Polub mnie na FB :)

piątek, 7 kwietnia 2017

Modelką być - czyli sesja u Photofactory.

Kilka tygodni temu studio fotograficzne Photofactory wraz z makijażystką Joanną Mają Kaczmarek zorganizowało konkurs facebookowy. Prosty konkurs, którego zasady opierały się jedynie na lajkowaniu i udostępnianiu zdjęcia, czyli coś, w czym właściwie nigdy nie mam szczęścia (zazwyczaj wygrywam bowiem w konkursach kreatywnych, tylko jeden, jedyny raz otrzymałam coś poprzez losowanie).

Tym razem jednak szczęście się do mnie uśmiechnęło. I to mocno, bowiem nagrodą główną była sesja zdjęciowa z profesjonalnym makijażem. Moje małe, narcystyczne marzenie, właśnie miało się spełnić. Tak, my dream has come true! W końcu miałam się poczuć jak prawdziwa modelka.

Miałam wybór: zdjęcia plenerowe w Szczecinie lub Stargardzie bądź w studio w Szczecinie. Ostatecznie decyzja padła na zdjęcia studyjne: po pierwsze, z niepewności odnośnie pogody, a po drugie -  przez możliwość bycia w studio i sprawdzenia się przed obiektywem w zamkniętej, profesjonalnej przestrzeni twórczej.

Napisałam zatem rychło do organizatorów w celu ustalenia miejsca oraz daty spotkania. Żona fotografa, Justyna, z wielką cierpliwością odpowiadała na wszelkie moje zapytania oraz wątpliwości. Dzięki temu czułam, że oddaję się w dobre ręce :).

Kilka godzin przed wyjazdem przygotowałam sobie kilka stylizacji - starałam się dopasować każdy możliwy szczegół. Na miejscu jednak, z uwagi na małe opóźnienie i moje ograniczenia czasowe związane z późniejszym powrotem do mojego miejsca zamieszkania, zwyczajnie nie miałam aż tyle czasu, aby dopilnować każdej drobnostki do wybranej garderoby. Niemniej jednak takie ograniczenia nie istnieją, jeśli tylko ma się czas - nas po prostu zegar zaczął w pewnym momencie nieco poganiać.
Zresztą - sami oceńcie efekty naszej wspólnej pracy - poniżej umieszczam kilka zdjęć z sesji.


Podczas zdjęć okazało się, że Daniel (fotograf)  to niesamowicie cierpliwy człowiek, który dodatkowo posiada cenną umiejętność rozbawiania ludzi ("patrz oczami w kierunku lampy!"), niezwykle przydatną w jego profesji. Dzięki niemu, jego przemiłej żonie (o kojącym wszelkie bóle w krzyżu podczas dziwnych ujęć, uśmiechu) oraz pozytywnie zwariowanej Joannie, która mnie tak pięknie wymalowała, mogłam się naprawdę rozluźnić, a nawet popłakać ze śmiechu. Makijaż jednak przetrwał, zaś bóle w krzyżu... dzięki Bogu, nie. :)

Jeżeli kiedykolwiek chcielibyście zamówić sobie taką prywatną sesję - serdecznie polecam Wam szczecińskie Photofactory. Wspaniała atmosfera oraz przemiłe podejście gwarantowane.


Jeśli jesteście ciekawi innych zdjęć Daniela, zachęcam do zajrzenia na stronę Photofactory.pl oraz na fanpage na Facebooku KLIK.

Fanpage Joasi (makijażystka): KLIK.





***
korolowa

A Czy Ty zdecydowałbyś się na taką sesję i spróbować swoich sił po tej drugiej stronie obiektywu? A może masz do mnie jakieś pytania? Jeśli tak - koniecznie daj znać łapką w górę lub w komentarzu!

niedziela, 2 kwietnia 2017

Prima Aprilis, Ty też się (czasem) pomylisz.

