Polub mnie na FB :)

poniedziałek, 29 maja 2017

Rodzinny czas

Maj to nie tylko miesiąc, w którym to wiosna zaczyna się już powoli upodabniać do tej letniej pory, ale również i okres komunii. Dzieci w białych ubrankach, rodzinnych celebracji i tak dalej. W teorii duchowe doświadczenie, w praktyce... cóż, powiedzmy sobie szczerze - dzieci z niecierpliwością czekają na te namacalne, zmaterializowane marzenia, czyli prezenty. Pieniądze, komputery, tablety, aparaty... Nie oszukujmy się, mało któremu dziecku naprawdę zależy na tym mniej niż na kościelnej ceremonii. Co nie znaczy, że tylko tym żyją. I że wszystko ma się odbywać tylko i wyłącznie wokół pieniędzy i wielkiego obżarstwa.



Czasami żałuję, że tak rzadko bywam u mojego chrzestnego. Tym bardziej po minionym weekendzie. Niby przyjechaliśmy tylko na komunię jego córeczki, a byliśmy tam dobrze ponad dwadzieścia cztery godziny. Choć ostatnimi czasy już nie jestem tak zestresowana jak wcześniej, to i tak zrobiłam sobie wspaniały reset. W końcu tylko my, słońce i rodzina. No i piękne jezioro. I ryby - smażone, wędzone. I kiełbaski z ogniska. Pięknie zrobione drinki. I granie w piłkę z Anią. I zdjęcia. I Pink Floyd włączone na fulla. Boże, powiedzcie mi: czy może być piękniej?





A po tym wszystkim, jedna z najważniejszych w życiu naszej Ani ceremonia - komunia. Biedna, taka zmęczona była, a taka skupiona przez całą mszę. Nie dość, że śliczna, to dobra i mądra z niej dziewczynka. Wyciszona, a jednocześnie ciekawa świata i pełna życia. Chciałabym mieć kiedyś takie dziecko.


To był zdecydowanie pięknie spełniony czas. Trzeba przyznać, że pogoda też nam dopisała i przyczyniła się do tak fantastycznej, ciepłej atmosfery.

Do tego - muszę koniecznie nadmienić  - jedzenie było przepyszne. Chrzestny wraz z żoną stanęli na wysokości zadania i również dla Andrzeja przygotowali osobne dania - a to krem z brokułów, a tu warzywa grillowane z serem. Porcje solidne, a do tego naprawdę smaczne. Wszystkiego w bród, co więcej - dostaliśmy nawet solidną wyprawkę, głównie w postaci ryb. Także, jakby ktoś miał ochotę - zapraszam, zapraszam (sama nie przejem!).

Ale tym, z czego się najbardziej ucieszyłam, było zobaczenie się z rodziną, To wspominanie przy wieczornym piwie nad jeziorem mojej komunii (pamiętam, jak od nich właśnie dostałam pierwszy i jedyny w moim życiu rower!).  Przywoływanie wspomnień z przeszłości i rozmowy  o naszych planach. O tym, co będzie za rok i za dwa miesiące. O jutrze - dziś.


I, gdy tak obserwowałam bawiącą się przed nami piłką Anię, miałam cichą nadzieję, że - kto wie, być może też za dwadzieścia lat -  i z nią będziemy mogli kiedyś to wszystko wspominać.


---
korolowa

sobota, 13 maja 2017

Jak zebrać się do kupy.

Był okres, że prawie wszystko było nie tak. Zdrowie, praca, relacje z niektórymi osobami  - niemal wszystko pisało się wtedy w czarnych barwach. Jednak, jak to mówią, po nocy przychodzi dzień, a po burzy słońce i tak dalej. I - tak właśnie czuję -  moje ostatnio znowu wyszło nad horyzont.

Dawno nie czułam się tak szczęśliwa. Taka wolna. Pełna swobody i chęci działania. 

A czasami do szczęścia wystarczy tak niewiele.


Choć, przyznać trzeba, ten miniony 2016 rok to było naprawdę jedno wielkie pasmo nieszczęść i zwyczajnego pecha, to były też sprawy, na którę mogliśmy mieć wpływ, ale jakoś tego nie ruszaliśmy. Bo nie pomyśleliśmy, bo nie widzieliśmy rozwiązań, bo się nie chciało. Powodów znalazłoby się więcej niż wszołów na kocie Kaczyńskiego.

