniej lub bardziej znana, ale w jakimś stopniu -znacząca osoba, odzywa się nagle do tej drugiej. Wyobraźcie sobie zatem połączenie tych dwóch wydarzeń, takie współmierne zgranie. Niemożliwe? A jednak.


I spotykacie się w tym miejscu, z osobą.  Witacie się z nią tak, jakbyście znali ją od dawna...choć, tak naprawdę, łączy Was właściwie jeden wspólny mianownik, jedna, wspaniała osoba, której już nie ma.

Naturalnie, osoba ta bardzo często zostaje nadmieniona w Waszej konwersacji. Masz wrażenie, że właśnie wróciłeś/aś do przeszłości, choć tak naprawdę, jesteś od niej oddalony o dwa kroki stumilowe.

Słońce świeci jak szalone, na tafli jeziora widać odbicia drzew, a Wy dalej w tym jesteście. W cieple chwili. W tym niesamowitym momencie, gdy przeszłość łączy się z teraźniejszością, z tym pięknym tu i teraz. Dawno nie czułeś/aś się tak błogo. Tak swobodnie. Pogoda idealnie współgra z Twoim nastrojem. W powietrzu wyczuwasz wiosnę. Aż chce się żyć. I jednocześnie wspominać tych, których już nie ma.


Tyle wspomnień i historii do przekazania, doświadczeń i zwyczajnych faktów. Całe życie w jednej pigułce, a nawet mniej. Bardzo oczyszczające przeżycie. I cholernie inspirujące.


Życie lubi mi pisać różne scenariusze. Dziękuję mu jednak za tę jego przewrotność. Nie zawsze pozytywną, jednak w tym przypadku - jakże zaskakująco miłą. Za to, że miałam możliwość poznać kogoś, kto był kiedyś mojej Mamie bardzo bliski. I dzięki komu mogłam ją jeszcze lepiej poznać, a do tego przyjemnie spędzić czas. Nie wiem, co jeszcze mogłabym w tym momencie dodać. 
Po prostu: dziękuję.




"Ci, co odchodzą, wciąż z nami są. I żyją sobie obok nas.
Patrzą z miłością na nasze dni.
I czasem się śmieją przez łzy."

R. Rynkowski


---
korolowa