Zastanawiam się nad tym, od czego by tu zacząć. Może od tego, ze ostatnio popełniłam wpis, w którym opisywałam, jak to się zawiodłam na niektórych osobach, Że spodziewałam się po nich czegoś więcej. Że takich relacji to ja nie potrzebuję. Cóż, trzeba przyznać, że wystarczył tydzień, a właściwie to jeden dzień, abym zmieniła swoje zdanie. Przynajmniej do co poniektórych.

Czasem jest tak, że najzwyczajniej w świecie mamy dość wszystkich i wszystkiego, i takie właśnie emocje skumulowały się we mnie, gdy jakiś czas temu napisałam tego posta.

Dużo się jednak w człowieku zmienia, gdy zaczyna patrzeć na to z innego punktu widzenia.
Co by było, gdyby taka osoba zniknęła z naszego życia niemal całkowicie? Gdyby wyjechała gdzieś i słuch całkiem o niej zaginął?  Czy na pewno przez cały czas żyłoby się Wam z tym dobrze? Czy nie odezwalibyście się jednak po jakimś czasie sms-em bądź na Messengerze, próbując, mimo wszystko, utrzymać kontakt?


Po chwilach świadomie wybranej samotności, po jakimś czasie zapewne, prawdopodobnie coś się w Was jednak zapali. Takie uczucie, które powoduje, że chcesz, aby ta osoba była tutaj teraz, z Tobą.
I nigdy więcej nie odchodziła.

Tęsknię za moimi dwiema przyjaciółkami, które wyjechały w pogoni za obietnicą lepszego życia. Choć zdarzało się, że miałam już dość przebywania z nimi - wszakże, co za dużo, to niezdrowo, poza tym, nawet najwspanialsze pod słońcem osoby nie są idealne - to teraz marzę o tym, aby mieszkać gdzieś blisko nich. Wychodzić, tak jak w czasach licealnych, na długie spacery i szwędać się po sklepach. Iść gdziekolwiek, bez celu. Byle razem.
















 




I znowu kolejna osoba  mnie/ nas tutaj zostawiła. I mimo tego, że właśnie na nią między innymi się ostatnio denerwowałam, to po minionym weekendzie (a głównie wczorajszym dniu, który swobodnie mógłby zostać moim wielkim Dniem Rozstań, tudzież Dniem Przyjaźni) - wiem, doskonale wiem - będzie mi jej tutaj brakować. Tym bardziej, że  - jak sądzę -  miejsce docelowe może jej się na tyle spodobać, że wcale nie będzie chciała tutaj wrócić.

***
Możemy się na siebie czasem denerwować. Gniewać, nie odzywać przez jakiś czas, nie zapraszać do domów, jeśli nie mamy ochoty. Ale chyba jednak ważniejsze jest to, że w razie potrzeby, zawsze sobie pomożemy. Wyjdziemy razem na piwo, aby porozmawiać o głupotach bądź o nurtujących nas sprawach. O tym, że mamy problemy w pracy lub że właśnie ktoś w nas rzucił gumą do żucia.

Że po prostu wspieramy się. Jesteśmy.
Choćbyśmy mieli robić to przez Skype'y, Messenger'y smsy i inne wynalazki.

Zawsze i tak zwyczajnie - po prostu: dla siebie.


---
korolowa

piątek, 24 marca 2017

I ja mam Was w dupie.

Kolejny raz próbujesz umówić się z Izką na spotkanie. Mniej więcej raz na pół roku słyszysz od niej "Musimy się koniecznie zobaczyć ", a gdy już próbujesz, z coraz większym sceptycyzmem, dodzwonić się do niej, wiecznie jest zajęte. To znaczy, ona jest zajęta. Przez pół roku. I kolejne pół. Nawet wtedy, gdy spotykasz ją na ulicy z chłopakiem, którego, broń Boże, nie można zostawić choćby na godzinę, bo przecież sam sobie w domu biedny nie poradzi.

Maciek znowuż spotka się czasem z Wami, najchętniej gdzieś w pubie bądź czyimś domu. To jest - Twoim, Kaśki lub Piotrka. Przestrzega bowiem zasady: byle nie u niego. I koniecznie trzeba po niego zadzwonić. On nigdy nie przejmuje inicjatywy - no bo i po co? I tak dadzą mi znać -  jestem przecież taki zajebisty! Nie ma sensu pisać, a już tym bardziej dzwonić do kogoś. To oni do mnie zawsze dzwonią. Na pewno nie ja.


