Polub mnie na FB :)

niedziela, 18 września 2016

Prawda

Czasami człowiek sam już nie wie, czego chce i  wszystko naraz zaczyna mieszać się w głowie. A to cholernie, cholernie denerwuje. I spędza sen z powiek, jednocześnie wtrącając pod nie, ledwie widoczne dla świata zewnętrznego, słone kropelki.

Zegar tyka, wskazując na mijający czas, który niestety wcale nie  oznacza, że staję się mądrzejsza. Czasem mam wręcz wrażenie, że im starsza jestem, tym głupsza. Niby powinno być odwrotnie, a jednak...jednak niekiedy sami sobie robimy na przekór. Lubimy się ze sobą drażnić. Pewne doświadczenia i jakaś tam teoria na temat świata mówią Ci "nie rób tego", "Ty kretynie, co Ty najlepszego wyprawiasz!", a Ty i tak swoje. Bo sobie można mówić do samego siebie. Debatować. 
I oszukiwać. 



Oszukujemy samych siebie, gdy mówimy, że wymagamy czegoś innego, niż chcemy naprawdę.
Oszukujemy, gdy mówimy, że ten obraz jest piękny, tylko po to, aby się przypodobać.
Oszukujemy, gdy mówimy o naszych wartościach i co one dla nas naprawdę znaczą.
Gdy mówimy o ludziach i ich roli w naszym życiu.
Oszukujemy, gdy próbujemy definiować takie pojęcia jak miłość czy przyjaźń. I gdy próbujemy przy tym określić nasze oczekiwania. One nie będą prawdziwe. Bo prawda nie istnieje.
Nie istnieje, bo zawsze będzie się zmieniać.
Nie istnieje, bo czasami nie ujawniamy najciemniejszych zakątków naszych myśli.

Nie wierzę w prawdę ostateczną, ale nie lubię też kłamstw. Wiecznych prób utwierdzania tej drugiej osoby, że jest inaczej niż się wydaje. 

Takie rzeczy to sobie można co najwyżej wmawiać byle komu, chociaż bylekto to też człowiek, który zasługuje na odrobinę szacunku, o ile i do nas taki szacunek sam posiada.

Przyjaźń powinna nieść znamiona prawdy. Tak samo jak miłość. To jest fundament. Bez tego nie zbuduje się żadnej poważnej relacji.

I można sobie tak dogadzać i wąchać kwiatki. Udawać, jacy jesteśmy dla siebie ważni. 
I bez żalu odchodzić po każdym wieczornym mrugnięciu na Massengerze.
Albo po zamknięciu oczu.
Tak bez oczekiwań, roszczeń i rozczarowanych, smutnych buziek.




Można też nie przespać wielu nocy i płakać, bo właśnie dostało się obuchem w głowę.
Bo prawda uderzyła nas tak mocno, że nie potrafimy się podnieść.
Bo w końcu ktoś przestał bawić się naszymi bądź czyimiś uczuciami. 

I wtedy nadzieja zostaje oblana wiadrem wody, pozbywając się wszelkich znamion ułudy.

I ten płomień, który był już zbyt gorący, parzący wręcz, nagle gaśnie.
Zostaną tylko dym - na wspomnienie, i popiół - na dowód.
Człowieczeństwa. Prawdy. 

I czystego, ludzkiego sumienia.




---
korolowa




poniedziałek, 5 września 2016

Kiedy powiem sobie dość

Właśnie słucham Coldplay. Nie wiem, czy Wy macie tak samo, ale gdy mnie najdzie ochota na słuchanie konkretnego wokalisty lub band'u, to mogę go "tarmosić" przez co najmniej kilka miesięcy. W Coldplay na nowo zakochałam się na nowo jakoś od kwietnia. Przypomniałam sobie o ich istnieniu dzięki pewnej życzliwej osobie, jednocześnie idealnie wpasowując się nim do mojego obecnego nastroju. W końcu muzyka niesie za sobą jakiś nastrój. A Speed Of Sound i inne dobre, stare kawałki, idealnie oddają moją wewnętrzną burzę.