Tymczasem, wystarczyło jedno. Naprawdę. Jedna, jedyna rzecz, którą można odnieść do każdego aspektu naszego życia, aby je zmienić na lepsze. Pewnie zachodzicie w głowę: co to takiego? Co ona znowu wymyśliła? Przecież to niemożliwe, znaleźć jeden sposób na wszystkie rozterki!

A no, bo takiego nie ma - inaczej świat byłby idealny, a taki nigdy nie będzie. Można jednak sprawić, że przynajmniej sami z sobą, z własnym sumieniem, będziemy się czuli dobrze. 

A do tego wystarczy jedno. Wystarczy...trzymanie się własnych zasad. 
Serio. So easy.

Chcesz pracować w szkole - ok, zrób kurs pedagogiczny, szukaj, pytaj - a gdy już dostaniesz pracę, po prostu nie narzekaj, że rodzice tacy liberalni, a dzieci takie rozwydrzone.

Chcesz kompletnie zmienić znajomych? Droga wolna! Poznawaj innych ludzi - wychodź do klubu, poproś koleżankę, aby zabrała cię ze sobą na domówkę albo zarejestruj się na portalach społecznościowych. Tylko, kiedy już spalisz te wiekowe mosty, nie marudź, że ci starsi kumple chyba jednak byli fajniejsi. 

Nudzi ci się w mieście, w którym żyjesz i wiesz, że w sumie mógłbyś to zmienić, ale zwyczajnie ci się nie chce? No to masz dwa wyjścia: dalej siedzieć i narzekać jaka to zapchaj dziura, albo ruszyć tyłek i wyjechać tam, gdzie woła serce lub pieniądz. Tylko nie płacz później, że na co ci to było, że trzeba było zostać na garnuszku u mamusi. To była Twoja decyzja. Choć ją chyba najprościej można by było doprowadzić ponownie do punktu wyjścia.

O co mi chodzi? A no o to, że tak naprawdę każdego dnia podejmujemy jakieś decyzje, które mają mniejszy lub większy wpływ na nasze życie. A podejmujemy je, bazując na własnych priorytetach. Owe, oczywiście, można zmienić. Czasami nawet warto pewne sprawy przewartościować, choćby dla własnego dobra. Ale warto też być konsekwentnym. Nie chodzić na skróty.
Jeżeli w coś wchodzić, to już na poważnie i z kopa. A przede wszystkim - nie jęczeć, że mamy B, skoro świadomie zrezygnowaliśmy z A. Brać pod uwagę plusy i minusy każdego działania. 





I zwyczajnie liczyć się z wszelkimi konsekwencjami swoich poczynań. 
A, już tak z milszych rzeczy - warto również robić sobie małe przyjemności. Jakieś ponad pół roku temu zauważyłam, jak bardzo tęskniłam za czytaniem książek i jak wiele dają mi one radości i odprężenia. Jak fajnie jest pójść na basen albo długi spacer. Jak to dobrze posprzątać sobie w domu i udekorować go w taki sposób, aby się w nim czuć jak najlepiej.

Zarówno duże zmiany jak i małe, codzienne drobnostki wpływają na nasz nastrój. Dobrze jest tak zebrać się nareszcie do kupy i zacząć pielęgnować to szczęście, które czujemy w sobie, kiedy nareszcie zaczyna ono w nas rozkwitać.


---
korolowa

środa, 3 maja 2017

Aramia z "Kuchennych Rewolucji" - hit czy kit?

Pogoda w tym roku zepsuła zapewne plany wielu działkowiczów, pragnących, wedle majówkowej tradycji, spędzić te pierwsze dni maja przy grillowanej kiełbasce i kilku ciekłych procentach. Choć wieść się rozniosła, iż znaleźli się i tacy śmiałkowie, że nie straszne im było plus dziewięć z darmowym prysznicem, to większość jednak tym razem pochowała się w domach, tudzież  - jak np. my - postanowiła ucztować w nieco mniej tradycyjny sposób.


O szczecińskiej "Aramii" usłyszeliśmy już, przy okazji polecenia jej przez część naszej rodziny, kilka miesięcy temu. Syryjska restauracja przeszła bowiem kuchenną rewolucję znanej restauratorki, Magdy Gessler.

