Polub mnie na FB :)

sobota, 16 kwietnia 2016

Wiosna ma zapach miłości.

Dzisiejsze słońce ledwo wynurza się zza chmur. Ostatnie dni nie rozpieszczały mnie ciepłem.
Ta zmienna pogoda idealnie współgra z tą, którą mieszczę pod swoją lewą piersią. Tęsknota sprawia, że hormony skaczą. Dół i  góra, góra i dół. Takie nieokiełznane fanaberie.

Dziwna jest ta wiosna. Lubię ją, bo daje mi słońce. Ciepły deszcz. Zieleń. Zapach pierwszych kwiatów. I ten JEGO piękny uśmiech  na Skype. I chęć do życia. Chęć zmian.

Nie lubię natomiast błota, ulew. Potoków pełnych smutku w pochmurny, dżdżysty dzień.
Tych poranków, gdy przygotowuję twaróg, który ON tak lubi, po czym stwierdzam, że mam go za dużo. Bo przecież przygotowuję go tylko dla siebie.

Nie lubię, gdy nie ma GO przy mnie. Tego, że jesteśmy tak daleko. I że jeszcze nie wiem, jak długo...



Do wielu rzeczy można się przyzwyczaić. Do częstszego wyrzucania śmieci. Do zakupów tylko dla siebie. Do prania tylko raz w tygodniu, bo tyle wystarczy. Nawet do jednego kubka herbaty i miski pełnej twarogu tylko dla jednej osoby.

Ale nie można przyzwyczaić się do bycia samemu. Po prostu nie można.
Nie po tylu wspólnie przebytych wiosnach. Po tylu wzlotach i upadkach. Burzach i tęczach. Nie po tylu wypowiedzianych słowach i nie mniej wymownych gestach.

Wiosna niesie za sobą dosłownie wszystko. Budzi do życia burzę i żar. Delikatne krople i ulewy. Wszystko zaczyna być nagle bardziej wyraziste, żywe. Tylko czasem, czasem jakaś mgła może to wszystko na chwilę zasłonić. Ale mgła kiedyś odejdzie. A zieleń i inne kolory kwiatów, powrócą.
I Ty je powąchasz. Tak jak i ja.





                                        Bo wiosna ma właśnie taki mocny zapach miłości.


---
korolowa

sobota, 2 kwietnia 2016

Tam, gdzie jest mój dom

Po podróżach, człowiek często chętnie wraca do domu po to, aby...odpocząć. Niby wyjeżdża się na wakacje w celach wypoczynkowych, a jednak często człowiek przyjeżdża wręcz wyczerpany. I nie zawsze chodzi o, zazwyczaj pozytywne, zmęczenie fizyczne. Psychika (a właściwie jej stan) zmusza nas niekiedy do podejmowania zmian w swoim otoczeniu, również zmian klimatu. Tylko, że nigdy nie wiadomo, czy taka zmiana wyjdzie nam na lepsze.

W Stanach mieliśmy sporo problemów na głowie. Faktem jest, że zobaczyłam zalążek innego kontynentu. Że uszczknęłam -  nieco  odmiennej od naszej - amerykańskiej kultury. Widziałam multum ludzi różnej rasy, koloru i wyznania (tak, wiem, brzmię nieco podręcznikowo, ale to prawda).
Do tego dochodzi kwestia różnic w podejściu do wielu spraw. Do klienta. Do człowieka. Do pacjenta. A może, może to po prostu kwestia podejścia do życia. Niby szybszego, a jednocześnie, na swój, ludzki sposób, powolnego życia. Taki trochę misz-masz, ale kto tam był bądź czytał moje poprzednie posty, powinien wiedzieć, o co mi chodzi.

Mieszkanie tam, jak prawdopodobnie wszędzie, ma swoje plusy i minusy. Jednak wspomniane napotkane trudności sprawiły, że nie było mi dane się tymi plusami tak w stu procentach (mimo dwóch cudownych osób, z którymi tam przebywałam) nacieszyć.

Kiedy więc odpoczęłam?

Byłam pewna, że wszystko się zmieni, kiedy wrócę do siebie, do Polski. Do własnego mieszkania. Własnego łóżka. Własnych kubków, pościeli i własnych okien na świat.
I powiem Wam, że przez pierwsze dwa, trzy dni faktycznie tak było. Po wylądowaniu miałam ochotę całować naszą europejską ziemię (samolot lądował na berlińskim Tegel). Cieszyłam się z obecności białych ludzi. Z tego, że nikt nie patrzy na mnie, jakbym była jakimś odmieńcem. Nawet z tego, że słyszę język niemiecki (i tak, już gdzieniegdzie, przewijały się polskie głosy). A już najbardziej ucieszyłam się, gdy nareszcie odnalazłam mojego kierowcę, z którym, mimo ogromnego zmęczenia, przegadałam calutką, dwugodzinną podróż (pozdrawiam miłego pana!). Wszystko znowu wydało mi się tu nagle lepsze, żywsze i takie...cieplejsze.

