Polub mnie na FB :)

czwartek, 28 stycznia 2016

Homesick, czyli o Nowym Jorku cz. 2

Czasami człowiek tak ma, że po prostu za czymś tęskni. Brakuje mu konkretnej rzeczy, osoby, albo czegoś, co ciężko jest konkretnie zdefiniować. Dzisiaj i ja mam właśnie taki dzień. Brakuje mi czegoś nienamacalnego, kawałka ziemi, gdzie poczuję "tak, tu właśnie należę". A może, po prostu, zaczynam tęsknić za domem?

Wiecie, nigdy wcześniej na tak długo nie opuszczałam swojego miasta, a już tym bardziej kraju ( o kontynencie nawet nie wspominając). Najdłużej w domu nie bywałam chyba jeszcze za dzieciaka, gdy po prostu na 2-3 tygodnie wyjeżdżałam do i tak nieopodal położonego miasteczka, do moich babć, na wakacje. Piękne były to czasy i zawsze cieszyłam się na te wyjazdy, ale, jakby nie patrzeć, zawsze była tam ze mną cała moja najbliższa rodzina. Teraz, na obczyźnie, jest nas trójka: narzeczony, jego mama i ja. Aż tyle...i tylko tyle. Od ponad miesiąca. I jeszcze miesiąc dłużej.


Nie zrozumcie mnie źle. Uwielbiam, kocham ich i jestem szczęśliwa, że mogę być tu z nimi i pomóc w trudniejszych chwilach. Jednak - uwaga, polecę teraz tekstem niczym Mrs Obvious - Ameryka to nie je Polska. Tu ludzie są inni. Nie twierdzę, że lepsi czy gorsi. Po prostu inni.
Przykładowo, kiedy idziesz ulicą, w Polsce dziesięć na piętnaście mijających Cię dziewczyn, choćby i nie chciało - spojrzy na Ciebie z ukosa. Tutaj jest wręcz odwrotnie - ludzie niemal udają, że nie patrzą, nie wwiercają w Ciebie swojego wzroku, nawet jeśli mógłbyś z powodzeniem zostać wybrany Miss lub Mr Universe of Kitch&Tandeta. Jeszcze nie spotkałam się z tym, aby ktokolwiek był tu naprawdę negatywnie nastawiony i wręcz zabijał spojrzeniem. Jeśli już, to szybciej poklepali by Cię po ramieniu i powiedzieli, że jesteś supercool i powinieneś keep the positive energy. I być z nimi friends. Zresztą - już jesteś ich  friendem. Nawet ich nie znając.

Zakupy z kolei to sprawa, którą zdecydowanie przyjemniej robi się w Stanach, gdziekolwiek się nie pójdzie. Powody ku temu są właściwie trzy. Primo, kiedy wychodzisz do sklepu, możesz całkowicie zapomnieć o zabieraniu jakichkolwiek reklamówek czy innych siat. Tutaj dostajesz je za każdym razem, bez proszenia się o nie i - co jest w tym wszystkim najfajniejsze - podczas gdy Ty możesz się jeszcze ewentualnie porozglądać za jakimiś dodatkowymi gumami do żucia, ekspedient/ka sam/a spakuje Ci to wszystko do toreb! Jeśli chcesz przyspieszyć proces pakowania, oczywiście możesz pomóc kasjerom, ale absolutnie nie musisz. To jest ich robota, Ty możesz sobie stać i podziwiać np. podłogę. A oni Ci to pakują.  A Ty czekasz. No cudownie.
Do tego, tutaj nie ma czegoś takiego jak wpychanie się do kolejki. No po prostu nie ma. Kiedyś stałam z wózkiem caaałyyym pełnym zakupów, za mną zaś Chińczyk z małą butelką wody w ręku. Przede mną kilka osób, a ten stoi i nic. Aż mi się go szkoda zrobiło i mówię mu, aby stanął przede mną. Nawet nie wiecie jak mi dziękował. Można? Można. Uczcie się, Polacy.

(źródło:www.usatoday.com)

Tutaj bardzo podoba mi się również podejście do pieniądza. Ile razy panie w markecie stękały, że nie mają jak wydać lub że będą "wisieć grosza"? Well, trzeba przyznać, że większość transakcji odbywa się tutaj przez użycie kart kredytowych lub debetowych. W niektórych miejscach kart się jednak nie używa (np. w Chińczyku naprzeciwko nas) i gotówka jest potrzebna (na początku używałam również cashu w supermarkecie), ale - wiem zarówno z opowiadań jak i z autopsji - tutaj nikt nie ma żadnego problemu z pieniędzmi. Ekspedienci zawsze wydają resztę i zawsze przyjmą najdrobniejsze pieniądze - bez żadnego miauczenia, że "czemu takimi drobnymi". Pod tymi względami, tutaj jest naprawdę lepiej. I przyjemniej.