Mianowicie, skończył mi się urlop. Jutro znów wracam do pracy. A nie chcę. No nie chcę jak cholera. Już nawet pomijam to, że znó robi się tak zimno. Tak szaro. Jesiennie. Noce są coraz chłodniejsze. Dni krótsze. Choć lubię barwność liści, nie przepadam za tą porą roku. Za dużo melancholii ze sobą niesie.



Nie lubię, gdy wszystko przewraca mi się w żołądku. Gdy budzę się i jest tak ciemno, i sama nie wiem, po co w ogóle wstaję. Gdy sama nie wiem, czego chcę.

Dawno już nie napisałam wiersza. Smuci mnie to przeokropnie. To nie tak, że, na przykłąd, nie miałam weny, Wena by się znalazła.

Ja jednak chciałam odpocząć. Od Stargardu. Fejsbunia. Znajomych. Zrobić sobie od tego wszystkiego przerwę.

Częściowo mi się to udało.

Miałam świetne wakacje. Naprawdę się odprężyłam. Ostatnia sobota pożegnalno-wakacyjno-siatkowa ze znajomymi była przegenialna. Zrobiłam ogromny reset mózgu (choć nie wiem, jak to wpłynie na jutrzejsze wstawanie).

A dziś?

Chciałabym dotknąć. Zrozumieć.
Siebie. Swoje otoczenie.

Czasami nie umiem. Nie rozumiem. Nie wiem, dlaczego czasami myślę tak, a czasami inaczej.
Lubię siebie i nienawidzę jednocześnie.
Lubię ludzi i ich nie znoszę.
Kocham spokój i głośną muzykę.
Spacery i ciepłe pobyty w domu z grzańcem w ręku.
Słońce i deszcz. Bo się równoważą. I dają tęczę.

Niektórzy by powiedzieli, że to normalne, bo przecież jestem kobietą.
Być może mieliby rację. A może zostaliby bez ręki.

A jeśli, mimo, że próbuję sobie wmówić inaczej ( że tak naprawdę nie mogłabym już mieć, pod pewnymi wzgledami, lepiej) potrzebuję zmian?
Co wtedy?
Co, jeśli to, co się tak długo budowało, nagle miałoby runąć?

Czym mamy się kierować podejmując życiowe decyzje? Sercem, rozumiem? Wiem, że najlepiej byłoby znaleźć złoty środek - jednak nie zawsze jest on możliwy.
Ważne decyzje potrzebują jednak choć odrobiny rozsądku.

A we mnie się coś burzy.
Jestem rozbita bardziej niż najbardziej miękka jajecznica.

I takiej sobie chciałabym powiedzieć: dość.
A, cholera, nie umiem.


---
korolowa

sobota, 20 sierpnia 2016

Miej odwagę

Wcale nie głupi ktoś ( nazwijmy go X) powiedział mi kiedyś, że podziwia inną osobę (nazwijmy ją Y) za jej odwagę. Za to, że potrafiła przełamać strach i skoczyć ze spadochronu. I że w ogóle jest taka odważna, bo stale podejmuje się sportów ekstremalnych. Bo przekracza pewne granice. Robi to, robi tamto. W sensie, ciągle mam na myśli ten sport. Że to niesamowite, jak dużo odwagi trzeba mieć w sobie, aby robić takie rzeczy.

Słuchałam tego wywodu z lekka niedowierzając temu, co słyszę. A może po prostu, mimo mojego młodego względem pana X, wieku, poznałam - nie tylko z autopsji - inne historie, zdobyłam inne doświadczenia. Lub zwyczajnie patrzę na świat nieco inaczej.