Na stronie "Kuchennych Rewolucji" możemy poznać nie tylko historię założenia restauracji, ale i życia rodziny Samira, założyciela "Aramii":

"Samir Zeair w 1978 r. przyjechał z Syrii do Polski na studia medyczne. Zaraz po ich ukończeniu zdał sobie sprawę, że kraj nad Wisłą jest jego miejscem na ziemi, i chociaż w latach 80-tych nie rozpieszczał paletą barw, Samir zdecydował osiedlić się w nim na stałe. Dziś jest on uznanym chirurgiem naczyniowym i transplantologiem specjalizującym się w przeszczepach wątroby. Niedawno przyznano mu nawet tytuł lekarza roku. Jednak największe uznanie przynosi mu wysokie, prawie 100% powodzenie wykonywanych przez niego przeszczepów.
Pochłonięty swoją pracą i odnoszący sukcesy doktor zapewne nigdy nie zostałby właścicielem restauracji, gdyby nie wojna w Syrii, która miała decydujący wpływ na przyjazd do Polski jego żony, Nady. Kobieta nie miała zamiaru być panią domu na pełen etat i „czekać na męża” - szukała pomysłu na własną pracę. Dwa lata temu do kraju sprowadził się także brat Samira – zawodowy kucharz. Wtedy też cała trójka wspólnie zdecydowała otworzyć rodzinną restaurację z tradycyjną kuchnią syryjską. W ten sposób w sąsiedztwie jednego ze szczecińskich osiedli, w niepozornym budynku, powstała „Aramia” [więcej tutaj]."
Faktycznie, budynek jest, delikatnie rzecz ujmując, bardzo niepozorny -  właściwie to największym problemem jest odnalezienie go. Ulicy Romera 12 szukaliśmy chyba z dobre pół godziny, przy włączonej nawigacji i aktywnych mapach Google oraz dwóch zapytanych przechodniach. Naprawdę, ciężko o trudniej dostępne miejsce niż to, w którym obecnie znajduje się ta syryjska knajpa.
Kiedy już jednak udało nam się odnaleźć poszukiwany lokal, zostaliśmy dość pozytywnie zaskoczeni. Piękne, jasne wnętrze z ciekawymi ścianami. Wnętrze niezbyt obszerne, jednak - właśnie przez tak olbrzymie wyeksploatowanie bieli - wydaje się być dużo bardziej przestronne. Gdzieniegdzie delikatne ozdoby lub figurki, które - choć imho niewiele miały wspólnego z kuchnią orientalną - nadawały temu miejscu wiele uroku.


Jeśli chodzi o jedzenie, to pierwsza przystawka została podana całkiem szybko - w około 10 minut od złożenia zamówienia. Były to faszerowane liście winogron - 6 sztuk za 12 zł. W składzie farszu znajdowały się: ryż, czerwona papryka, pomidor, natka pietruszki oraz syrop z granatu i soku z cytryny,  a wszystko to skropione oliwą. Bardzo ciekawy, kompleksowy i zupełnie nowy smak. Zdecydowanie warte swojej ceny.


Druga przystawka - falafel. Sama już nie kosztowałam - było to bowiem danie A. i B. - natomiast, według tego, co twierdzi Andrzej  - nie warto. Mała porcja, gumowaty chleb, jedynie kulki były smaczne. Ponoć dużo lepsze można dostać w pierwszej lepszej budzie w Nowym Jorku. Cena:17 zł. Choć to nie wysoko, mimo wszystko - odradzamy.

Po ponad pół godzinie przyszedł czas na danie główne - razem z tatą, jako mięsożercy zamówiliśmy sobie tzw. talerz królewski dla dwóch osób. Na półmisku znajdowały się zatem cztery rodzaje mięsa: shish kebab, shish tauk, kawta w sosie pomidorowym (konia z rzędu temu, kto mi wyjaśni, co to właściwie jest? EDIT: dowiedziałam się więcej i to powinna być kofta, czyli pulpeciki indyjskie) oraz szaszłyk z grillowanych kawałków baraniny. Do tego sałatka i do wyboru frytki, ryż lub kasza burghul. I właśnie opcję z kaszą oraz frytkami - tak pół na pół - wybraliśmy.