Szkoda, że tak dobrze nie mogę się już wypowiedzieć o tutejszych szpitalach ( a niestety już coś powiedzieć mogę). Kilkugodzinne oczekiwanie w bólu, bez leków i bez zainteresowania ze strony personelu, to tutaj norma. A nie wszyscy mają ubezpieczenie  i czasami płaci się ciężkie pieniądze po to, aby po ośmiu godzinach na poczekalni, ktoś mógł łaskawie na Ciebie spojrzeć, dać - w zależności od dolegliwości - plaster/zastrzyk/bandaż etc - i powiedzieć - proszę przyjść za tydzień. Dwieście dolarów. Thank you i spadaj już, bo zajmujesz łóżko.

Z innej beczki: co jest dość śmieszne, czasami nawet dorośli muszą tutaj, podczas zakupu alkoholu, okazywać dowód pełnoletności (chodzi mi o nie takich dorosłych w wieku 20-30, ale nawet 50-60 lat!).
Raz mojej przyszłej teściowej nie chcieli sprzedać jednego piwa, bo nie miała akurat przy sobie dowodu (!). Swoją drogą, wiąże się z tym jeszcze jedna, zabawna historia.
Któregoś razu postanowiłam kupić sobie wino w jednym ze sklepów naprzeciwko, w którym pracują sami skośnoocy. Pierwszy raz szłam wtedy po alkohol sama, dlatego wzięłam  - nauczona doświadczeniem - dowód ze sobą.
Wchodzę zatem, automatycznie biorę Porto (jedyne wino jakie tu kupuję, ale o jedzeniu i piciu będzie innym razem) i idę do kasy. Oczywiście proszą o dowód, więc zadowolona wyjmuję, śmiejąc się w duchu (haha, myśleliście, że nie jestem pełnoletnia, cwaniaki!), na co oni, że tego nie respektują i czy mam jakiś międzynarodowy dokument. To im odpowiadam, że mam  paszport, ale nie przy sobie ( kto to widział, z tak ważnym dokumentem po sklepach latać!). Na to babeczka od razu zabiera mi wino i oddaje pieniądze. A we mnie się zagotowało. Mówię, żeby zobaczyli na dowodzie moją datę urodzenia, że już dawno jestem pełnoletnia - no ni cholery, ma być passport, bez niego mi nie sprzedadzą. Ja na to, że to jest śmieszne i nie ruszę się stąd dopóty, dopóki tego wina nie dostanę. Kasjerka na to zawołała kogoś po ichniejszemu, naraz zaczęła się naradzać, po czym odwraca się do mnie i mówi, że przykro jej, ale nie może mi tego wina sprzedać. To ja stoję. Stoję i...po kilku minutach zrozumiałam, że nici z mego planu. Byłam obładowana zakupami i nie bardzo chciało mi się wracać, ale po tym wszystkim tak bardzo pragnęłam im udowodnić, że jestem uprawniona do kupowania napojów wysokoprocentowych, że w końcu zakomunikowałam, iż zaraz wrócę z paszportem, co też i uczyniłam. Gdy któregoś dnia znów poszłam po wino, nie pytali mnie już o nic. Chyba mnie zapamiętali. Forever. And ever. Czy jakoś tak.

Na koniec dorzucę jeszcze zachowanie ludzi w clubach/pubach. Na początku należy zaznaczyć, iż zasadniczą różnicą pomiędzy społecznością w Polsce a w Ameryce jeśli chodzi o używki jest to, że:
1) w Polsce przede wszystkim się pije, rzadziej pali (nie papierosy, co innego);
2) w Ameryce - zupełnie na odwrót..
Dlatego ludzie tutaj są mniej butni, a bardziej wyluzowani i nie wchodzą sobie w paradę. Byłam na razie co prawda w zaledwie kilku tego typu miejscach, ale póki co nikt:
a) nie spił się na umór
b) nie bił się ani nawet nie szarpał
c) podczas karaoke - nikt nie próbował wciskać się na siłę do wspólnego śpiewania.
Ludzie bawią się w swoich własnych grupach, czasami zagadują, ale nic na siłę. Bo, tak naprawdę, nobody cares. Nikogo tutaj nie obchodzi, jak się ubierasz, jakiej jesteś rasy, ani czy potrzebujesz prawdziwej pomocy, bo życie ci się wali. Bo, tak naprawdę - po prostu mało kto ich tak naprawdę obchodzi.