Nie mówię, że do skakania ze spadochronu nie potrzeba odwagi, nie to mam na myśli. 
Tylko to, że powinniśmy umieć odróżniać odwagę od głupoty.

Jeśli wspomniana Y wcześniej się przygotowała, tj. jeśli zna co najmniej konsekwencje takich skoków i wie, co może się ewentualnie wydarzyć - to, przyznaję: miała w sobie dużo śmiałości.
Jeśli jednak nigdy wcześniej nie widziała skaczącej osoby; jeśli nie została poinformowana o tym, w jaki sposób może się to skończyć; jeśli nie miała choćby ogólnego wyobrażenia czy szczypty wyobraźni - to, niestety, ciężko jest tu mówić o jakiejkolwiek odwadze; chyba raczej o zwykłej ludzkiej głupocie.

To tak jakby osoba po pięciu piwach weszła nagle za kierownicę i chciała przejechać choćby i kilka kilometrów przez centrum miasta w piątkowy wieczór wypełniony ulicami studentów.

Bo podjęcie ryzyka to jedno.
A posiadanie wystarczającej wiedzy i znanie ewentualnych konsekwencji naszych czynów, to już inna bajka.



Długo jeszcze zastanawiałam się nad tym, co mi wtedy powiedział X. O tych skokach i tak dalej.
I myślę, że dla mnie większym wyrazem odwagi jest na przykład to, co uczyniła jedna bliska mi osoba, wyprowadzając się za granicę. Mając tam już załatwioną pracę, będąc przygotowana pod względem formalnym na wyjazd, a jednocześnie nie mając zielonego pojęcia, co może się wydarzyć. I jednocześnie wcale nie twierdząc, że skoro ma pracę, to wszystko jakoś się potoczy. Nie. Ona wyjechała nie mając tam nikogo, a jedyne, co wiedziała, to pod jaki adres ma się zgłosić.
Wiem, że to przeczytasz, więc napiszę: brawo, sis. Cholernie Cię za to podziwiam.

Albo gdy pokonuje się swoje psychiczne bariery. Na przykład wrodzoną nieśmiałość. Zamknięcie w sobie. Bycie psychicznie zaszczutym przez kogoś, kogo się kocha.
Rzucenie nieciekawej, nielubianej pracy czy wygarnięcie swojemu szefowi wszystkiego, co się o nim myśli nie jest natomiast wcale inteligentnym rozwiązaniem, jeśli nie ma się w zanadrzu innej opcji, kolejnego asa w rękawie. Odwaga powinna iść w parze z inteligencją. Inaczej nie jest odwagą, tylko zwykłą bezmyślnością.

Jeśli chodzi o moje doświadczenia, to moim takim głównym, życiowym wyzwaniem była walka z nieśmiałością. To tak naprawdę proces, który trwa do dzisiaj. W małym gronie bądź z bliskimi znajomymi, a więc wtedy, gdy po prostu czuję się dobrze, nie mam raczej żadnych problemów z wyrażaniem siebie. Kiedy jednak znajduję się nagle w jakiejś większej grupie i mam się wypowiedzieć, zazwyczaj paraliżuje mnie strach. Nigdy nie cierpiałam przemówień, zawsze strasznie się nimi stresowałam, chociaż studia troszkę pomogły mi to przełamywać (a właściwie metoda na: masz prezentację, to robisz, prezentujesz i tyle). Bardzo pomocna była również praca na stanowisku nauczyciela. Toć musiałam w końcu coś do tych uczniów mówić, a że swoją pracę bardzo lubiłam, to i samo przemawianie nie stanowiło dla mnie większego problemu, a wręcz przeciwnie - cieszyłam się, gdy to w końcu mnie ktoś musiał słuchać :).