"Najfajniejsza" jest jednak Ulka. Ona, owszem, chętnie utrzymuje kontakty. Najczęściej odzywa się, kiedy akurat potrzebny jest jej tłumacz na szybko albo nie może znaleźć innego łosia, który przenocuje ją w Twojej okolicy, oczywiście za jej dozgonną wdzięczność w postaci brudnych naczyń w zlewie i bez słowa dziękuję.

Takie przypadki można mnożyć i mnożyć, ale wniosek nasuwa się jeden - ganianie za takimi osobami to strata czasu. Lepiej poświęcić go na coś lub kogoś cenniejszego. Na hobby, czytanie książek, spacery (nawet samotne). A przede wszystkim na ludzi, którym naprawdę na Tobie zależy. Za którymi nie trzeba się uganiać. Którzy są nie tylko wtedy, kiedy potrzebują Ciebie, ale również gdy i Ty potrzebujesz ich. Po co Ci taka Izka, która wiecznie nie ma dla Ciebie czasu? Maciek, który widocznie potrafi egzystować bez relacji międzyludzkich, którego, tak między Bogiem a prawdą, niespecjalnie interesuje co u Ciebie, skoro potrafi nie odzywać się miesiącami, dopóki sam do niego nie napiszesz? Albo Ulka, która jedyne co potrafi to żerować na Twojej serdeczności, nie dając w zamian nawet szczerego uśmiechu?

Tak, również myślę, że to nie ma najmniejszego sensu. To całe udawanie, że się lubimy. Podtrzymywanie jednostronnych relacji. Gryzienie się, że może my robimy coś nie tak.


Bo, owszem - robimy. Dalej naiwnie wierzymy, że te relacje takie są i już. Niektórzy uważają, że czasami takie stosunki są lepsze niż żadne.

Ja zaś uważam zupełnie odwrotnie. I wiem, że jedyną rzeczą, którą zrobiłam źle, było powiedzenie takim osobom "dziękuję" o wiele później, niż w rzeczywistości powinnam to zrobić. Że - tak jak oni mnie - powinnam dużo wcześniej mieć ich wszystkich w przysłowiowej dupie.

---
korolowa


P.S. Jeśli i Wy macie wokół siebie takie osoby - komentujcie/
/udostępniajcie/  lajkujcie  

wtorek, 7 marca 2017

Przyjaźń między kobietą a mężczyzną - czy jest możliwa?

"Między mężczyzną a kobietą przyjaźń nie jest możliwa. Namiętność, wrogość, uwielbienie, miłość - tak, lecz nie przyjaźń." [O. Wilde]

Kto z Was po przeczytaniu powyższego zdania wstał niemal z prędkością światła i z impetem wrzasnął "No jak to nie? Przecież ja właśnie jestem w takiej relacji i to jest prawdziwa przyjaźń!" Uderz stół, a nożyce się odezwą? :) A tak serio - nie twierdzę, że słowa znanego pisarza są pełnym odzwierciedleniem moich myśli na ten temat. Pozwólcie jednak, że nieco na ten temat się dziś powynurzam.

Wyobraźmy sobie, na ten przykład, niemal idealną parę X i Y. Parze tej wszystko, albo przynajmniej prawie wszystko się układa, są ze sobą szczęśliwi. Któregoś dnia jedno z nich - nieważne właściwie, które - poznaje Z. Z staje się przyjacielem kobiety/mężczyzny/obojga [niepotrzebne skreślić]. Well, jeżeli obojga i jeśli każde z nich spotyka się z tą osobą równie często, to pół biedy. Gorzej, a przynajmniej bardziej podejrzanie zaczyna to wyglądać, gdy nagle jedna z osób woli to robić częściej, w dodatku sam na sam. Jeżeli związek X i Y opiera się na wzajemnym zaufaniu i szacunku do siebie, a do tego dalej istnieje między nimi chemia i sprawy łóżkowe wyglądają lepiej niż dobrze - cóż, wtedy chyba nie ma się o co martwić. Jeśli jednak choćby jeden z tych trzech czynników legł w gruzach lub stoczył na sto metrów pod ziemią - cóż... zawsze jest przecież przyjaciel. Przyjaciel, który pocieszy. Porozmawia. Nawet przytuli, gdy trzeba. I zrobi jeszcze inne słowa na "p"... oczywiście również w ramach "przyjaźni".