Wiem, że to może zabrzmieć dziwnie, ale  - nigdy nie jadłam lepszej kaszy! Mięciutka, nie rozpadająca się, pięknie podana, po prostu przepyszna. Nie sądziłam, że można się czymś tak niby niepozornym zachwycać- a jednak. Po prostu kasza idealna. Istne niebo w gębie.
Mięsa również były smaczne, jednak niektóre były chłodne już z chwilą podania, co oczywiście wpłynęło na moją ogólną ocenę dania. Bardzo dobrze przyrządzona została sałatka, frytki natomiast prawie w ogóle nie były słone - dobrze, że otrzymaliśmy sos czosnkowy - dzięki niemu otrzymywały w naszych ustach jakiegoś smaku. Tak czy inaczej - cała porcja naprawdę solidna, 2 głodne osoby na pewno się tym mocno najedzą, a i jeszcze dla trzeciej coś zostanie. Mimo wszystko uważam, że cenę mogliby chociaż o te kilka złotych obniżyć  - obecnie taki talerz kosztuje 80 zł.
Muszę jednak nadmienić- a powinnam to zrobić już na początku relacji - iż, już po usadzeniu się przy stole, kelnerka podała nam coś na ugaszenie pierwszego pragnienia - herbatę z dodatkiem cynamonu. Mi ta przyprawa akurat smakuje, więc, jako że było to wliczone w koszta restauracji - zdecydowanie na plus.
Reasumując zatem zebrane wizualno-smakowe wrażenia: czy to miejsce nas zadowoliło? Powiem szczerze, że generalnie -  spodziewaliśmy się czegoś więcej. Czy wróciłabym tam ponownie? Myślę, że tak. Następnym razem spróbowałabym jednak czegoś z poleceń pani Gessler, czyli np. zupy z soczewicy bądź halawer aljebneh, czyli deser z kaszy manny i sera mozarella polane syropem różanym.
Nie sposób również nie wspomnieć o świetnej obsłudze - kelnerka była równie przemiła jak i dobrze poinformowana - znała skład potraw, o które pytaliśmy i z uśmiechem odpowiadała na każde dodatkowe pytanie.
Biorąc zatem to wszystko pod uwagę - czy restauracja "Aramia" to hit czy jednak kit? Uważam, że ani jedno, ani drugie - oferuje bowiem wiele ciekawych potraw,choć niektóre należałoby jeszcze trochę dopracować. Gdybym miała wystawić ocenę w skali od 1 do 10, za całokształt dałabym niepełną 7-kę.
I - jak już nadmieniłam - wróciłabym po więcej.


---
korolowa


piątek, 21 kwietnia 2017

"Dlaczego mężczyźni nie słuchają, a kobiety nie potrafią czytać map? "- czyli dlaczego powinieneś przeczytać tę książkę.

Dlaczego mężczyźni nie mogą znaleźć tej cholernej kanapki w lodówce, a kobiety często nie wiedzą, gdzie w tej chwili znajduje się północ? Czy faceci naprawdę częściej myślą o seksie i jakie ma on dla nich faktycznie znaczenie? Czy kobieta pójdzie do łóżka z mężczyzną, do którego nic nie czuje?

Na te i wiele innych pytań znajdziecie odpowiedzi w jednej, świetnie napisanej przez australijskie małżeństwo książce "Dlaczego mężczyźni nie słuchają, a kobiety nie umieją czytać map."


Autorami tego znakomitego a'la poradnika są Allan i Barbara Pease, eksperci w dziedzinie stosunków międzyludzkich.  W niewiele ponad 300 stronach zawarli całą kwintesencję różnic pomiędzy kobiecym a męskim zachowaniem, myśleniem; właściwie - po prostu wszystkim. Wszakże kobiety to takie opiekuńcze, sprawujące pieczę nad domostwem, delikatne istoty; mężczyźni zaś to wojownicy i myśliwi; to oni są głównymi dostarczycielami pożywienia już od wielu tysięcy lat.
W czasie, gdy oni wyruszali na polowanie i szukanie zwierzyny, kobiety zostawały w jaskini, zajmując się w tym czasie dziećmi, przyrządzając jedzenie, urządzając dla nich posłanie. Tak, drogie panie - multitasking już wtedy był zdecydowaną domeną kobiet i najczęściej z tego powodu to właśnie kobiety są zatrudniane na stanowiska wymagające koncentracji na wielu sprawach jednocześnie (np. sekretarki/recepcjonistki/osoby obsługujące call center) o wiele częściej niż mężczyźni.