Gdy tak wspominam te niektóre zdarzenia (wielu zapewne już nie pamiętam), myślę sobie, jak różne pod względem mentalności są te kraje. Okazało się, że Ameryka wcale nie jest krainą mlekiem i miodem płynąca. Że, mimo wielu zalet, ma - jak i Polska  i - zapewne - każdy inny kraj, swoje minusy. Że mogę nawet trochę zatęsknić za naszą zaściankowością (tam przynajmniej nie jest mi głupio gdy wchodzę do supermarketu na naszym osiedlu. Bo gdy idę tu do sklepu, to zaczepi/uśmiechnie się do mnie/zagada co najmniej kilka osób, to znaczy właściwie facetów - bo jestem biała i młoda, a na Brooklynie to tak jakby w moim Stargardzie zobaczyć murzyna, a to po jakimś czasie naprawdę staje się męczące i mam ochotę uciekać).


Bo inaczej nie znaczy gorzej. Po prostu - jestem typową Polką, a żyjąc w takim odmiennym kulturowo miejscu, zapomina się o wszystkim, co złe i po prostu tęskni za tym, co jest Ci bliskie - za ojczyzną, za domem, a przede wszystkim za ludźmi, których w żaden sposób nie da się zastąpić.



                                                                ---korolowa---

środa, 20 stycznia 2016

Nowy Jork - cz. 1. Święta w Nowym Jorku.

Tak mi się ostatnimi czasy życie poukładało, że ostatecznie wylądowałam w miejscu, o odwiedzeniu którego marzy wielu moich rodaków (i nie tylko!). Miejscu oddalonym od Polski o prawie dziesięć tysięcy kilometrów. Dotarłam do miasta, które - ponoć - nigdy nie śpi. Pełnego różnych kultur, religii, ras.

Razem z A., wyjechaliśmy w końcu do jego miejsca urodzenia, miejsca, w którym przeżył zdecydowaną większość swego życia, do królestwa konsumpcji i stolicy wszelkich stolic. Tak, wyjechałam do Nowego Jorku.

Jako, że mam zamiar stworzyć z tego obszerniejszą relację i dodać nieco więcej niż kilka zdjęć z tych dotychczasowo złapanych, postanowiłam podzielić to wszystko na co najmniej dwie, jeśli nie trzy - albo i więcej - części.

Jeśli chodzi o Święta Bożego Narodzenia, można by stwierdzić, że były one dla nas -z uwagi na pochodzenie wszystkich uczestników spotkań przy stole - właściwie typowo polskie. Z moim ukochanym ulepiliśmy pierogi - ruskie oraz z kapustą i grzybami, jego mama zrobiła grzybową, kupiliśmy i zrobiliśmy również rybę smażoną, a także - już od gości - dostaliśmy rybę po grecku. Jedzenia było w bród, a i wcale nie mniej prezentów. :)

Choinkę kupiliśmy na takim targu, gdzie było od groma różnej wielkości i rozpiętości, zielonych drzewek. Po długim czasie poszukiwań, znaleźliśmy w końcu nasze idealne drzewko, które później ochoczo z moim A. przystrajaliśmy bombkami i innymi, świątecznymi ozdobami.




                                       



Katolikom w Stanach nie ułatwia się jednak celebrowania świąt - jedynym dniem wolnym od pracy jest bowiem 25. grudnia. W drugi dzień świąt pootwierane są już niemal wszystkie sklepy, a ludzie ponownie wracają do swojej codziennej rutyny. Trochę kiepsko, no nie?



Trzeba jednak przyznać, że Amerykanie celebrujący święta są po prostu fantastyczni w przystrajaniu domów. Myślałam, że te wszystkie filmy, w których pokazane są ogrody pełne "zaśnieżonych" białymi lampkami drzewek czy fantazyjnie puszczone, kolorowe świecidełka, to lekkie wyolbrzymienie - nawet nie macie pojęcia, jak bardzo się myliłam! Niektóre kiczowate od natłoku kolorów i różnorodności; inne stonowane, wysmakowane, po prostu: bajeczne.


Nie inaczej jest w miejscach publicznych. Choinki - zapomnijcie o jednej, tutaj niemal zawsze występują w liczbie mnogiej - stoją przy praktycznie każdym sklepie, w muzeum, czy po prostu przy najbliższym rogu. Bardzo często ozdabiają również dachy mieszkań, a nawet i niektóre piętra w budynku (!). Nie nacieszymy jednak nimi oczu zbyt długo - gdy tylko święta się kończą, wszelkie ozdoby - w przeciwieństwie do tych wiszących na naszych polskich, stojących czasem i przez kilka miesięcy, drzewkach - znikają niemal w oka mgnieniu.

Oczywiście nie omieszkaliśmy zobaczyć tej wszech-popularnej choinki na Rockefeller Center (na Manhattanie).
                                                                                 
                                   

 Po lewej: wspaniały pokaz multimedialny na jednym z budynków; w środku - jedna ze świątecznych wystaw; po prawej - jeden z ozdobionych domów.