Odwagę stanowić może również podjecie niekomfortowej, acz ważnej rozmowy. Zwłaszcza, jeśli jest to rozmowa z jedną z najbliższych w Twoim życiu osób, a Ty wiesz, że TA konwersacja jest już wręcz konieczna. Gdy wiesz, że jeśli nie teraz, to już nigdy. I że jeśli tego nie zrobisz, to zostanie z Tobą już na zawsze - ten dyskomfort, że nie możesz już tak dalej, że przecież powinieneś, a jednak...tyle czasu coś Cię powstrzymuje...

... a gdy się w końcu decydujesz, to nie kamień, a wręcz głaz Ci naraz z serca spada. I robi to tak głośno, że aż Ci tętno przyspiesza. I widzisz przed oczyma wszystkie te przykre wydarzenia; i liczysz lata - a może to całe Twoje życie obiło się właśnie o dno studni...?

Odwagą jest dobra komunikacja. Nie narzucanie komuś własnego zdania. Umiejętność zadawania próśb bądź pytań przed postawieniem przed danym faktem.
Może trochę daleko z tym już zaszłam, ale, tak - to też imho ma w sobie mocny wyraz odwagi.

Więc nie ściemniaj. Idź tak, jak chcesz, ale nie ściemniaj. Nie wprowadzaj ludzi w błąd. Nie rób sobie krzywdy. Analizuj fakty. Miej trochę wyobraźni. Trochę zrozumienia. Szacunku do ludzi. A przede wszystkim - do siebie.

Wyznacz sobie drogę. Dobrą drogę.

I miej odwagę nią kroczyć.



---
korolowa

sobota, 13 sierpnia 2016

Ulubione miejsca, czyli spacer po Stargardzie


Jak dobrze czasami jest sobie pofolgować. Po ciężkim, stresującym tygodniu z miłą chęcią razem z A.wybraliśmy się na spacer po Stargardzie. Ostatnimi czasy, z racji zakupu przez A. samochodu oraz przepięknej pogody (nie mówię akurat o minionym tygodniu), najczęściej jeździliśmy nad jezioro i do lasu, aby odpocząć nieco na łonie natury.

Dziś jednak stwierdziliśmy, iż takie wypady doprowadzają nas do tego, że więcej uruchamiamy wtedy czterech kół niż naszych dwóch nóżek, toteż w dniu dzisiejszym zrobiliśmy wyjątek i obraliśmy drogę: ku stargardzkiemu centrum.


Andrzej nareszcie odnalazł deser, który może jeść bez popijania go wódką (dla niewtajemniczonych: A. jest uczulony na jajko i najszybszym lekarstwem na jego śladowe ilości jest właśnie nadmieniony alkohol). Niestety nie pamiętam nazwy tej kawiarnio-lodziarni, w której ów deser został zakupiony ale gdyby ktoś chciał skosztować słodkiego, wegetariańskiego mixu, to owo miejsce mieści się dokładnie tam, gdzie widać - czyli niedaleko kościoła, na ul. Piłsudskiego.

Jako, że A. chciał również napić się kawy, a akurat na naszej drodze znajdowała się kawiarnia, do której już od dawna chciałam zajrzeć, wybraliśmy się do Tajemniczego Ogrodu.

Wnętrze kawiarni zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Gdybym miała być właścicielem jakiegokolwiek lokalu, wyglądałby dokładnie tak, jak ten. Delikatny, nieprzekombinowany, w starym stylu - czyli dokładnie moje klimaty. Czułam się tak, jakbym nagle odnalazła się w innej epoce.
Mojej epoce.



'




Nie tylko wystrój okazał się być tutaj na wysokim poziomie. Mrożona kawa z syropem karmelowym była bardzo dobra, natomiast Andrzej zdecydowanie potwierdził, że wypił tutaj najlepsze w Stargardzie americano.

Tajemniczy Ogród to nie tylko kawiarnia. W swojej ofercie lokal ma również dania obiadowe - makarony, pizze, dania mięsne, przystawki. Jest w czym wybierać :).