I właśnie tego między innymi dowiedziecie się z tej lektury -  czyli jak biologia oraz pierwsze (jaskiniowe) podziały obowiązków wpłynęły na obecne funkcjonowanie samców i samic z gatunku homo sapiens. Dodatkowo będziecie mogli zrobić sobie test na wysokość testosteronu - najprościej mówiąc, dowiecie się, czy macie bardziej damski czy męski mózg, a może - jak na przykład ja - okaże się, że znajdujecie się pośrodku?


Przyznaję, że pierwsze strony nie zaciekawiły mnie aż tak bardzo. Myślałam nawet, "rany, jakie to wszystko oczywiste/ niezbyt to odkrywcze, po co to czytać?" Im bardziej się jednak zagłębiałam, tym mocniej mnie to wszystko ciekawiło, a i pewne sprawy okazały się być jednak nie tak do końca oczywiste.

Ta książka jest dla mnie absolutnym odkryciem roku. Napisany z humorem, fenomenalny mini - poradnik, a właściwie objaśniacz damsko-męskich zachowań to świetna pozycja dla absolutnie każdego, kto jest w związku, bądź kiedyś chciałby znaleźć się w udanej, opartej na wzajemnym zaufaniu i zrozumieniu, relacji.

Jeżeli  zatem mieszkasz z nim/nią od wielu lat, a dalej nie możesz pojąć, dlaczego robi coś w taki, a nie inny sposób - nie wahaj się! Książka ta jest bowiem na wyciągnięcie ręki i nie nadwyręża zbytnio domowego budżetu. Ceny wahają się od 27 do 35 zł, ząś egzemplarze dostępne są m.in. na Gandalf.com.pl (tu najtaniej), Empik.com, Znak.com.pl, czy Matras.pl.

A może i Ty spotkasz jakąś dobrą duszę, która ma u siebie taką pozycję w posiadaniu i chętnie Ci ją użyczy? Ja swojej z tego miejsca bardzo za to dziękuję, bo jest to obecnie zdecydowanie jeden z moich faworytów; bowiem  w  humorystyczny i  przystępny sposób książka ta wpłynęła na mój światopogląd, otwierając oczy na to, co wcześniej nie było zbyt dostrzegalne i klarowne - w przeciwieństwie do teraz.



---
korolowa


piątek, 7 kwietnia 2017

Modelką być - czyli sesja u Photofactory.

Kilka tygodni temu studio fotograficzne Photofactory wraz z makijażystką Joanną Mają Kaczmarek zorganizowało konkurs facebookowy. Prosty konkurs, którego zasady opierały się jedynie na lajkowaniu i udostępnianiu zdjęcia, czyli coś, w czym właściwie nigdy nie mam szczęścia (zazwyczaj wygrywam bowiem w konkursach kreatywnych, tylko jeden, jedyny raz otrzymałam coś poprzez losowanie).

Tym razem jednak szczęście się do mnie uśmiechnęło. I to mocno, bowiem nagrodą główną była sesja zdjęciowa z profesjonalnym makijażem. Moje małe, narcystyczne marzenie, właśnie miało się spełnić. Tak, my dream has come true! W końcu miałam się poczuć jak prawdziwa modelka.

Miałam wybór: zdjęcia plenerowe w Szczecinie lub Stargardzie bądź w studio w Szczecinie. Ostatecznie decyzja padła na zdjęcia studyjne: po pierwsze, z niepewności odnośnie pogody, a po drugie -  przez możliwość bycia w studio i sprawdzenia się przed obiektywem w zamkniętej, profesjonalnej przestrzeni twórczej.

Napisałam zatem rychło do organizatorów w celu ustalenia miejsca oraz daty spotkania. Żona fotografa, Justyna, z wielką cierpliwością odpowiadała na wszelkie moje zapytania oraz wątpliwości. Dzięki temu czułam, że oddaję się w dobre ręce :).

Kilka godzin przed wyjazdem przygotowałam sobie kilka stylizacji - starałam się dopasować każdy możliwy szczegół. Na miejscu jednak, z uwagi na małe opóźnienie i moje ograniczenia czasowe związane z późniejszym powrotem do mojego miejsca zamieszkania, zwyczajnie nie miałam aż tyle czasu, aby dopilnować każdej drobnostki do wybranej garderoby. Niemniej jednak takie ograniczenia nie istnieją, jeśli tylko ma się czas - nas po prostu zegar zaczął w pewnym momencie nieco poganiać.
Zresztą - sami oceńcie efekty naszej wspólnej pracy - poniżej umieszczam kilka zdjęć z sesji.