Euforia trwała kilka dni. W międzyczasie zdążyłam zauważyć, jak wiele różnic dzieli Nowojorczyków i Polaków. Szczególnie podkreśliłam, że chodzi mi o Nowojorczyków, ponieważ nie miałam do czynienia z nikim spoza NYC, a USA to jednak ogromny, jakby nie patrzeć, kraj, gdzie każdy stan "żyje swoim własnym życiem", po swojemu i o własnych regułach.




I wtedy zatęskniło mi się - na moment - za ich mentalnością. Właściwie, gdy przebywa się gdzieś przez dłuższy czas, to człowiek nie tylko przyzwyczaja się do panujących obyczajów, ale i sam zaczyna je u siebie zauważać. Wiem, że na początku było mi ciężko, wiem, że szybko się denerwowałam i w ogóle wszystko mnie potrafiło wyprowadzić z równowagi, co mnie - gdy to w końcu sama spostrzegłam - trochę zmartwiło. Okazało się jednak, że nie ja jedna tak miałam i że to prawdopodobnie właśnie przez zmianę klimatu oraz lekko "zdezorientowaną" gospodarkę hormonalną
Potem jednak przyzwyczaiłam się nieco do ichniejszego trybu i było całkiem ok. Przywykłam do ich powolnego robienia zakupów, do niezbyt szybkiego załatwiania spraw urzędowych. Do przesiedzianych kilku godzin w szpitalu w oczekiwaniu na swoją kolejkę.

Właśnie wtedy, w Polsce, zatęskniło mi się do ich tego slow life. 
I jakoś zaczęłam się tutaj gubić. Nie wiem, co mi się stało, ale spoglądałam na te wszystkie, smutne twarze, na ich szybkie "dzień dobry, 45 złotych, do widzenia" ... i poczułam się tak cholernie samotna. Wróciłam do Polski. To jest właśnie mój kraj - pomyślałam wtedy ze smutkiem. Może także dlatego, że pierwszy raz od bardzo długiego czasu, miałam być teraz tak długo sama.

Dlatego z jednej strony cieszyłam się na wyjazd wielkanocny do mojego taty. Cieszyłam się, choć i miałam pewne obawy. A co, jeśli nie będzie fajnie? Jeśli powiem coś nie tak (w Ameryce zaczęłam być bardziej bezpośrednia, po powrocie działało to tak do kilku dni,ale już mi przeszło).

W domu zdążyłam zatem pobyć niewiele ponad tydzień, gdzie kilka ostatnich dni byłam jakaś taka ciągle poddenerwowana - nie wiem, czy było to podyktowane wyjazdem czy innymi czynnikami.
W każdym razie - jakoś tak, mimo braku szczególnych obowiązków poza dbaniem o dom, nie mogłam odpocząć.

I kolejny raz los udowodnił mi, że potrafi być trochę przewrotny. Wyjazd ten okazał się być bowiem dla mnie zbawienny. Odpoczęłam jak nigdy. Może dlatego, że zjadłam tyle przepysznych potraw (dzięki Tato za przepyszną sałatkę, nadziewane kotlety i zupę z owocami morza! -  o ilości spożytych jaj już nawet nie wspomnę - )? Może to dzięki spokojowi miejsca, w którym przebywałam? Może dzięki temu, że znowu był ze mną ktoś bliski - ktoś, kto o mnie zadbał i sprawił, że znów poczułam się jak mała dziewczynka?  A może wszystko razem wzięte?




Ciepło nareszcie wróciło do mojego serca. Zrobiło mi się tak błogo i spokojnie. Nareszcie poczułam się dobrze. Odcięłam się, choć na chwilę, od zmartwień, które ostatnio tak bardzo zaprzątały moją głowę.

Bo wróciłam do siebie. Do harmonii. Spokoju.
Do swojego wewnętrznego domu.



---
korolowa

środa, 2 marca 2016

Spotkanie w Nowym Jorku (bo "ci, co odchodzą, wciąż z nami są...")

Cholera, tak sobie czasem myślę. Jak to jest, że kiedyś wydawało mi się, że nic zaskakującego w życiu mnie spotkać nie może. Jeszcze dziesięć lat temu miałam przy sobie rodziców. Jeszcze dziesięć lat temu nie wiedziałam, że za kilka lat stracę najważniejszą w moim życiu osobę. Jeszcze kilka lat temu nie wiedziałam, że od tamtej pory moje życie tak diametralnie się zmieni ... i zacznie coraz bardziej zaskakiwać.