Ludzie mogą się czasem sami chcieć okłamywać, że niczego nie czują. Że to tylko przyjaźń. Zwłaszcza, jeśli mówimy o przyjaźni z "ex" czy z kimś, kto wcześniej np, dał nam kosza, ale dalej się z nami przyjaźni (dalej w kontekście relacji damsko - męskiej, choć właściwie istnieją przecież związki homoseksualne). Ale, na zmartwychwstanie Johna Snow'a, nie można, naprawdę nie można mówić o przyjaźni z kimś, z kim się dalej sypia! Wybaczcie, ale w wielu przypadkach, w których wcześniej miało zastosowanie "friends with benefits", to, co było później (o ile nie przerodziło się w coś poważniejszego:miłość, związek), to już nie była przyjaźń. A co dopiero wchodzenie komuś do łóżka po odrzuceniu. Stwierdzeniu sorry, nie dam nam szansy, no czegoś jednak brakuje, aby nam się to udało. Po tym nie da się przyjaźnić, a przynajmniej jest niezwykle trudnym, aby obie strony funkcjonowały w zdrowej przyjaźni po tak zabarwionych erotycznie, wspólnych przeżyciach. I właśnie tym wcześniej pokrzywdzonym będzie ciężko wyprzeć tą drugą osobę z głowy. Bo ona będzie w niej siedzieć, dopóki się jakoś nie odetniemy. Nie zrobimy porządków. I nie zaczniemy sami siebie szanować. Swojej godności i czasu, który moglibyśmy poświecić na pasje...bądź odnajdywanie innych, bardziej wartych naszej uwagi, osób.


Wiele jest pięknych filmów o takich dziwnych, nie do końca zdefiniowanych relacjach. Moim ulubionym jest póki co "Między słowami" ze Scarlett Johansson i Billem Murray'em. Świetna opowieść o samotności w tłumie, odnajdywaniu bratniej duszy, zagubieniu. Polecam serdecznie na wieczór. Dobry film na ukojenie.

Kończąc mój niezbyt długi wpis - czy uważam, że istnieje przyjaźń damsko - męska?

Pozwólcie, że odpowiem Wam być może nieco tajemniczym zdaniem, które znalazłam gdzieś w odmętach Internetu, a które mi się bardzo spodobało, a do tego jakże niezwykle mi tutaj pasuje:

" (...) szlachetny człowiek to ten, który raczej siebie zrani, niż kogoś zadraśnie." 

Dlaczego właśnie tak napisałam - to zostawiam już dla Waszej indywidualnej interpretacji.



A jaka jest Wasza opinia na ten temat? Wierzycie w prawdziwą przyjaźń damsko-męską?

---
korolowa


P.S. Jeśli spodobał Ci się post - podaj dalej! Udostępnij, skomentuj, polub :)

wtorek, 28 lutego 2017

La La Land - słodko-gorzka opowieść o marzeniach

Oscary, Oscary i... po Oscarach. Nie obyło się bez wpadek - najpierw ogłoszono bowiem, że statuetkę za najlepszy obraz dostaje film La La Land, jednak gdy już wszyscy wyszli na scenę i zdążyli wygłosić swoje przemówienia, poinformowano, iż doszło do pomyłki (!) i ową nagrodę naprawdę powinien otrzymać Moonlight (swoją drogą polecam wygooglanie sobie tej sceny, naprawdę warto to zobaczyć!). Filmowi Damien'a Chazelle'a udało się jednak zdobyć złotą statuetkę w aż sześciu innych kategoriach i z pewnością była to największa wygrana tego wieczoru. Co zatem ten mały fragment kinematografii ma w sobie takiego, że aż tak spodobał się jury i czym przekonał do siebie osoby zupełnie nieprzepadające za musicalami?