Trochę się bałam tych świąt - był to wszakże mój pierwszy raz, kiedy spędzałam je w innym kraju, na innym kontynencie, a nawet w, niemalże, zupełnie odmiennym towarzystwie. Na szczęście wszystko udało się lepiej, niż myślałam. Czasami warto tak totalnie zmienić klimat, choćby na chwilę, aby spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy.

W następnych częściach będzie o zwiedzaniu, o tym, jakie wrażenia zrobiły na mnie miejsca, z których Nowy Jork słynie, a także o jedzeniu i mentalności Amerykanów.

A jak Wy, kochani, spędziliście Święta?


---
korolowa

niedziela, 15 listopada 2015

Przeznaczenie?

Po ostatnich wydarzeniach zaczynam wierzyć w przeznaczenie. W to, że następujące po sobie koleje losu nie zdarzają się całkowicie przypadkowo. Zawsze jest w tym jakiś ukryty sens. Choćby i ledwie dostrzegalny, ale jednak.

Co prawda nie wiem i nie potrafię zrozumieć, dlaczego we Francji doszło do takiej tragedii (?). Czym sobie Ci ludzie - wszakże nie tylko Francuzi  - zasłużyli na ten los? A może kryje się za tym jakiś spisek? Może imigranci również nie trafiają do nas tak całkiem bez powodu? Czy komuś przyszło na myśl, że ktoś może chcieć wywołać kolejną, potężną wojnę? W końcu w czasach kryzysu, wojna częściowo napędza gospodarkę. Produkuje się broń. Pełne uzbrojenie.
A zamach 9/11? Kto jeszcze sądzi, że stali za tym "tylko" jacyś popaprańcy z Al Ka'idy?

U mnie chyba nie ma wydarzeń, które by nie wpłynęły na to, co działo się dalej. Zresztą, bez przyczyny, nie ma skutku. Bez ciasta nie będzie pierogów. Taka reakcja łańcuchowa, dzięki której już za miesiąc prawdopodobnie zobaczę stolicę świata. Gdyby mi ktoś jeszcze pięć lat temu powiedział, że się wybiorę tam, gdzie się wybieram i na tak długo, na ile zamierzam, popukałabym się mocno w głowę.
A jednak.
Życie pisze różne scenariusze. Czasami wręcz niewiarygodne.
Tylko trzeba nauczyć się przyjmować je z pokorą. A czasami i z otwartymi rękoma.




---
korolowa

wtorek, 29 września 2015

Przebudzenie

Czerwień liści przesłoniła jej oczy. Opadające na twarz kasztanowe kosmyki włosów dodatkowo utrudniały widoczność. Policzki nabrały różu, takiego delikatnego, szlachetnego różu. Powietrze dmuchało delikatnym mrozem.


Wdychała je w siebie. Wdychała głęboko. Czuła jak budzi się do życia. Do nowego, nieznanego. bytu, który się właśnie zaczynał.

Postanowiła podążać za marzeniami. Nie poddawać się niczyjej presji. Pragnęła szacunku i akceptacji - tak niewiele, a jednocześnie tak dużo. W końcu wszystko zależy od punktu siedzenia. Tylko dlaczego to niemal zawsze właśnie ona musiała dostosowywać swoje krzesło pod inny stolik?

Wiedziała, że w życiu popełniła różne błędy. Ale jeden, największy, to wieczne kompromisy. Ba, żeby tylko! Kompromis to za duże słowo - to było zwyczajne chodzenie na ustępstwa.
Dla świętego spokoju. Bo po co się kłócić? Po co psuć sobie nawzajem nerwy?

Dopiero po latach, po wielu latach, zrozumiała, że właśnie przez to; przez to ciągłe ukrywanie swych emocji,  nieustanne hamowanie się, aby czegoś przykrego nie powiedzieć; przez bycie takim podnóżkiem do czyichś szlachetnych nóżek - to właśnie ona była jednym wielkim chodzącym kłębowiskiem nerwów.

Nie mogła sobie na to dłużej pozwalać. Czuła się jak wulkan, który zaraz tryśnie lawą. Zbyt długo skrywała nawarstwiające się z dnia na dzień pomieszanie żalu i niezgody na obecny stan rzeczy. Tym razem ktoś inny musiał przesunąć krzesełko.


Więc szła.

Wiatr pieścił jej twarz i dotykał czule jej obu dłoni. To on ciągnął ją delikatnie do przodu.
Szeptał cicho na ucho, że musi iść dalej i walczyć. I uwierzyć w to jak bardzo jest wartościowa.