I pomyśleć, że właśnie teraz jestem w Nowym Jorku. To znaczy, zostały mi już niespełna dwa tygodnie pobytu. Kilkanaście dni temu zdarzyło się jednak coś, czego  w życiu bym się nie spodziewała.

Wyobraź sobie, że, jak co wieczór, siadasz sobie spokojnie z laptopem na kolanach (co, btw, nie jest zbyt zdrowe - ale kto się o to naprawdę martwi?). Leniwie scrollujesz fejsa, przeglądasz ostatnie wiadomości. Masz zamiar odpocząć i cieszyć się wieczorną labą spędzoną u boku narzeczonego. Oczywiście, zerkasz również na e-maila, aby sprawdzić, czy nie przyszły czasem jakieś rachunki do opłacenia. I wtedy widzisz TO. "TO" wygląda jak scam, zaczyna się bowiem od powitania Cię Twoim własnym imieniem...ale, zaraz, że jak to...że wita Cię w Nowym Jorku?

Patrzysz więc zdumiona na nadawcę e-maila  - i na treść - znów na adres - na treść - jeszcze kilka razy. I nie możesz uwierzyć.
To nie jest scam. I nie wygląda na żart.
No niemożliwe. Po prostu - niemożliwe.
A jednak.
Miałam już jedną taką dziwną historię z dalekim kuzynem od strony Taty, Artemem. A teraz - teraz odzywa się ktoś powiązany z Mamą. Nie z rodziny, ale również bardzo bliska jej niegdyś osoba. Jak zdążyliście się domyślić - tak, mieszkająca właśnie w Nowym Jorku. I - jak wynikało z treści e-maila - bardzo chciała się spotkać. Poznać mnie. I porozmawiać.


Być może czytacie czasami takie powieści, że ktoś spotkał kogoś w jakimś niespodziewanym miejscu, albo, że po latach pewna - mniej lub bardziej znana, ale w jakimś stopniu -znacząca osoba, odzywa się nagle do tej drugiej. Wyobraźcie sobie zatem połączenie tych dwóch wydarzeń, takie współmierne zgranie. Niemożliwe? A jednak.


I spotykacie się w tym miejscu, z osobą.  Witacie się z nią tak, jakbyście znali ją od dawna...choć, tak naprawdę, łączy Was właściwie jeden wspólny mianownik, jedna, wspaniała osoba, której już nie ma.

Naturalnie, osoba ta bardzo często zostaje nadmieniona w Waszej konwersacji. Masz wrażenie, że właśnie wróciłeś/aś do przeszłości, choć tak naprawdę, jesteś od niej oddalony o dwa kroki stumilowe.

Słońce świeci jak szalone, na tafli jeziora widać odbicia drzew, a Wy dalej w tym jesteście. W cieple chwili. W tym niesamowitym momencie, gdy przeszłość łączy się z teraźniejszością, z tym pięknym tu i teraz. Dawno nie czułeś/aś się tak błogo. Tak swobodnie. Pogoda idealnie współgra z Twoim nastrojem. W powietrzu wyczuwasz wiosnę. Aż chce się żyć. I jednocześnie wspominać tych, których już nie ma.


Tyle wspomnień i historii do przekazania, doświadczeń i zwyczajnych faktów. Całe życie w jednej pigułce, a nawet mniej. Bardzo oczyszczające przeżycie. I cholernie inspirujące.


Życie lubi mi pisać różne scenariusze. Dziękuję mu jednak za tę jego przewrotność. Nie zawsze pozytywną, jednak w tym przypadku - jakże zaskakująco miłą. Za to, że miałam możliwość poznać kogoś, kto był kiedyś mojej Mamie bardzo bliski. I dzięki komu mogłam ją jeszcze lepiej poznać, a do tego przyjemnie spędzić czas. Nie wiem, co jeszcze mogłabym w tym momencie dodać. 
Po prostu: dziękuję.




"Ci, co odchodzą, wciąż z nami są. I żyją sobie obok nas.
Patrzą z miłością na nasze dni.
I czasem się śmieją przez łzy."

R. Rynkowski


---
korolowa

wtorek, 16 lutego 2016

O zdrowiu i leczeniu, czyli Nowy Jork cz.4

Ostatnio kilka osób zapytało mnie, czy wolałabym mieszkać w Polsce, czy w Stanach. Niemal bez zająknięcia, z całą stanowczością od razu stwierdziłam, że zostałabym w naszym kraju. Dlaczego? Znalazłoby się ku temu kilka powodów.
Wspomniałam Wam już co nieco na ten temat w tym wpisie, kiedy pisałam o tutejszej służbie zdrowia. Pozwólcie zatem, że nieco ten temat rozwinę.