La la Land to tak naprawdę dość prosta historia dwojga ludzi, którzy, mimo początkowej antypatii, zakochują się w sobie. Rozwijające się uczucie wspaniale oddają utwory napisane specjalnie do filmu: począwszy od pierwszej sceny, kiedy bohaterowie poznają się po raz pierwszy podczas przejażdżki samochodem (Another Day of Sun), po czym niespodziewanie spotykają w innych okolicznościach i przez chwilę są skazani na własne towarzystwo (A Lovely Night - dla mnie ten utwór powinien dostać Oscara!) aż w końcu związują się ze sobą, choć ich głowy zaczynają szybko wypełniać rozterki związane z karierą oraz ich miłosną relacją (City of Stars). I choć wszystko w tym musicalu wydaje się być bajkowe - muzyka, stroje, scenografia, a do tego miłość, która wydaje się móc wszystko przetrwać - koniec (Epilogue) okazuje się być dla początkującej aktorki Mii (Emma Stone) i muzyka Sebastiana (Ryan Gosling) słodko-gorzki.


Nominowany do Oscarów w aż 14-tu kategoriach La La Land to imho wspaniałe połączenie starego musicalu ze współczesnością. To wysmakowane kadry. Kolory. Dźwięki, które przenoszą mnie do innego świata - takiego rozśpiewanego, goniącego za szczęściem "lala-landu".
To magia, na którą składają się wszystkie te urocze chwile, to "przyspieszenie tempa. to spojrzenie, ten dotyk, ten taniec", kiedy "to spojrzenie w czyjeś oczy rozjaśnia niebo".




Jeżeli chcecie zatem choć na chwilę wyrwać się z szarej codzienności, nie tracąc przy tym całkiem przytomności umysłu - zapraszam Was do pięknej, choć wcale nie wyidealizowanej, krainy Lala-Landu.

Krainy, w której  - tak jak w prawdziwym życiu - przynajmniej niektóre marzenia, czasem się spełniają.


---
korolowa


Jeżeli post Ci się spodobał - podaj go proszę dalej!

czwartek, 9 lutego 2017

Foolowersi - czyli dokąd zmierzamy?

Pomyślcie sobie, jak to było kiedyś.

Chłopak poznaje dziewczynę, która, dajmy na to, nie jest z jego miasta.
Albo nawet i jest, ale tym miastem jest Kraków, Warszawa, New York City czy inny Meksyk.
Urzeczony jej uroczymi oczami i tym, co znajduje się u rowku dekoltu, dowiaduje się jedynie, że ma na imię Julka i jest z Gdyni. No a on, cholera, mieszka akurat w Łańcucie. 
Ona przyjechała do babci na wakacje (i spędzała je głównie na potańcówkach niż przy starszej kobiecinie, no co za gównia...ehm, nastolatka!), które niestety właśnie się kończą. 
On  - nazwijmy go Roman (poznany właśnie na jednej z takich retro-dyskotek) obiecuje, że ją odwiedzi, że będzie dzwonił... a gdy pociąg już odjeżdża, uświadamia sobie, że nie ma ani jej telefonu, ani, tym bardziej, adresu. Normalnie szloch, rozpacz i zgrzytanie złamanego serca.

To były dopiero romantyczne czasy. Chciałeś się spotkać - po prostu dzwoniłeś domofonem, krzyczałeś na całe gardło, ewentualnie - po prostu wchodziłeś do kogoś do domu. I nikogo to wtedy nie dziwiło. Ludzie znali się wtedy jakoś lepiej. Wydaje mi się też, że dużo bardziej doceniali to, co mieli. Było w nich więcej spontaniczności. Autentyczności. Bo jak udawać? Kiedy -  skoro konwersacje były prawdziwymi konwersacjami, takimi twarzą w twarz, przy herbatce i ciasteczku domowej roboty? Telefony zaś służyły głównie do komunikacji z kimś z daleka, ewentualnie umówieniem na wizytę. I nikt nie mógł wtedy schować swojej twarzy za najnowszym HTC czy inną Nokią Srumią XYZ 20220. Bo nie mieli za czym.