Wyszliśmy bardzo zadowoleni, a nasze dobre humory spowodowały, że przeszliśmy się jeszcze kawałeczek dalej, aż do przepięknie rozciągających się pozostałości stargardzkich murów. Nie omieszkałam wykorzystać tak dobrego światła i zrobiłam (a raczej A. uczynił) kilka ujęć.






Cieszę się, że wybraliśmy dzisiaj spacer po Stargardzie z kilku powodów: po pierwsze, przekonałam się, jak świetną kawiarnię mamy w centrum miasta; po drugie: nareszcie więcej chodziłam niż jeździłam, przy okazji zauważając zmiany zachodzące w naszej mieścinie, a po trzecie - no, nie oszukujmy się - zdjęcia to jest to, co uwielbiam (choć, przyznaję, aparat w obecnej komórce jest dość słaby).

A Wy macie jakieś swoje ulubione miejsca, do których uczęszczacie, gdy macie więcej wolnego czasu?

Podzielcie się w komentarzach!

Wasza K.

---
korolowa

wtorek, 26 lipca 2016

Uciec od wszystkiego.

Czasami masz ochotę zamknąć się w czterech ścianach. Albo wyjechać. Daleko. Tam, gdzie nikt i nic Cię nie znajdzie. Poza słońcem. I wodą. Czystym powietrzem. Zapachem wolności...
Nacieszyć chwilą, której już tak dawno nie dotykałeś. Taką tylko dla siebie. Rzucić wszystko w cholerę i pobyć, tak po prostu, sam z sobą.

Marzenia?




Co Cię trzyma za rękę? Co nie daje spokoju, nie da odetchnąć, choć na kilka krótkich momentów?
Praca? Małe dziecko? Matka wymagająca nieustannej opieki?

Wiesz, czym jest poczucie obowiązku? To taka cholera, która jak się przypałęta do Ciebie, to zazwyczaj nie odpuszcza i powtarza w kółko "siedź i rób to!"; "łazienka, kot i umierająca sąsiadka czekają na Ciebie - nie zawiedź ich!" A gdy tylko w Twojej głowie zaczyna kiełkować niewinna myśl o, choćby krótkim, oderwaniu się od tej ponurej rzeczywistości, o chwilowej zmianie, aby móc wyprostować swoje myśli, ona odzywa się ze stanowczym: "NIE! Nigdzie nie pójdziesz." Inni Cię potrzebują. Kot, sąsiadka, ojciec, zniszczona lampa, koledzy z pracy, kumpela, która po raz kolejny opowiada Ci o problemach zdrowotnych swojego psa - Ty ZAWSZE masz być na ich zawołanie.

A gdyby tak raz zaczekali? Przecież i tak nie uciekną. Świat się nie zawali, jeżeli raz poprosisz koleżankę, aby została przy matce. Korona Ci z głowy nie spadnie, jeśli kolega pomoże przy zepsutej lampie. Trzęsienia ziemi też raczej nie spowodujesz, jeżeli opuścisz swoje stanowisko pracy na kilka dni. Albo i choćby na dobę.

Możesz się męczyć i nie dokończyć tego, co na Ciebie czeka.
Albo możesz uciec gdzieś na chwilę, a potem wrócić  - spokojniejszy, pozytywniejszy, ze zdwojoną energią i motywacją do działania.




Wdychaj powietrze. Wypuszczaj nagromadzone, negatywne emocje. Czerp radość z chwili. Żyj w harmonii ze swoją duszą. Nie uszkadzaj jej. Nie kuj. Niech ptaki śpiewają Ci najpiękniejsze treny. Oswój się z wolnością. Zaprzyjaźnij ze słońcem. Zbieraj tęczę po deszczu. Łap chwilę. Oddychaj.

Bo nie zbawisz świata, jeżeli najpierw nie pomożesz sobie.