Wyobraźcie sobie*, że nagle - ot, takie głupie zrządzenie losu - łamiecie nogę. Tak po prostu potykacie się o, przykładowo, nierówny beton, przez co wasze kości nagle rozchodzą się w różne strony i bach - gleba. Żeby było śmieszniej - dzieje się to na terenie szpitala, w którym następnego dnia macie zacząć pracę. Na terenie szpitala, podkreślam. Przez ICH nierówny beton.


Mija pięć minut, a Wy wyjecie z bólu. Dziesięć minut wołania o pomoc - eee, za krótko, jeszcze nikt się Wami nie zainteresował. Dopiero po 15-tu minutach podchodzi do Was nieznajoma i próbując zrobić cokolwiek, błaga (!) strażnika stojącego zaledwie 3 metry od miejsca zdarzenia, aby łaskawie jakiś lekarz lub pielęgniarka wyszli po poszkodowanego. 15 minut siedzenia przed szpitalem, w kilkustopniowym mrozie, ze złamaną nogą, bo nikt, kompletnie nikt się tym nie zainteresował (!).


No dobrze, jesteś już w środku, czekając na swoją kolej do lekarza  (a przed Tobą jakieś  40-50 osób). Jeszcze nie wiesz, że to złamanie, ale boli jak cholera. Błagasz ich, aby Ci coś dali, ketonal albo najlepiej piłę mechaniczną, żeby od razu sobie tę nogę odciąć, po co się dłużej męczyć. No ni cholery, nie doprosisz się nawet o głupi okład. Nie, Ty masz spokojnie czekać na swoją kolej. Przez jakieś 6-7 h, a w najlepszym przypadku - 4 godziny. Pieprzone 4 godziny w bólu i niemal agonii.
Ale wiecie, co jest w tym wszystkim "najlepsze"? Że jak już to wszystko przejdziesz, gdy już do nich dotrzesz,  kiedy posadzą Cię na szpitalnym łóżku i wreszcie, już zaraz, masz wrażenie, że się Tobą porządnie zajmą, że to cierpienie nie poszło na marne, to...masz rację, masz tylko takie wrażenie. I tak przez kolejną godzinę upraszasz się o leki przeciwbólowe, zanim Ci je w końcu dadzą. I tak czekasz trzy godziny na prześwietlenie nogi. A jeszcze, nie daj Boże, bądź "białym" człowiekiem - od razu spowolnią wszelkie prace wokół Ciebie! I, przy okazji, poprzekręcają Twoje nazwisko, dzięki czemu wydłuży się czas papierologii.

Overall, wygląda to tak: czekasz horrendalną ilość godzin ( u nas łącznie: 9h), personel medyczny poświęca Ci łącznie jakieś 15 minut uwagi (wliczone z X-Rayem), po czym wystawiają czek na niebagatelną kwotę. Tak, proszę Państwa, wygląda tutaj proces przyjęć ludzi ze zdewastowanymi kończynami.

*Niestety, mama mojego A. nie musiała sobie tego wyobrażać.

Więcej o powodach, dla których nie chciałabym tu mieszkać, już w następnym poście.
         


                                                            ---
                                                       korolowa


sobota, 13 lutego 2016

Zwiedzając NYC, czyli Nowy Jork cz.3

Jest 3:12. To znaczy, tutaj jest 21:12, ale do tej pory nie mogę wyzbyć się tej dziwnej maniery przeliczania godziny na środkowoeuropejską strefę czasową. Mój A. ogląda teraz jakąś kreskówkę. Kątem oka zerkam na turlającego się po kółku chomika. Trochę meczący dzień, więc teraz - zasłużony relaks.

Ostatnie wydarzenia nie sprzyjały zbyt częstym wyjściom, niemniej staramy się, tak chociaż raz w tygodniu, gdzieś wyjść, coś zobaczyć. Ostatnio, na przykład, wybraliśmy się do najstarszego budynku w Nowym Jorku, który po latach został przekształcony w muzeum. 



 Niektóre fragmenty tego domu sięgają XVII wieku. Wybudowany on został przez Pieter'a Claesen'a Wyckoffa, który wyemigrował  z Holandii do Stanów w celach zarobkowych. Wyckoff przez 6 lat pracował na farmie dla innych ludzi po to, aby w przyszłości wykupić kawałek ziemi dla siebie i swoich potomków. Przyznam, że taka wycieczka do przeszłości bardzo nas zainteresowała, tym bardziej, że udało nam się w minionym roku odwiedzić kraj z tulipanów i wiatraków słynący.