Facebook, Instagram, Twitter, Nasza Klasa plus całe mnóstwo innych portali i aplikacji tak bardzo ułatwiają nam teraz życie. Myślę, że nawet za bardzo. Bo przez to wydaje nam się, że możemy się mniej starać.  Powiedzcie mi bowiem, ile zajęłoby jedno kliknięcie na fejsbukową ikonkę i wpisanie do wyszukiwarki " Julia Gdynia"? Oczywiście, w całej Gdyni Julek na pewno jest całe mnóstwo - jednak chyba łatwiej jest scrollować fejsa patrząc na zdjęcia niż wybrać się do miasta i szukać na ślepo, prawda?
Łatwiej jest follować na Instagramie, kiedy ktoś nas zafollowuje.
Łatwiej polajkować, kiedy coś lubimy, gdy coś nam się podoba...lub gdy zwyczajnie nie mamy co robić i robimy to bezmyślnie.
Bezmyślnie like'ujemy, follow'ujemy, siedzimy na fejsie czekając, aż ktoś z nami przeprowadzi konwersację. Prawdziwą kon-wer-sa-cję... na Facebooku (!).

Ty, ja, Twoja 12-letnia sąsiadka, dzisiejszy Roman z Łańcuta - jesteśmy jednym, wielkim stadem foolowers'ów. Bezmyślnie błądzimy po cyberprzestrzeni, zamiast, po prostu, więcej czerpać z życia. Prawdziwego życia.

Wracając na koniec do historii z samego początku posta - wierzę, że ostatnie pożegnanie przed wyjazdem Julki mogłoby dzisiaj brzmieć mniej więcej tak:
"Julka... będę dzwonił, obiecuję!
"Ale..."
"Ale naprawdę, obiecuję!"
" Ale Romek, no! Przecież Ty nie masz mojego telefonu!"
[Romek szybko wyciąga telefon]
"Jaką bluzkę masz na profilowym?"
"Eee...niebieską z krzyżem na środku?"
[chłopak zwinnie przesuwa palcem po gładkiej powierzchni Sony S(e)XPeria Z]
"No, to nie bój żaby. Wysłałem ci właśnie zapro na fejsie".


---
korolowa


P.S. Jeśli spodobał Ci się post - podaj dalej! Udostępnij, skomentuj, polub :)

niedziela, 5 lutego 2017

"Sztuka kochania : historia Michaliny Wisłockiej"

Film Marii Sadowskiej mogłabym w skrócie opisać : przebudzenie.

Ale tego nie zrobię. Jeden z najnowszych kawałków polskiego kina zasługuje bowiem na nieco więcej niż jedno słowo. Tym bardziej, że zostają w nim poruszane ważne tematy. Że odświeża historię wręcz niezwykłą, a jednocześnie oddającą prawdę, przedstawiającą autentyczne, historyczno-biograficzne wydarzenia.

Bohaterką filmu jest autorka wydanej w Polsce w 1971 roku "Sztuki Kochania"  dr Michalina Wisłocka.
Nadmieniona książka okazała się przełomem w życiu intymnym Polaków. Do momentu uświadomienia przez wyżej wymienioną pozycję uznawano, iż seks pełni funkcję głównie prokreatywną, zaś jakiekolwiek przyjemności z niego miała doznawać przede wszystkim płeć męska. 

Doktor Wisłocka postanowiła to jednak zmienić. Panujący, mocno jeszcze zakorzeniony patriarchat oraz ogólny pogląd na sprawy damsko - męskie zaczęła wyrywać od samych korzeni. Tłumaczyła kobietom co i jak robić, aby móc czerpać przyjemność z intymnych chwil ze swoimi partnerami.
Przeprowadziła prawdziwą rewolucję, walcząc o wydanie swojej książki niczym lwica.




Szkoda tylko, że sama sobie nie potrafiła pomóc.