A ona mu podziękowała, odgarnęła kosmyki, wzięła do ręki liście i poszła przed siebie.



---
korolowa

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Blue Valentine, czyli o relacji pełnej niespełnionych oczekiwań

Zakochujesz się. Twój wewnętrzny świat wypełniony jest ćwierkającymi najpiękniejsze melodie ptakami, mróweczkami kłującymi raz po raz niczym szpileczki, mówiącymi do Ciebie "tak, to jest to!" Co chwila płaczesz i śmiejesz się na przemian, bo endorfiny i inne hormony powodują u Ciebie burzę radości, pragnienia i ekscytacji. Jest Ci, po prostu, najcudowniej na świecie.

Pewnego dnia, on klęka przed Tobą na kolanach.
Boże, myślisz sobie, jakie to cudowne. Jestem taka szczęśliwa. "Nigdy, przenigdy nie zamieniłabym Go na kogokolwiek innego!"

Bierzecie ślub. Mijają dwa lata, potem cztery. Mieszkanie razem nie stanowi już takiej atrakcji, jaką zapewniał Wam pierwszy rok pod wspólnym dachem. Nie ma już fajerwerków, żadnych ogromnych wzlotów. Owszem, dziecko dało Ci nadzieję, że założycie cudowną rodzinę. Przecież się kochacie. Przynajmniej w teorii...

Doczekałaś się zaręczyn, ślubu i dzidziusia. Ze zmartwieniem zauważasz, że nie masz już na co czekać. W swoim prywatnym życiu, osiągnęłaś w zasadzie wszystko, czego przez tyle lat wyczekiwałaś.
Czy aby na pewno? - odzywa się po jakimś czasie cichy, wewnętrzny głos.
"Cicho tam!" - odpowiadasz mu nerwowo. Przecież masz kochającego męża, wspaniałą, śliczną córeczkę. Czego więcej mogłoby Ci brakować do szczęścia?


zdjęcie:fanpop.com


Ściany w domu zdają się być coraz bardziej szare. Brakuje im kolorów. "Tak jak mojemu życiu", myślisz w głębi duszy. Gdzie ja jestem, dlaczego znalazłam się właśnie tutaj?

Mężczyzna Twoich marzeń po czasie okazuje się posiadać wady. Największą jest to, że kocha Cię bezgranicznie i jest dla Ciebie za dobry. Ty pragniesz skurwysyna, który pchnie Cię na łóżko i będzie przeklinał gorzej niż Kargul Pawlaka. Chciałabyś, aby Cię poniżał, gwałcił i rozstawiał po kątach, drąc się z kanapy o kolejne piwo? Naprawdę, pragniesz być jego dziwką? Czego tak naprawdę chcesz?

Sama już nie wiesz, o co Ci chodzi. Przecież masz wszystko, chociaż...tak naprawdę czujesz, że nie masz nic. Czego Ci brakuje? Fantazji? Pieprzonych fajerwerków?

A Ty, mężczyzno? Naprawdę wystarcza Ci praca za tysiąc pięćset i byle co do garnka włożyć? Bo wiesz, frustracja Twojej lubej też nie wzięła się tak całkiem znikąd.  Chociaż ciężko Cię ganić za to, że wystarcza Ci po prostu to, co jest - w końcu już na samym początku pokazałeś, że nie będziesz żadnym wybitnym astrologiem, lekarzem czy nawet księgowym.

Oddaliliście się od siebie tak, że dalej już nie można. Ona rozpaczliwie rozgląda się za innymi, z tęsknoty za emocjami, fascynacją, dziką namiętnością. Obietnicą na coś lepszego, niż Ty jej zapewniasz.

Dlatego - znów klękasz. Tym razem nie prosisz. Błagasz. Żeby się opamiętała. Że przecież potomstwo. Że jak tak można, że dziecko nie powinno wychowywać się w rozbitej rodzinie - wystarczy, że Ty już kiedyś musiałeś przez to przechodzić. Drugi raz tego nie chcesz. Nie dla Waszej małej.

A Ty, dziewczyno? Tak, wiem: nie chcesz żyć na siłę i "nieszczęśliwie". Chcesz czuć się spełniona zarówno prywatnie jak i zawodowo. Ale przecież ON musiał wszystko zepsuć. Nie chce nawet próbować się dostosować. Jak on w ogóle śmie czegoś ode mnie wymagać, skoro sam nie potrafi spełnić moich oczekiwań? Być takim, jakim go naprawdę pragnę?

Gdzieś. w pogoni za tym Waszym niezdefiniowanym do końca szczęściem, rozmyły się Wasze oczekiwania.
Nie ma już ćwierkających ptaków, a po mróweczkach - zostały jedynie bąble.
Nie ma śpiewów do rana, ani fal zapowiadających romantyczny wieczór we dwoje. Nie ma smaków ani kolorów. Tylko ciemne brudy szarości.