Co zadziwiające, niewiele współczesnych rzeczy zrobiło na mnie w Nowym Jorku prawdziwe wrażenie. Nie wiem, czy to moje nastawienie, czy po prostu bardziej ciągnie mnie do "staroci", niż do nowoczesności... ale, przyglądając się, przykładowo, nowemu WTC, jakoś nie stałam oszołomiona. Nie to, że w ogóle mnie to nie urzekło, ale, tak jakoś...nie padłam trupem z zachwytu, if you know, what I mean.


Bardzo mi się za to spodobał Chrysler Building. Ta dekoracja na górze i ten czub...coś fantastycznego!



Empire State Building również prezentował się dość...przede wszystkim, oczywiście, okazale. I - ok, przyznaję - jest to imho jeden z ładniejszych budynków Manhattanu, zaraz po Chrysler Building.


Na Manhattanie, poza wymienionymi drapaczami chmur, można zobaczyć przepiękne, nieco starsze budowle. Ehh, znowu wracam do staroci... 


Zakochałam się w tutejszych mostach!



Po lewej: Verrazano Bridge. Po prawej: Brooklyn Bridge.


   Góra: jeden z nowojorskich cmentarzy. Dół: Canarsie (to właśnie na tutejszej plaży i na tle      właśnie tego diabelskiego koła siedziała Lena Dunham w co najmniej jednym z odcinków      'Girls').


(Powyżej: Central Park i domy/ulice zasypane śniegiem...)

Miasto to, jak widać, oferuje dużo więcej niż dobrze nam znane drapacze chmur na Manhattanie. W Nowym Jorku znajduje się mnóstwo fantastycznych muzeów, ale to już temat na zupełnie osobny post.


A może jest coś, co specyficznie chcielibyście wiedzieć o tym mieście?  Bądź zobaczyć?


---
korolowa 



czwartek, 28 stycznia 2016

Homesick, czyli o Nowym Jorku cz. 2

Czasami człowiek tak ma, że po prostu za czymś tęskni. Brakuje mu konkretnej rzeczy, osoby, albo czegoś, co ciężko jest konkretnie zdefiniować. Dzisiaj i ja mam właśnie taki dzień. Brakuje mi czegoś nienamacalnego, kawałka ziemi, gdzie poczuję "tak, tu właśnie należę". A może, po prostu, zaczynam tęsknić za domem?

Wiecie, nigdy wcześniej na tak długo nie opuszczałam swojego miasta, a już tym bardziej kraju ( o kontynencie nawet nie wspominając). Najdłużej w domu nie bywałam chyba jeszcze za dzieciaka, gdy po prostu na 2-3 tygodnie wyjeżdżałam do i tak nieopodal położonego miasteczka, do moich babć, na wakacje. Piękne były to czasy i zawsze cieszyłam się na te wyjazdy, ale, jakby nie patrzeć, zawsze była tam ze mną cała moja najbliższa rodzina. Teraz, na obczyźnie, jest nas trójka: narzeczony, jego mama i ja. Aż tyle...i tylko tyle. Od ponad miesiąca. I jeszcze miesiąc dłużej.


Nie zrozumcie mnie źle. Uwielbiam, kocham ich i jestem szczęśliwa, że mogę być tu z nimi i pomóc w trudniejszych chwilach. Jednak - uwaga, polecę teraz tekstem niczym Mrs Obvious - Ameryka to nie je Polska. Tu ludzie są inni. Nie twierdzę, że lepsi czy gorsi. Po prostu inni.
Przykładowo, kiedy idziesz ulicą, w Polsce dziesięć na piętnaście mijających Cię dziewczyn, choćby i nie chciało - spojrzy na Ciebie z ukosa. Tutaj jest wręcz odwrotnie - ludzie niemal udają, że nie patrzą, nie wwiercają w Ciebie swojego wzroku, nawet jeśli mógłbyś z powodzeniem zostać wybrany Miss lub Mr Universe of Kitch&Tandeta. Jeszcze nie spotkałam się z tym, aby ktokolwiek był tu naprawdę negatywnie nastawiony i wręcz zabijał spojrzeniem. Jeśli już, to szybciej poklepali by Cię po ramieniu i powiedzieli, że jesteś supercool i powinieneś keep the positive energy. I być z nimi friends. Zresztą - już jesteś ich  friendem. Nawet ich nie znając.