---
korolowa


sobota, 28 maja 2016

Pod rodzinnymi skrzydłami

Za nami już Boże Ciało. W tym roku święto to wypadło wyjątkowo wcześnie. Zgrało się z innym, ważnym dla wielu ludzi dniem - Dniem Matki. Dla mnie połączenie tego święta z ostatnio spędzonym weekendem było czymś niezwykłym. Nie dlatego, że działy się jakieś cuda...chociaż mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że to, co się udało zrealizować w miniony weekend, to swojego rodzaju cud, bowiem nareszcie doszło do tak długo wyczekiwanego, rodzinnego spotkania.


Wydarzenie to odbyło się w przepięknej okolicy, w miejscowości Więcbork.
 Położenie tego miejsca - jezioro, las, dużo zieleni - sprawiło, że było tam tak letnio i sielsko, a my czuliśmy się ze sobą jeszcze swobodniej.


 Łącznie zjechało się nas około trzydzieści osób (prawdopodobnie trochę więcej). Niektóre z nich po raz pierwszy widziałam na oczy, z innymi - po wielu latach -  reaktywowałam znajomość.

Fantastyczne było w tym wszystkim to, że mimo upływu czasu, z praktycznie każdym - czy to z wujostwem, najstarszym pokoleniem czy też z kuzynostwem - z każdym z członków rodziny rozmawiało mi się tak samo dobrze. Nie było chwili, w której  - jak to nierzadko się przecież zdarza - nagle zapada niezręczna cisza. Było tak ciepło, na luzie, a przede wszystkim - co najważniejsze - naprawdę czułam, że łączą nas te same więzły krwi.


W tym momencie bardzo chciałabym podziękować mojemu kuzynostwu z Poznania - gdyby nie oni, to nie wiem jak i czy w ogóle dotarłabym na spotkanie. Gosiu, Marku i Marto - za Waszą życzliwość i dobroć serca, serdecznie dziękuję! Taka ekipa to skarb :)

Po mojej (rudej-jakby ktoś miał wątpliwości) prawej - kuzynka Gosia; po lewej, - Marek z narzeczoną Martą.


A tak apropos - wybaczcie, ale nie mogłam sobie odmówić wrzucenia zdjęcia pojazdu, którym dane mi było tam przybyć - cudowny, hippisowski, wesoły "busik". Dwie godziny w nim, w tak doborowym towarzystwie, to jak dwie minuty. I co tam, że trochę trzęsło. Za to klimat iście woodstockowy - a to lubimy :)




Powrót wyglądał podobnie - tym razem transport busikiem w drugą stronę, a więc do Poznania, a potem już - po wypiciu szybkiej herbatki z kuzynostwem - pociągiem do domu.

***
Ostatni tydzień był bardzo przyjemny. Nareszcie udało nam się zrealizować tak długo obgadywany plan rodzinnego zjazdu, który dodatkowo jak najbardziej się, moim zdaniem, udał. Brakowało mi niektórych twarzy i naprawdę cieszę się, że mogłam zobaczyć się z rodziną, której na co dzień mi jednak brakuje. Przypomina mi o tym właśnie Dzień Matki. Przypomina też czasem widok wspierającego i lubiącego się rodzeństwa.

I choć rodzinę mam dalej niż bliżej - zwłaszcza tę najbliższą - to cieszę się, że istnieją jeszcze na świecie takie osoby, które - w choć minimalny sposób - mi tę rodzinę zastępują. Które tak po prostu rozmawiają ze mną i -  gdy trzeba -  martwią się o mnie. Które lubią ze mną przebywać, bo - po prostu - lubią mnie taką jaką jestem.
Takie osoby to szczęście.

Bo przyjaciele są niczym członkowie rodziny - to właśnie oni podnoszą nas, gdy nasze skrzydła zapominają jak latać.
Byle tylko płomień ich przyjaźni- jak to bywa również w przypadku niektórych krewnych - się zbyt szybko nie wypalał - czego sobie i Wam serdecznie życzę.