I wtedy okazuje się, że z miłości, z tego pięknie zapowiadającego się, jakże wzlotnego uczucia, poza pyłkami niespełnionych oczekiwań i złamanych przysiąg - nie pozostało już między Wami zupełnie nic.



---

korolowa



niedziela, 16 sierpnia 2015

Rozmowy para(NIE)normalne

Kiedy tracicie ukochaną osobę, najpierw załatwiacie wszelkie formalności związane z ceremonią pogrzebową. Organizujecie stypę, na którą zapraszacie najbliższe Wam (i zmarłemu) osoby, decydujecie o  księdzu, rodzaju pochówku i tak dalej.
Ludzie się zjeżdżają, składają kondolencje, płaczą albo udają że płaczą, potem jedzą, aż w końcu wyjeżdżają.

I zostajecie sami.


Przez pierwszy tydzień, miesiąc, góra dwa, co poniektórzy dzwonią do Was z zapytaniami w stylu "Jak się czujesz?', "Odwiedź nas w końcu koniecznie!", po czym, telefon nagle cichnie.
Nie ma już żadnych zaproszeń, żadnych pytań   Nie ma niczego. A przecież, tak naprawdę, wtedy zaczyna się odczuwać tęsknotę i to poczucie, że czegoś brak. 

Nie chcę tu robić specjalnych  osobistych wywodów, ale cholernie mi brakuje mojej Mamy.
Czasami się na nią złościłam, innym razem ona mogła mieć do mnie o coś pretensje, ale zazwyczaj były to pierdoły, podobne do tych w wielu innych rodzinach.

Moja Mama była najcudowniejszą kobietą na świecie. I nie piszę tak tylko dlatego, że jestem jej córką (choć po części to też na pewno jest jednym z powodów).  
Gdybym miała ją opisać maksymalnie dwoma słowami, napisałabym: optymistyczna realistka. Zawsze radosna, kwitnąca, szczera, energiczna... i piękna.
Chodzący żywioł, jednak z zachowawczym rozsądkiem. Więcej w niej jednak było tego szaleństwa, miała taki błysk w oku... I tylko ona potrafiła naprawdę wyczuć, kiedy coś się u mnie zmieniało. Nie dało jej się pod tym względem oszukać. 
Zaskakiwała mnie czasem swoją otwartością, innym razem nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego o pewnych sprawach nie chce raczej rozmawiać. Chociaż mówiła mi wiele. I ja Jej też. Na pewno nie wszystko, ale może to i lepiej - w końcu, jak to Matka, bała się o mnie. A ona była cudowną Mamą - na przyjacielskich relacjach, tak, ale nie kumpelą, lecz właśnie - stuprocentową, po prostu kochaną, Mamą.

Początkowo nie odczułam Jej braku jakoś mocno, ponieważ miałam naprawdę wiele zajęć na głowie - a to były zajęcia na uczelni, a to - jeszcze w tamtym okresie - ogród i pies, którym trzeba się było zaopiekować, a to posiedzieć z Tatą, pouczyć się, spotkać z przyjaciółkami - przy moim trybie dnia, przez pierwszych kilka miesięcy, w ogóle nie miałam czasu dla siebie. Bo wtedy, było prawie 
wszystko.
A potem, nagle, zostało jedno wielkie NIC.
Nie ma już buszującego  w ogrodzie psa. Nie ma ogrodu. Mieszkanie na kilka miesięcy stało się przystanią samotności. Potem zapełnił je ktoś inny, ale teraz...

... chwilowo znowu jest tak jakby puste. Tak puste jak nigdy wcześniej. Bije od niego takim chłodem, taką...otchłanią, w której niby nie ma niczego poza mną - a może właśnie, może właśnie jest coś jeszcze.

Bo inaczej jest, gdy po prostu w środku nocy nagle drzwi walną z hukiem, bo przecież mogłam ich nie domknąć. Jak jednak wytłumaczyć fakt, że jakieś pół godziny później z wyłączonego laptopa nagle zaczyna rozbrzmiewać włączona wcześniej na Youtube muzyka?

Już wcześniej czułam obecność Mamy, nigdy wcześniej się jednak nie bałam. Zawsze mi pomagała, wskazywała wyjście z danej sytuacji - naprawdę, czułam, jakby nade mną czuwała i pomagała mi wyjść obronną ręką z każdej opresji.