Zakupy z kolei to sprawa, którą zdecydowanie przyjemniej robi się w Stanach, gdziekolwiek się nie pójdzie. Powody ku temu są właściwie trzy. Primo, kiedy wychodzisz do sklepu, możesz całkowicie zapomnieć o zabieraniu jakichkolwiek reklamówek czy innych siat. Tutaj dostajesz je za każdym razem, bez proszenia się o nie i - co jest w tym wszystkim najfajniejsze - podczas gdy Ty możesz się jeszcze ewentualnie porozglądać za jakimiś dodatkowymi gumami do żucia, ekspedient/ka sam/a spakuje Ci to wszystko do toreb! Jeśli chcesz przyspieszyć proces pakowania, oczywiście możesz pomóc kasjerom, ale absolutnie nie musisz. To jest ich robota, Ty możesz sobie stać i podziwiać np. podłogę. A oni Ci to pakują.  A Ty czekasz. No cudownie.
Do tego, tutaj nie ma czegoś takiego jak wpychanie się do kolejki. No po prostu nie ma. Kiedyś stałam z wózkiem caaałyyym pełnym zakupów, za mną zaś Chińczyk z małą butelką wody w ręku. Przede mną kilka osób, a ten stoi i nic. Aż mi się go szkoda zrobiło i mówię mu, aby stanął przede mną. Nawet nie wiecie jak mi dziękował. Można? Można. Uczcie się, Polacy.

(źródło:www.usatoday.com)

Tutaj bardzo podoba mi się również podejście do pieniądza. Ile razy panie w markecie stękały, że nie mają jak wydać lub że będą "wisieć grosza"? Well, trzeba przyznać, że większość transakcji odbywa się tutaj przez użycie kart kredytowych lub debetowych. W niektórych miejscach kart się jednak nie używa (np. w Chińczyku naprzeciwko nas) i gotówka jest potrzebna (na początku używałam również cashu w supermarkecie), ale - wiem zarówno z opowiadań jak i z autopsji - tutaj nikt nie ma żadnego problemu z pieniędzmi. Ekspedienci zawsze wydają resztę i zawsze przyjmą najdrobniejsze pieniądze - bez żadnego miauczenia, że "czemu takimi drobnymi". Pod tymi względami, tutaj jest naprawdę lepiej. I przyjemniej.

Szkoda, że tak dobrze nie mogę się już wypowiedzieć o tutejszych szpitalach ( a niestety już coś powiedzieć mogę). Kilkugodzinne oczekiwanie w bólu, bez leków i bez zainteresowania ze strony personelu, to tutaj norma. A nie wszyscy mają ubezpieczenie  i czasami płaci się ciężkie pieniądze po to, aby po ośmiu godzinach na poczekalni, ktoś mógł łaskawie na Ciebie spojrzeć, dać - w zależności od dolegliwości - plaster/zastrzyk/bandaż etc - i powiedzieć - proszę przyjść za tydzień. Dwieście dolarów. Thank you i spadaj już, bo zajmujesz łóżko.

Z innej beczki: co jest dość śmieszne, czasami nawet dorośli muszą tutaj, podczas zakupu alkoholu, okazywać dowód pełnoletności (chodzi mi o nie takich dorosłych w wieku 20-30, ale nawet 50-60 lat!).
Raz mojej przyszłej teściowej nie chcieli sprzedać jednego piwa, bo nie miała akurat przy sobie dowodu (!). Swoją drogą, wiąże się z tym jeszcze jedna, zabawna historia.
Któregoś razu postanowiłam kupić sobie wino w jednym ze sklepów naprzeciwko, w którym pracują sami skośnoocy. Pierwszy raz szłam wtedy po alkohol sama, dlatego wzięłam  - nauczona doświadczeniem - dowód ze sobą.
Wchodzę zatem, automatycznie biorę Porto (jedyne wino jakie tu kupuję, ale o jedzeniu i piciu będzie innym razem) i idę do kasy. Oczywiście proszą o dowód, więc zadowolona wyjmuję, śmiejąc się w duchu (haha, myśleliście, że nie jestem pełnoletnia, cwaniaki!), na co oni, że tego nie respektują i czy mam jakiś międzynarodowy dokument. To im odpowiadam, że mam  paszport, ale nie przy sobie ( kto to widział, z tak ważnym dokumentem po sklepach latać!). Na to babeczka od razu zabiera mi wino i oddaje pieniądze. A we mnie się zagotowało. Mówię, żeby zobaczyli na dowodzie moją datę urodzenia, że już dawno jestem pełnoletnia - no ni cholery, ma być passport, bez niego mi nie sprzedadzą. Ja na to, że to jest śmieszne i nie ruszę się stąd dopóty, dopóki tego wina nie dostanę. Kasjerka na to zawołała kogoś po ichniejszemu, naraz zaczęła się naradzać, po czym odwraca się do mnie i mówi, że przykro jej, ale nie może mi tego wina sprzedać. To ja stoję. Stoję i...po kilku minutach zrozumiałam, że nici z mego planu. Byłam obładowana zakupami i nie bardzo chciało mi się wracać, ale po tym wszystkim tak bardzo pragnęłam im udowodnić, że jestem uprawniona do kupowania napojów wysokoprocentowych, że w końcu zakomunikowałam, iż zaraz wrócę z paszportem, co też i uczyniłam. Gdy któregoś dnia znów poszłam po wino, nie pytali mnie już o nic. Chyba mnie zapamiętali. Forever. And ever. Czy jakoś tak.

