Polub mnie na FB :)

niedziela, 18 grudnia 2016

Weichnachtsmarkt - spacer po świątecznym Berlinie.

Po naprawdę wyczerpującym tygodniu, to, na co  mam ochotę, to taki spokojny dzień spędzony raczej w domu: długi sen, wstawanie bez budzika, zapiekanki na śniadanie, ciepłe kapcie, małe porządki i przygotowywanie obiadu przy miłej dla ucha muzyce; zaś wieczorem -  winko.
No, jednym słowem, taki dzień bez ekscesów, na luzie i bez gonitwy, która towarzyszy mi na co dzień w pracy.

Dlatego sama się sobie zdziwiłam, kiedy wraz z A. i kumpelą postanowiliśmy poświęcić jeden z dwóch wolnych przed świętami dni i pojechać sobie na wycieczkę. No, bo, tak sobie pomyślałam, że nigdy nie byłam na żadnym z tych słynnych niemieckich jarmarków świątecznych, a że okazało się, iż koleżanka nigdy nie była w Berlinie - spontanicznie zdecydowaliśmy, że jedziemy. A co tam!

Dlatego też chciałabym pójść dziś z Wami na spacer. Chodźcie ze mną. Pokażę Wam, jak można się fajnie zrelaksować w stolicy Niemiec zimową porą. Pokażę Wam świąteczny Berlin.


Aby dojechać do Berlina, postanowiliśmy wybrać się najpierw samochodem do Szczecina. Stamtąd wzięliśmy już wcześniej opłaconego busa (kursuje  po kilka razy dziennie i w jedną stronę kosztuje 40zł, jednak z opcją powrotu + większą ilością osób, ceny biletu się zmniejszają). Tak, wiem, że istnieje też tańsza opcja z pociągami, ale wtedy też trzeba się przesiadać, nie na wszystkie pociągi obowiązuje ta fajna zniżka i tak dalej.

Poza tym, busy zatrzymują się przy samym Alexanderplatz  - ścisłym centrum Berlina, przy którym to jednocześnie odbywa się świąteczny jarmark.




Autentycznie, nie sposób nie zauważyć tych "świątecznych marketów" zaraz po wyjściu z pojazdu.

Liczba mnoga została tutaj użyta nieprzypadkowo, bowiem tak naprawdę cały ten Weihnechtsmarkt to po prostu skupisko takich jarmarków. Jak kończy się jeden, to zaraz zaczyna drugi, a kilka metrów dalej jest jeszcze trzeci. A najgorsze jest to, że są przepełnione różnymi pięknymi rzeczami. Tu słodycze, tam mydełka, kiełbasy, sery, wina,  kiełbasy, czapki, wina, kiełbasy, wina i ..eee...wina. Duuuużo wina. Mniam.


Można chodzić i chodzić, kosztować się różnymi przysmakami i przyglądać się pierdółkom, których tam nie brakowało; a gdy już zgłodniejecie zjeść kiełbasę w bułce, usiąść przy rozpalanym na zewnątrz ogniu i napić się grzanego wina, wódki, czekolady, czy czegokolwiek innego, co będzie akurat dostępne.



A gdy się już naprawdę ściemni, wszystko zaczyna wyglądać jeszcze piękniej. Wszelkie ozdoby zaczynają naraz błyszczeć, dają więcej światła, a tym samym - wytwarza się więcej energii, ciepła.
Tej atmosfery, która, jakby tak dodać do tego jeszcze choć trochę śniegu, byłaby iście bożonarodzeniowa.



I nawet ten tłum ludzi nie przeszkadza; nic bowiem nie potrafi zaćmić urok tego miejsca. Nawet ten cholerny brak śniegu. Nawet ta kiczowatość niektórych stoisk. Ani nawet to, że jest strasznie zimno, a my siedzimy na zewnątrz i jedyne, co nas rozgrzewa, to gorący alkohol, ognisko no i fakt, że jesteśmy razem.

I w tym miejscu, mój drogi Czytelniku, muszę Cię zostawić, bowiem ja już swój kubeczek z winem wypiłam, a mój bus już odjechał i zabrał mnie do domu... a teraz wraca i chce zabrać Cię na świąteczną wycieczkę.

Pojedziesz?


---
korolowa