Podczas zdjęć okazało się, że Daniel (fotograf)  to niesamowicie cierpliwy człowiek, który dodatkowo posiada cenną umiejętność rozbawiania ludzi ("patrz oczami w kierunku lampy!"), niezwykle przydatną w jego profesji. Dzięki niemu, jego przemiłej żonie (o kojącym wszelkie bóle w krzyżu podczas dziwnych ujęć, uśmiechu) oraz pozytywnie zwariowanej Joannie, która mnie tak pięknie wymalowała, mogłam się naprawdę rozluźnić, a nawet popłakać ze śmiechu. Makijaż jednak przetrwał, zaś bóle w krzyżu... dzięki Bogu, nie. :)

Jeżeli kiedykolwiek chcielibyście zamówić sobie taką prywatną sesję - serdecznie polecam Wam szczecińskie Photofactory. Wspaniała atmosfera oraz przemiłe podejście gwarantowane.


Jeśli jesteście ciekawi innych zdjęć Daniela, zachęcam do zajrzenia na stronę Photofactory.pl oraz na fanpage na Facebooku KLIK.

Fanpage Joasi (makijażystka): KLIK.





***
korolowa

A Czy Ty zdecydowałbyś się na taką sesję i spróbować swoich sił po tej drugiej stronie obiektywu? A może masz do mnie jakieś pytania? Jeśli tak - koniecznie daj znać łapką w górę lub w komentarzu!

niedziela, 2 kwietnia 2017

Prima Aprilis, Ty też się (czasem) pomylisz.

Zastanawiam się nad tym, od czego by tu zacząć. Może od tego, ze ostatnio popełniłam wpis, w którym opisywałam, jak to się zawiodłam na niektórych osobach, Że spodziewałam się po nich czegoś więcej. Że takich relacji to ja nie potrzebuję. Cóż, trzeba przyznać, że wystarczył tydzień, a właściwie to jeden dzień, abym zmieniła swoje zdanie. Przynajmniej do co poniektórych.

Czasem jest tak, że najzwyczajniej w świecie mamy dość wszystkich i wszystkiego, i takie właśnie emocje skumulowały się we mnie, gdy jakiś czas temu napisałam tego posta.

Dużo się jednak w człowieku zmienia, gdy zaczyna patrzeć na to z innego punktu widzenia.
Co by było, gdyby taka osoba zniknęła z naszego życia niemal całkowicie? Gdyby wyjechała gdzieś i słuch całkiem o niej zaginął?  Czy na pewno przez cały czas żyłoby się Wam z tym dobrze? Czy nie odezwalibyście się jednak po jakimś czasie sms-em bądź na Messengerze, próbując, mimo wszystko, utrzymać kontakt?


Po chwilach świadomie wybranej samotności, po jakimś czasie zapewne, prawdopodobnie coś się w Was jednak zapali. Takie uczucie, które powoduje, że chcesz, aby ta osoba była tutaj teraz, z Tobą.
I nigdy więcej nie odchodziła.

Tęsknię za moimi dwiema przyjaciółkami, które wyjechały w pogoni za obietnicą lepszego życia. Choć zdarzało się, że miałam już dość przebywania z nimi - wszakże, co za dużo, to niezdrowo, poza tym, nawet najwspanialsze pod słońcem osoby nie są idealne - to teraz marzę o tym, aby mieszkać gdzieś blisko nich. Wychodzić, tak jak w czasach licealnych, na długie spacery i szwędać się po sklepach. Iść gdziekolwiek, bez celu. Byle razem.
















 




I znowu kolejna osoba  mnie/ nas tutaj zostawiła. I mimo tego, że właśnie na nią między innymi się ostatnio denerwowałam, to po minionym weekendzie (a głównie wczorajszym dniu, który swobodnie mógłby zostać moim wielkim Dniem Rozstań, tudzież Dniem Przyjaźni) - wiem, doskonale wiem - będzie mi jej tutaj brakować. Tym bardziej, że  - jak sądzę -  miejsce docelowe może jej się na tyle spodobać, że wcale nie będzie chciała tutaj wrócić.

***
Możemy się na siebie czasem denerwować. Gniewać, nie odzywać przez jakiś czas, nie zapraszać do domów, jeśli nie mamy ochoty. Ale chyba jednak ważniejsze jest to, że w razie potrzeby, zawsze sobie pomożemy. Wyjdziemy razem na piwo, aby porozmawiać o głupotach bądź o nurtujących nas sprawach. O tym, że mamy problemy w pracy lub że właśnie ktoś w nas rzucił gumą do żucia.