---
korolowa

sobota, 7 maja 2016

"Dobre" związki też się rozpadają.

Przeczytałam dziś u MartaPisze posta pt. "Dobre związki się nie rozpadają."
Marta opisuje tutaj fenomen rozpadu kilkuletnich związków. Że przecież nie można wyrzucać drugiego człowieka z naszego życia ot tak, jak zwykłej zabawki. Że to, co złe, co się popsuło, trzeba naprawiać, a nie od razu wyrzucać do śmietnika niczym nadgryzione jabłko . 


Pomyślałam sobie: kurcze, no tak. Gdyby to faktycznie było takie proste.
Przecież różne przypadki chodzą po ludziach. Można mieć niby normalny, dobry związek, w którym na początku aż iskrzyło, a ludzie fantastycznie się ze sobą dogadywali. I wcale, ale to wcale nic nie musi się pogorszyć - chłopak może być dalej fantastycznym facetem:  nie pije, nie zdradza; dziewczyna zaś dalej wita go co rano tym samym uśmiechem i robi mu obiadki. I niby jest tak, jak było. 

Niby. No właśnie.
Bo powoli, z dnia na dzień, miesiąca na miesiąc, roku na rok -  dochodzi do wypalenia. Nie, to nie jest tak, że naraz się kogoś nie kocha, Nie o to chodzi. Po prostu - nie ma już tej chemii. A wtedy - ci, którym się bardziej "przyfarciło", pozostają w przyjaźni i są dla siebie takim dobrym, codziennym wsparciem.

Ktoś może napisać: no tak, ot, zwyczajna rutyna. Że każdego to w końcu dopadnie.
Ja zaś uważam, że to wszystko zależy. Oczywiście, rzadko kiedy się zdarza, aby ludzie czuli po kilku, a już tym bardziej kilkunastu latach bycia razem to samo, co na początku... Jeśli jednak para jest ze sobą nie dlatego, bo rodzina tak chciała, albo "bo miała takie pięęęękne 'oczy'...", jeśli łączy ich jednak coś więcej: pasje, charakter, sposoby spędzania wolnego czasu; to wierzę, że taka miłość - czy jakkolwiek chcielibyście to nazwać - nie wygaśnie. 




I choćby czasami coś kusiło, pojawiły się  chwile zwątpienia; choćby czasem kolejny raz się poważnie zastanawiało nad wspólną przyszłością (bo może coś w życiu  tracę/ gdzieś czeka na mnie coś lepszego, z kimś innym u boku?) - to, gdy przywołasz w swej głowie jej śmiejące się do Ciebie oczy, już wiesz : przez to całe bagno, zawieruchy i inne ludzkie nieszczęścia, najprawdopodobniej przejdziecie właśnie razem.


P.S. Jeżeli spodobał Ci się post - będę wdzięczna za udostępnienie go - wystarczy wcisnąć ten niebieski przycisk z napisem "Udostępnij" w lewym, górnym rogu nad postem :)

---
korolowa

środa, 27 kwietnia 2016

O (braku) stabilizacji - tamte lata nie wrócą?