Ale to ostatnie zdarzenie, w środku nocy, naprawdę mnie zmroziło. Nie dałam rady zasnąć. Miałam ochotę płakać, ale nawet nie mogłam z siebie niczego wydobyć.
Dlatego pod wieczór dnia następnego, przed pójściem spać, wypiłam trochę wina, podwójną melisę, uspokoiłam się nieco, zostawiłam sobie nawet włączone na noc radio... po to, aby drugi dzień pod rząd obudzić się dokładnie w pół do trzeciej, tak o, bez powodu, nie wiadomo, dlaczego.

Dlatego, kolejnego dnia, wybrałam się na spacer. Taki dłuższy. Porozmawiałam z Nią. Myślałam:
"Może po prostu chciała mi na coś zwrócić uwagę, coś przekazać?"

I na tym pewnie by się ten post zakończył, ponieważ, tak naprawdę, napisałam go już kilka dni temu i prawie opublikowałam, ale jakoś się z tą publikacją wstrzymałam.

Bo wiecie, byłam u Niej. Chciałam się dowiedzieć, o czym chciała mi powiedzieć, lecz wtedy się od Niej tego nie dowiedziałam, chociaż czekałam bardzo długo.

Dopiero dzisiaj, po kilku dniach, dała mi odpowiedź. To, na co się tak wyczekałam. To, co naprawdę, już gdzieś w środku wiedziałam. To, co czułam już od dawna, lecz zagłuszałam gdzieś, skąd nie miało prawa wyjść, ale w końcu, pobudzone przez Nią - eksplodowało ze mnie niczym nieobliczalna, tykająca bomba.

Ale to, wybaczcie - zatrzymam już dla siebie.

---
korolowa

niedziela, 2 sierpnia 2015

Woodstock 2015, czyli gdzie byłam, gdy mnie nie było

Po mega męczącym dla mnie okresie, nareszcie przyszedł czas na urlop. To znaczy, właśnie go kończę z dniem dzisiejszym. Ale to nic - przynajmniej dziś mam czas na to, aby opisać Wam jedno z miejsc, w których miałam szczęście w tym roku się pojawić.
Przystanek Woodstock to obecnie jedno z największych wydarzeń typu open'air w Polsce. 
Ogólnie rzecz ujmując, to jedno wielkie, kilkudniowe namiotowisko. 
Jako, że był to mój pierwszy raz na kostrzyńskiej ziemi, byłam niesamowicie podekscytowana.
Czy przeżyję? Czy mnie nie rozdepczą? A co, jeśli się zgubię, złamię duży palec u prawej nogi lub zjedzą mnie mrówki?

Zacznijmy może od naszych przygotowań. Niestety prognoza pogody nie wydawała się zbyt optymistyczna, zatem zdecydowałam się "w razie wu" na dwie pary długich spodni + jedną 3/4 (której ostatecznie nie wykorzystałam, ponieważ nie chciało mi się jej wyciągać). Poza tym: apteczka (woda utleniona, plastry, tabletki na ból głowy itd.),  prowiant - czyli chleb, nutella, masło orzechowe i paprykarz szczeciński + masa batoników (z całego asortymentu wykorzystaliśmy dwie kromki chleba - seriously!), kurtka przeciwdeszczowa, a co najważniejsze - chusteczki nawilżające  i papier toaletowy - tego nigdy za mało! Polecam również - o czym sama nie pomyślałam - zabrać ze sobą żel antybakteryjny (dzięki, Ala!).



(Zabraliśmy również to, co widać na załączonym obrazku. Bardzo nam się przydało do posiadówek przednamiotowych. I nie, nie chodzi mi o wódkę.)

Wiedziałam, że będzie śmiesznie już od momentu wyjścia z dworca PKP, kiedy to z kolegą [M] udałam się na zakupy do miastowego Lidla, podczas gdy A. pilnował naszych rzeczy. Przy kasie M. pyta się kasjera o miejsce odjazdów busów na pole Woodstockowe, po czym pan nas grzecznie poinformował, że odjeżdżają spod Lidla i z jeszcze jakiegoś tam miejsca. Na co M., tak całkiem serio: "A gdzie jest Lidl?"

Jeśli chodzi o koncerty - niestety nie wiem, jak było na Flogging Molly (w czasie, gdy to się odbywało, ja spałam już smacznie, wykąpana, w swoim łóżeczku), natomiast jedyną kapelą, na koncert której wybrałam się jak najbardziej świadomie i z wielkim zainteresowaniem, było Within Temptation. Energia bijąca ze sceny, świetna muzyka, a do tego ta ostatnia piosenka wykonana z Roguckim 'The whole world is watching'... coś pięknego!





Resztę słyszałam raczej przypadkiem, gdzieś przechodząc (poza Melą Koteluk, na którą poszliśmy razem z kolegą, który później się zgubił i nie wiedział jak wrócić do naszego namiotu - ups, sorry, taki mamy klimat!) i zajadając się pysznymi, gorącymi bułeczkami z Lidla (serio, naprawdę są niesamowicie dobre!). Swoją drogą, okazują się, przy taaaaakich kolejkach jakie tam panowały, bycie niską osobą okazuje się być naprawdę ogromnym szczęściem :D.