Że po prostu wspieramy się. Jesteśmy.
Choćbyśmy mieli robić to przez Skype'y, Messenger'y smsy i inne wynalazki.

Zawsze i tak zwyczajnie - po prostu: dla siebie.


---
korolowa

piątek, 24 marca 2017

I ja mam Was w dupie.

Kolejny raz próbujesz umówić się z Izką na spotkanie. Mniej więcej raz na pół roku słyszysz od niej "Musimy się koniecznie zobaczyć ", a gdy już próbujesz, z coraz większym sceptycyzmem, dodzwonić się do niej, wiecznie jest zajęte. To znaczy, ona jest zajęta. Przez pół roku. I kolejne pół. Nawet wtedy, gdy spotykasz ją na ulicy z chłopakiem, którego, broń Boże, nie można zostawić choćby na godzinę, bo przecież sam sobie w domu biedny nie poradzi.

Maciek znowuż spotka się czasem z Wami, najchętniej gdzieś w pubie bądź czyimś domu. To jest - Twoim, Kaśki lub Piotrka. Przestrzega bowiem zasady: byle nie u niego. I koniecznie trzeba po niego zadzwonić. On nigdy nie przejmuje inicjatywy - no bo i po co? I tak dadzą mi znać -  jestem przecież taki zajebisty! Nie ma sensu pisać, a już tym bardziej dzwonić do kogoś. To oni do mnie zawsze dzwonią. Na pewno nie ja.


"Najfajniejsza" jest jednak Ulka. Ona, owszem, chętnie utrzymuje kontakty. Najczęściej odzywa się, kiedy akurat potrzebny jest jej tłumacz na szybko albo nie może znaleźć innego łosia, który przenocuje ją w Twojej okolicy, oczywiście za jej dozgonną wdzięczność w postaci brudnych naczyń w zlewie i bez słowa dziękuję.

Takie przypadki można mnożyć i mnożyć, ale wniosek nasuwa się jeden - ganianie za takimi osobami to strata czasu. Lepiej poświęcić go na coś lub kogoś cenniejszego. Na hobby, czytanie książek, spacery (nawet samotne). A przede wszystkim na ludzi, którym naprawdę na Tobie zależy. Za którymi nie trzeba się uganiać. Którzy są nie tylko wtedy, kiedy potrzebują Ciebie, ale również gdy i Ty potrzebujesz ich. Po co Ci taka Izka, która wiecznie nie ma dla Ciebie czasu? Maciek, który widocznie potrafi egzystować bez relacji międzyludzkich, którego, tak między Bogiem a prawdą, niespecjalnie interesuje co u Ciebie, skoro potrafi nie odzywać się miesiącami, dopóki sam do niego nie napiszesz? Albo Ulka, która jedyne co potrafi to żerować na Twojej serdeczności, nie dając w zamian nawet szczerego uśmiechu?

Tak, również myślę, że to nie ma najmniejszego sensu. To całe udawanie, że się lubimy. Podtrzymywanie jednostronnych relacji. Gryzienie się, że może my robimy coś nie tak.


Bo, owszem - robimy. Dalej naiwnie wierzymy, że te relacje takie są i już. Niektórzy uważają, że czasami takie stosunki są lepsze niż żadne.

Ja zaś uważam zupełnie odwrotnie. I wiem, że jedyną rzeczą, którą zrobiłam źle, było powiedzenie takim osobom "dziękuję" o wiele później, niż w rzeczywistości powinnam to zrobić. Że - tak jak oni mnie - powinnam dużo wcześniej mieć ich wszystkich w przysłowiowej dupie.

---
korolowa


P.S. Jeśli i Wy macie wokół siebie takie osoby - komentujcie/
/udostępniajcie/  lajkujcie  

wtorek, 7 marca 2017

Przyjaźń między kobietą a mężczyzną - czy jest możliwa?

"Między mężczyzną a kobietą przyjaźń nie jest możliwa. Namiętność, wrogość, uwielbienie, miłość - tak, lecz nie przyjaźń." [O. Wilde]

Kto z Was po przeczytaniu powyższego zdania wstał niemal z prędkością światła i z impetem wrzasnął "No jak to nie? Przecież ja właśnie jestem w takiej relacji i to jest prawdziwa przyjaźń!" Uderz stół, a nożyce się odezwą? :) A tak serio - nie twierdzę, że słowa znanego pisarza są pełnym odzwierciedleniem moich myśli na ten temat. Pozwólcie jednak, że nieco na ten temat się dziś powynurzam.