Zbyt dobrze wiedziała, jak to jest zostać zdradzonym.
Zbyt długo żyła w zawiłym, patologicznym związku.
Zbyt mocno była kochliwa, a jednocześnie zbyt wierna.

Z zewnątrz - tygrysica, która - jeśli w coś mocno wierzy - potrafi o to walczyć.
W środku jednak naiwna, mała dziewczynka.

I choć pewnie  sama nieraz chętnie, z żalem i bólem, zaśpiewałaby " Ja wierzyłam Twoim słowom..." (utwór ten jak i wiele innych wspaniale wkomponował się w klimat filmu), wierzę, że dzięki temu, naprawdę stała się silniejsza.

Bo nie tylko umiała uświadamiać, ale i pięknie kochać.

Tylko, chyba, jak twierdzi jej córka Krystyna Bielewicz,  "nie potrafiła żyć".





                Jeśli spodobał Ci się post - podaj dalej! Udostępnij, skomentuj, polub :)

---
korolowa


sobota, 28 stycznia 2017

Dobra zmiana.

Pamiętam mój pierwszy dzień pracy w korpo.
Lało wtedy jak z cebra.

Tak, jakby pogoda płakała nad moim wyborem.

Tak samo było w dzień, kiedy opuszczałam mury szkoły. Za każdym razem modliłam się, aby tylko nie padało, ponieważ musiałam chodzić nieco piaszczystą drogą po wsi, a więc bez nadziei na jakikolwiek dojazd ze stacji do miejsca pracy.
Przez trzy miesiące beznadziejnego dojazdu i fantastycznej atmosfery (mimo wstawania o 4:50, byleby zdążyć na pociąg), deszcz złapał mnie tylko raz. W dzień pożegnania.

Wspomnienia z pracy w szkole publicznej mam naprawdę bardzo dobre, co nie oznacza, że jakoś mocno za tym tęsknię. To była akurat fajna, wiejska, maleńka szkoła, z klasami liczącymi niekiedy nawet po kilku uczniów. Taki klimat mi odpowiada. Dobrze się tam czułam.

I trochę na przekór sobie, rzuciłam to na rzecz czegoś zupełnie innego. Czegoś kompletnie do mnie nie pasującego.

Postanowiłam żyć według zasady Fake it till you make it. Myślałam: dasz radę, choć tak naprawdę od początku czułam, że to mi totalnie nie pasuje, że to nie to. Koniec końców, wyszło jak wyszło: nadszedł czas pożegnania z firmą.

Osiem miesięcy nie poszło jednak na marne. Zdobyłam wiele cennego  doświadczenia. Przyda mi się nie tylko w przyszłej pracy, ale i ogólnie, w życiu.

Nikt (może poza A.) nie wie, ilu nocy nie przespałam. Ile razy nie chciałam wstawać z łóżka. Iść do lekarza i prosić o L4, byleby nie iść do pracy. Tak, właśnie tak bardzo jej nie cierpiałam. A jednak wytrzymałam tam całe osiem miesięcy.

Wczoraj był ostatni dzień. Z jednej strony było trochę nostalgicznie - szkoda mi było zostawić osoby, z którymi tak długo przebywałam i które (przynajmniej większość z nich) autentycznie bardzo polubiłam. Które pomagały w momentach kryzysowych. Bo były takie normalne. Takie...ludzkie.

Z drugiej zaś strony czułam ogromną ulgę. Że to wszystko jest już za mną. Że będę mogła na spokojnie, bez stresu szukać czegoś nowego. Że otwiera się przede mną nowy rozdział. Rozdział, w który wejdę już bardziej odpowiedzialnie, z większą wagą na to, co mnie pasjonuje, w czym chciałabym się rozwijać, a przynajmniej - co nie działałoby na mnie destruktywnie.

Wczoraj zamknęłam zatem kolejne drzwi.

Wyszłam z budynku.
Otworzyłam szeroko oczy.

Przede mną rozpościerał się piękny widok:
błękitne, bezchmurne niebo.
I pełne, zwiastujące dobre zmiany, słońce.



---
korolowa