Najlepsze a(tra)kcje

Poza wspomnianym pytaniem w Lidlu (o Lidla), było wieeeleee innych zabawnych momentów, typu gra w tabu i nasze odpowiedzi; niemal całkowite zniszczenie obydwu par butów przez M. i rezygnacja z zakupu trampków za 20 zł na rzecz maski- Krzyku za 15 zł; noszenie papieru toaletowego przez A. na głowie w ostatni dzień itp.Number one stało się dla mnie jednak moje wyjście z toalety, kiedy to w czasie koncertu musiałam wyjść do WC, zaś chłopcy czekali na mnie grzecznie przed toi-toiami. Wychodzę zatem z powrotem na zewnątrz (szczęśliwa jak nie wiem, bo do tej pory pamiętam te przecudne zapachy), a tu naraz masa okrzyków typu "Hurra! Wróciłaś! " , "Jeesteeś!", "Udało ci się!", po czym nagle czuję jak unoszę się do góry, a wszyscy patrzą na nas jak na...(dopiszcie sobie co chciecie ) :D. Trójka chłopaków wiwatujących na widok mnie wracającej z toi-toia i prawie że podrzucających mnie do góry z tego powodu - bezcenne przeżycie. :D.

Żeby nie było, że wymieniam tylko same plusy - well, niestety, jak już zdążyłam wspomnieć, tym razem pogoda niezbyt, poza sobotą, dopisała. Zasłyszałam, że ponoć to najzimniejszy Woodstock od co najmniej 10 lat - w nocy z piątku na sobotę było zaledwie 6 stopni!Na szczęście świetna atmosfera i ludzie, z którymi się tam spotkałam sprawiły, że mogłam się całkowicie zresetować i naprawdę, naprawdę porządnie odpocząć. Prawie trzy dni bez mediów, fejsa i instagrama. Rozmowy przy piwie. Leżenie przed namiotem. Nieprzespane, zimne noce. Gorąca sobota i piach w oczach, bo dużo dymu i jeszcze więcej ludzi.



Zresztą, tego nie da się opisać. Tam po prostu trzeba być! Dlatego zachęcam Was gorąco, abyście kiedyś wybrali się na to widowisko i przeżyli to razem ze mną.

Chociaż ten jeden, jeden raz w życiu.



Gorąco pozdrawiam!


---
korolowa

PS Przepraszam Was za format tego posta, ale od półtorej godziny próbuję go naprawić i niestety niewiele się w tej kwestii zmieniło :( a niedługo muszę w końcu iść sobie zrobić kanapki do pracy :D.

piątek, 10 lipca 2015

Prawda w oczy kole.

Uczniowie mają już wakacje. Pogoda pozostawia jednak wiele do życzenia. Słońce wychyla się do nas jedynie od czasu do czasu, znienacka. Tak jak prawda. A jak już się pojawia, to oślepia. I boli.

Twierdzimy, że nie lubimy być okłamywani. Że chcemy lojalności i szczerości. Że lepsza gorzka prawda niż słodkie kłamstwo. Akurat.

Przyjmijmy, że taka Zośka mówi Ci nagle w twarz, że wyglądasz dziś okropnie i w ogóle nie powinnaś się dziś pokazywać światu. Jak to odbierzesz? Nie ciśnie się czasem na usta "Chłopak cię rzucił, że  jesteś taka milutka?"

zdjęcie: natemat.pl


Tak, umiemy odbierać prawdę. Ale głównie tą pozytywną.
Z krytyką idzie nam już, niestety, gorzej.
Wiem, że wcale nie odkryłam tym Ameryki. Jednak warto sobie o tym przypominać.
Nie złościć się, kiedy ktoś nas krytykuje jedynie w celu poprawy, o ile nie robi tego w sposób natarczywy ani nagminny, próbując jedynie pomóc nam odnaleźć właściwą drogę.

Z drugiej strony  - jeśli ktoś nie potrafi zrobić tego z taktem i odpowiednim podejściem, może dojść do ogromnych konfliktów.
Czy nie łatwiej jest zatem powiedzieć coś milszego aniżeli "Wyglądasz gorzej niż potwór Frankensteina?"

Nie łatwo jest odbierać taką prawdę, ale wcale nie jest prościej powiedzieć ją komuś prosto w oczy, zwłaszcza, jeśli nie chcemy zranić danej osoby.

Bo prawda - to rzeczywistość.
Kłamstwa, to poezja.



A mówienie prawdy, to sztuka.






---
korolowa