Wyobraźmy sobie, na ten przykład, niemal idealną parę X i Y. Parze tej wszystko, albo przynajmniej prawie wszystko się układa, są ze sobą szczęśliwi. Któregoś dnia jedno z nich - nieważne właściwie, które - poznaje Z. Z staje się przyjacielem kobiety/mężczyzny/obojga [niepotrzebne skreślić]. Well, jeżeli obojga i jeśli każde z nich spotyka się z tą osobą równie często, to pół biedy. Gorzej, a przynajmniej bardziej podejrzanie zaczyna to wyglądać, gdy nagle jedna z osób woli to robić częściej, w dodatku sam na sam. Jeżeli związek X i Y opiera się na wzajemnym zaufaniu i szacunku do siebie, a do tego dalej istnieje między nimi chemia i sprawy łóżkowe wyglądają lepiej niż dobrze - cóż, wtedy chyba nie ma się o co martwić. Jeśli jednak choćby jeden z tych trzech czynników legł w gruzach lub stoczył na sto metrów pod ziemią - cóż... zawsze jest przecież przyjaciel. Przyjaciel, który pocieszy. Porozmawia. Nawet przytuli, gdy trzeba. I zrobi jeszcze inne słowa na "p"... oczywiście również w ramach "przyjaźni".


Ludzie mogą się czasem sami chcieć okłamywać, że niczego nie czują. Że to tylko przyjaźń. Zwłaszcza, jeśli mówimy o przyjaźni z "ex" czy z kimś, kto wcześniej np, dał nam kosza, ale dalej się z nami przyjaźni (dalej w kontekście relacji damsko - męskiej, choć właściwie istnieją przecież związki homoseksualne). Ale, na zmartwychwstanie Johna Snow'a, nie można, naprawdę nie można mówić o przyjaźni z kimś, z kim się dalej sypia! Wybaczcie, ale w wielu przypadkach, w których wcześniej miało zastosowanie "friends with benefits", to, co było później (o ile nie przerodziło się w coś poważniejszego:miłość, związek), to już nie była przyjaźń. A co dopiero wchodzenie komuś do łóżka po odrzuceniu. Stwierdzeniu sorry, nie dam nam szansy, no czegoś jednak brakuje, aby nam się to udało. Po tym nie da się przyjaźnić, a przynajmniej jest niezwykle trudnym, aby obie strony funkcjonowały w zdrowej przyjaźni po tak zabarwionych erotycznie, wspólnych przeżyciach. I właśnie tym wcześniej pokrzywdzonym będzie ciężko wyprzeć tą drugą osobę z głowy. Bo ona będzie w niej siedzieć, dopóki się jakoś nie odetniemy. Nie zrobimy porządków. I nie zaczniemy sami siebie szanować. Swojej godności i czasu, który moglibyśmy poświecić na pasje...bądź odnajdywanie innych, bardziej wartych naszej uwagi, osób.


Wiele jest pięknych filmów o takich dziwnych, nie do końca zdefiniowanych relacjach. Moim ulubionym jest póki co "Między słowami" ze Scarlett Johansson i Billem Murray'em. Świetna opowieść o samotności w tłumie, odnajdywaniu bratniej duszy, zagubieniu. Polecam serdecznie na wieczór. Dobry film na ukojenie.

Kończąc mój niezbyt długi wpis - czy uważam, że istnieje przyjaźń damsko - męska?

Pozwólcie, że odpowiem Wam być może nieco tajemniczym zdaniem, które znalazłam gdzieś w odmętach Internetu, a które mi się bardzo spodobało, a do tego jakże niezwykle mi tutaj pasuje:

" (...) szlachetny człowiek to ten, który raczej siebie zrani, niż kogoś zadraśnie." 

Dlaczego właśnie tak napisałam - to zostawiam już dla Waszej indywidualnej interpretacji.



A jaka jest Wasza opinia na ten temat? Wierzycie w prawdziwą przyjaźń damsko-męską?

---
korolowa


P.S. Jeśli spodobał Ci się post - podaj dalej! Udostępnij, skomentuj, polub :)