Na koniec dorzucę jeszcze zachowanie ludzi w clubach/pubach. Na początku należy zaznaczyć, iż zasadniczą różnicą pomiędzy społecznością w Polsce a w Ameryce jeśli chodzi o używki jest to, że:
1) w Polsce przede wszystkim się pije, rzadziej pali (nie papierosy, co innego);
2) w Ameryce - zupełnie na odwrót..
Dlatego ludzie tutaj są mniej butni, a bardziej wyluzowani i nie wchodzą sobie w paradę. Byłam na razie co prawda w zaledwie kilku tego typu miejscach, ale póki co nikt:
a) nie spił się na umór
b) nie bił się ani nawet nie szarpał
c) podczas karaoke - nikt nie próbował wciskać się na siłę do wspólnego śpiewania.
Ludzie bawią się w swoich własnych grupach, czasami zagadują, ale nic na siłę. Bo, tak naprawdę, nobody cares. Nikogo tutaj nie obchodzi, jak się ubierasz, jakiej jesteś rasy, ani czy potrzebujesz prawdziwej pomocy, bo życie ci się wali. Bo, tak naprawdę - po prostu mało kto ich tak naprawdę obchodzi.

Gdy tak wspominam te niektóre zdarzenia (wielu zapewne już nie pamiętam), myślę sobie, jak różne pod względem mentalności są te kraje. Okazało się, że Ameryka wcale nie jest krainą mlekiem i miodem płynąca. Że, mimo wielu zalet, ma - jak i Polska  i - zapewne - każdy inny kraj, swoje minusy. Że mogę nawet trochę zatęsknić za naszą zaściankowością (tam przynajmniej nie jest mi głupio gdy wchodzę do supermarketu na naszym osiedlu. Bo gdy idę tu do sklepu, to zaczepi/uśmiechnie się do mnie/zagada co najmniej kilka osób, to znaczy właściwie facetów - bo jestem biała i młoda, a na Brooklynie to tak jakby w moim Stargardzie zobaczyć murzyna, a to po jakimś czasie naprawdę staje się męczące i mam ochotę uciekać).


Bo inaczej nie znaczy gorzej. Po prostu - jestem typową Polką, a żyjąc w takim odmiennym kulturowo miejscu, zapomina się o wszystkim, co złe i po prostu tęskni za tym, co jest Ci bliskie - za ojczyzną, za domem, a przede wszystkim za ludźmi, których w żaden sposób nie da się zastąpić.



                                                                ---korolowa---

środa, 20 stycznia 2016

Nowy Jork - cz. 1. Święta w Nowym Jorku.

Tak mi się ostatnimi czasy życie poukładało, że ostatecznie wylądowałam w miejscu, o odwiedzeniu którego marzy wielu moich rodaków (i nie tylko!). Miejscu oddalonym od Polski o prawie dziesięć tysięcy kilometrów. Dotarłam do miasta, które - ponoć - nigdy nie śpi. Pełnego różnych kultur, religii, ras.

Razem z A., wyjechaliśmy w końcu do jego miejsca urodzenia, miejsca, w którym przeżył zdecydowaną większość swego życia, do królestwa konsumpcji i stolicy wszelkich stolic. Tak, wyjechałam do Nowego Jorku.

Jako, że mam zamiar stworzyć z tego obszerniejszą relację i dodać nieco więcej niż kilka zdjęć z tych dotychczasowo złapanych, postanowiłam podzielić to wszystko na co najmniej dwie, jeśli nie trzy - albo i więcej - części.

Jeśli chodzi o Święta Bożego Narodzenia, można by stwierdzić, że były one dla nas -z uwagi na pochodzenie wszystkich uczestników spotkań przy stole - właściwie typowo polskie. Z moim ukochanym ulepiliśmy pierogi - ruskie oraz z kapustą i grzybami, jego mama zrobiła grzybową, kupiliśmy i zrobiliśmy również rybę smażoną, a także - już od gości - dostaliśmy rybę po grecku. Jedzenia było w bród, a i wcale nie mniej prezentów. :)

Choinkę kupiliśmy na takim targu, gdzie było od groma różnej wielkości i rozpiętości, zielonych drzewek. Po długim czasie poszukiwań, znaleźliśmy w końcu nasze idealne drzewko, które później ochoczo z moim A. przystrajaliśmy bombkami i innymi, świątecznymi ozdobami.