Jak bardzo naiwna kilka lat temu byłam. Byłam naiwna, wierząc w plany, które wydawały mi się takie proste do zrealizowania. Skończę studia, wyjdę za mąż w wieku 24-25 lat, a mając 26-góra 27, zajdę w ciążę (oczywiście mając stałą posadę nauczyciela angielskiego w milutkiej szkole podstawowej), urodzę śliczną córeczkę lub synka, pójdę na macierzyński, wychowam dziecko, wrócę do pracy...
Piękne to były plany...które pozostały jedynie w krainie nieziszczonych, zakurzonych marzeń.
Studia się, z różnych względów, poprzesuwały mi w czasie i skończyłam je ciut później, niż miałam w zamiarze. Małżeństwo? Nawet jeśli nie chcę robić żadnych wesel, a jedynie zorganizować przyjęcie dla najbliższych - i tak trzeba mieć na to fundusze. A czasami aż mnie korci, aby rzucić to wszystko i, tak po prostu, pójść z moim A. do USC, i wyjechać sobie na jakąś wycieczkę, na przykład na Karaiby. Albo do Los Angeles. I byłoby tak po "hamerykańsku". Szybki ślub bez problemów, z podpisanym papierkiem. 
Jednak brak pieniędzy w naszym życiu mocno nas ogranicza. I nie chodzi mi wcale o Bóg jeden wie jakie kokosy, ale o taką stabilizację - być może niektórzy się teraz obruszą za to, co napiszę, ale muszę to nadmienić: w czasach komuny było różnie, było może i biednie, ale przynajmniej każdy miał pracę. Lepszą, gorszą, ale miał. I przynajmniej nie było tak jak teraz, że wykwalifikowane, wyedukowane osoby miały problem ze znalezieniem czegokolwiek. Nie czekały miesiącami, a nawet latami na to, aby móc iść zarabiać jakieś przeciętne chociaż pieniądze. Było więcej umów o pracę. Teraz jest od grom tzw. "śmieciówek" - umowy o dzieło, zlecenie... 

Świat zmienia się w drastycznie szybkim tempie. Wszyscy gdzieś się spieszą - dzieci do szkoły, dorośli - do pracy. Widzę, jak nas zmienił postęp technologiczny. Ludzie zapatrzeni są w swoje komórki, kilkuletnie dzieci biegle obsługują podstawowe tablety... A ja tęsknię za latami 90.-tymi. Za wychodzeniem na dwór i wygłupami dzieci na trzepaku. Skakaniem na skakance, graniem w klasy czy gumę. No dobra, w moim przypadku było trochę inaczej (jako introwertyk, chętniej niż na dwór, wolałam siedzieć zamknięta w domu i czytać książki)..ale wiecie, o co mi chodzi. Była beztroska. Było prawdziwe dzieciństwo. Była radość. Częste wyjazdy do babci. A teraz? Posiniaczone od nadmiaru światła z ekranów mózgi i zakryta kurzem wrażliwość. I wiem, że każde pokolenie - tak jak i to naszych rodziców - zawsze będzie mówiło: takie czasy jak nasze to jednak były najlepsze... Ale te najlepsze lata już naprawdę minęły. Bezpowrotnie. I nie wiem, czy kiedykolwiek wrócą. Bo, abyśmy mogli pójść naprzód, prawdopodobnie musielibyśmy zrobić najpierw duży krok w tył.


Powolne, beztroskie niedziele spędzone w lesie całą rodziną? Stabilna praca od poniedziałku do piątku, od 8 do 16, czy się stoi, czy się leży...? Ślub w wieku 22 lat, dziecko w wieku 24?
Zazdroszczę tym, którzy mogli tego w tych czasach doświadczyć.

Na zwieńczenie moich wynurzeń, pozwólcie, że opiszę Wam pokrótce pewną sytuację.
Rozmawiam ostatnią z jedną z nauczycielek w pokoju nauczycielskim.
Ja: "No tak, trochę się teraz pozmieniało. W sumie tak na tę chwilę myślę, że jakbym miała wziąć ślub za rok, dwa i mieć dzieci w wieku góra 35 lat i w tym samym wieku już w miarę stabilną, dobrą pracę, to byłoby chyba nieźle".
N: "Naprawdę ci, K., tego życzę. Ja mam prawie 50 lat, córkę nieco starszą od ciebie, a dalej tej stabilizacji - ani w pracy, ani w życiu ogólnie  - nie mam".


P.S. Jeżeli spodobał Ci się post - będę wdzięczna za udostępnienie go - wystarczy wcisnąć ten niebieski przycisk z napisem "Udostępnij" w lewym, górnym rogu nad postem :)


***
korolowa