Polub mnie na FB :)

sobota, 13 maja 2017

Jak zebrać się do kupy.

Był okres, że prawie wszystko było nie tak. Zdrowie, praca, relacje z niektórymi osobami  - niemal wszystko pisało się wtedy w czarnych barwach. Jednak, jak to mówią, po nocy przychodzi dzień, a po burzy słońce i tak dalej. I - tak właśnie czuję -  moje ostatnio znowu wyszło nad horyzont.

Dawno nie czułam się tak szczęśliwa. Taka wolna. Pełna swobody i chęci działania. 

A czasami do szczęścia wystarczy tak niewiele.


Choć, przyznać trzeba, ten miniony 2016 rok to było naprawdę jedno wielkie pasmo nieszczęść i zwyczajnego pecha, to były też sprawy, na którę mogliśmy mieć wpływ, ale jakoś tego nie ruszaliśmy. Bo nie pomyśleliśmy, bo nie widzieliśmy rozwiązań, bo się nie chciało. Powodów znalazłoby się więcej niż wszołów na kocie Kaczyńskiego.

Tymczasem, wystarczyło jedno. Naprawdę. Jedna, jedyna rzecz, którą można odnieść do każdego aspektu naszego życia, aby je zmienić na lepsze. Pewnie zachodzicie w głowę: co to takiego? Co ona znowu wymyśliła? Przecież to niemożliwe, znaleźć jeden sposób na wszystkie rozterki!

A no, bo takiego nie ma - inaczej świat byłby idealny, a taki nigdy nie będzie. Można jednak sprawić, że przynajmniej sami z sobą, z własnym sumieniem, będziemy się czuli dobrze. 

A do tego wystarczy jedno. Wystarczy...trzymanie się własnych zasad. 
Serio. So easy.

Chcesz pracować w szkole - ok, zrób kurs pedagogiczny, szukaj, pytaj - a gdy już dostaniesz pracę, po prostu nie narzekaj, że rodzice tacy liberalni, a dzieci takie rozwydrzone.

Chcesz kompletnie zmienić znajomych? Droga wolna! Poznawaj innych ludzi - wychodź do klubu, poproś koleżankę, aby zabrała cię ze sobą na domówkę albo zarejestruj się na portalach społecznościowych. Tylko, kiedy już spalisz te wiekowe mosty, nie marudź, że ci starsi kumple chyba jednak byli fajniejsi. 

Nudzi ci się w mieście, w którym żyjesz i wiesz, że w sumie mógłbyś to zmienić, ale zwyczajnie ci się nie chce? No to masz dwa wyjścia: dalej siedzieć i narzekać jaka to zapchaj dziura, albo ruszyć tyłek i wyjechać tam, gdzie woła serce lub pieniądz. Tylko nie płacz później, że na co ci to było, że trzeba było zostać na garnuszku u mamusi. To była Twoja decyzja. Choć ją chyba najprościej można by było doprowadzić ponownie do punktu wyjścia.

O co mi chodzi? A no o to, że tak naprawdę każdego dnia podejmujemy jakieś decyzje, które mają mniejszy lub większy wpływ na nasze życie. A podejmujemy je, bazując na własnych priorytetach. Owe, oczywiście, można zmienić. Czasami nawet warto pewne sprawy przewartościować, choćby dla własnego dobra. Ale warto też być konsekwentnym. Nie chodzić na skróty.
Jeżeli w coś wchodzić, to już na poważnie i z kopa. A przede wszystkim - nie jęczeć, że mamy B, skoro świadomie zrezygnowaliśmy z A. Brać pod uwagę plusy i minusy każdego działania. 





I zwyczajnie liczyć się z wszelkimi konsekwencjami swoich poczynań. 
A, już tak z milszych rzeczy - warto również robić sobie małe przyjemności. Jakieś ponad pół roku temu zauważyłam, jak bardzo tęskniłam za czytaniem książek i jak wiele dają mi one radości i odprężenia. Jak fajnie jest pójść na basen albo długi spacer. Jak to dobrze posprzątać sobie w domu i udekorować go w taki sposób, aby się w nim czuć jak najlepiej.

Zarówno duże zmiany jak i małe, codzienne drobnostki wpływają na nasz nastrój. Dobrze jest tak zebrać się nareszcie do kupy i zacząć pielęgnować to szczęście, które czujemy w sobie, kiedy nareszcie zaczyna ono w nas rozkwitać.


---
korolowa