                                       



Katolikom w Stanach nie ułatwia się jednak celebrowania świąt - jedynym dniem wolnym od pracy jest bowiem 25. grudnia. W drugi dzień świąt pootwierane są już niemal wszystkie sklepy, a ludzie ponownie wracają do swojej codziennej rutyny. Trochę kiepsko, no nie?



Trzeba jednak przyznać, że Amerykanie celebrujący święta są po prostu fantastyczni w przystrajaniu domów. Myślałam, że te wszystkie filmy, w których pokazane są ogrody pełne "zaśnieżonych" białymi lampkami drzewek czy fantazyjnie puszczone, kolorowe świecidełka, to lekkie wyolbrzymienie - nawet nie macie pojęcia, jak bardzo się myliłam! Niektóre kiczowate od natłoku kolorów i różnorodności; inne stonowane, wysmakowane, po prostu: bajeczne.


Nie inaczej jest w miejscach publicznych. Choinki - zapomnijcie o jednej, tutaj niemal zawsze występują w liczbie mnogiej - stoją przy praktycznie każdym sklepie, w muzeum, czy po prostu przy najbliższym rogu. Bardzo często ozdabiają również dachy mieszkań, a nawet i niektóre piętra w budynku (!). Nie nacieszymy jednak nimi oczu zbyt długo - gdy tylko święta się kończą, wszelkie ozdoby - w przeciwieństwie do tych wiszących na naszych polskich, stojących czasem i przez kilka miesięcy, drzewkach - znikają niemal w oka mgnieniu.

Oczywiście nie omieszkaliśmy zobaczyć tej wszech-popularnej choinki na Rockefeller Center (na Manhattanie).
                                                                                 
                                   

 Po lewej: wspaniały pokaz multimedialny na jednym z budynków; w środku - jedna ze świątecznych wystaw; po prawej - jeden z ozdobionych domów.


Trochę się bałam tych świąt - był to wszakże mój pierwszy raz, kiedy spędzałam je w innym kraju, na innym kontynencie, a nawet w, niemalże, zupełnie odmiennym towarzystwie. Na szczęście wszystko udało się lepiej, niż myślałam. Czasami warto tak totalnie zmienić klimat, choćby na chwilę, aby spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy.

W następnych częściach będzie o zwiedzaniu, o tym, jakie wrażenia zrobiły na mnie miejsca, z których Nowy Jork słynie, a także o jedzeniu i mentalności Amerykanów.

A jak Wy, kochani, spędziliście Święta?


---
korolowa

niedziela, 15 listopada 2015

Przeznaczenie?

Po ostatnich wydarzeniach zaczynam wierzyć w przeznaczenie. W to, że następujące po sobie koleje losu nie zdarzają się całkowicie przypadkowo. Zawsze jest w tym jakiś ukryty sens. Choćby i ledwie dostrzegalny, ale jednak.

Co prawda nie wiem i nie potrafię zrozumieć, dlaczego we Francji doszło do takiej tragedii (?). Czym sobie Ci ludzie - wszakże nie tylko Francuzi  - zasłużyli na ten los? A może kryje się za tym jakiś spisek? Może imigranci również nie trafiają do nas tak całkiem bez powodu? Czy komuś przyszło na myśl, że ktoś może chcieć wywołać kolejną, potężną wojnę? W końcu w czasach kryzysu, wojna częściowo napędza gospodarkę. Produkuje się broń. Pełne uzbrojenie.
A zamach 9/11? Kto jeszcze sądzi, że stali za tym "tylko" jacyś popaprańcy z Al Ka'idy?

U mnie chyba nie ma wydarzeń, które by nie wpłynęły na to, co działo się dalej. Zresztą, bez przyczyny, nie ma skutku. Bez ciasta nie będzie pierogów. Taka reakcja łańcuchowa, dzięki której już za miesiąc prawdopodobnie zobaczę stolicę świata. Gdyby mi ktoś jeszcze pięć lat temu powiedział, że się wybiorę tam, gdzie się wybieram i na tak długo, na ile zamierzam, popukałabym się mocno w głowę.
A jednak.
Życie pisze różne scenariusze. Czasami wręcz niewiarygodne.
Tylko trzeba nauczyć się przyjmować je z pokorą. A czasami i z otwartymi rękoma.




---
korolowa