Polub mnie na FB :)

wtorek, 2 marca 2021

O pasji do nauczania i wielkich zmianach na lepsze - wywiad z Katarzyną Dammicco

Dzień dobry kochani!

Moim dzisiejszym gościem będzie Katarzyna Dammicco - nauczycielka z własną działalnością. Kasia, choć jest Polką, na co dzień mieszka we Włoszech - i właśnie o motywach jej przeprowadzki, a także decyzji o wprowadzeniu poważnych zmian na swej drodze zawodowej, będzie nasza dzisiejsza rozmowa.

Zdj. Mariusz Przygoda
zdj. Mariusz Przygoda

Witaj, Kasiu. Czy mogłabyś się nam szerzej przedstawić – kim jesteś, czym się zajmujesz?

„Kim jesteś” to pytanie z gatunku filozoficznych 😉 Wyjaśnię więc, czym się zajmuję. Obecnie pracuję tylko online i prowadzę zajęcia (lekcje, korepetycje) oraz kurs maturalny. Sprawdzam także rozprawki, robię korekty (prac naukowych, e-booków itp.). Mam też swój sklep internetowy, w którym sprzedaję e-booki póki co głównie dla uczniów szkół średnich i maturzystów.

Skąd takie zamiłowanie do języka polskiego? Czy zawsze było ono częścią Twoich zainteresowań, czy może ujawniło się nieco później? I czy praca związana z nauczaniem zawsze była Twoim marzeniem? Jeśli nie - zdradzisz, jakie miałaś wcześniej plany?


Wydaje mi się, że wszyscy rodzimy się z jakimś zacięciem, talentem, predyspozycją – myślę, że we mnie czai się polonistka właśnie 😊 Słowa jakoś zawsze były blisko mnie, rodzinna legenda głosi, że zaczęłam wypowiadać pierwsze wyrazy około 9 miesiąca życia. W piątej klasie podstawówki zostałam wyróżniona w ogólnopolskim konkursie na opowiadanie i jakoś to później poszło 😉 Zawsze dużo czytałam i miałam tzw. lekkie pióro. 

O nauczaniu na poważnie zaczęłam myśleć w liceum, gdy okazało się, że tłumaczę materiał kolegom z klasy lepiej niż nauczyciel (była to akurat chemia 😉). Poza tym od zawsze chciałam zmieniać świat na lepsze – nie ma lepszego do tego zawodu niż nauczyciel właśnie. 


Co pchnęło Cię do wyprowadzki z Polski? Czy był to impuls? I dlaczego akurat Włochy - czy miałaś wcześniej styczność z językiem włoskim?


Mam o tym zapisane InstaStory na swoim profilu (pod nazwą Arrivederci Polonia): https://www.instagram.com/trudny_jezyk_polski/?hl=en, ale w skrócie mogę powiedzieć, że decyzja była podyktowana tym, kto obecnie sprawuje rządy w Polsce. Nijak nie mogę się zgodzić na to, co robi PiS…

A Włochy dlatego, że łatwiej za granicą żyć jako obywatel danego kraju niż cudzoziemiec – mój mąż jest Włochem, więc nie wyjechaliśmy do obcego kraju, tylko do jednego z naszych domów (drugim jest Polska – wierzę, że kiedyś jeszcze wrócę tutaj, nawet jeśli nie na stałe, to choć na kilka miesięcy).

Po włosku mówię całkiem dobrze, choć nie jest to poziom C2 😉 


Jak to się stało, że zrezygnowałaś z pracy na etacie? I jak wspominasz początki własnej działalności? Z czym się liczyłaś, a co okazało się najbardziej zaskakujące?

O tym też mam przypięte InstaStories na Instagramie (pod nazwą Zmiana), choć opowiadam tam jedynie o aspekcie finansowym, a nie był on jedynym powodem mojego odejścia ze szkoły. Wiele spraw mnie uwierało w państwowym liceum, obok niskiego wynagrodzenia były to m.in.: brak możliwości realnego awansu, biurokracja, brak wspólnej wizji szkoły i edukacji pomiędzy mną a dyrekcją itp.

Najbardziej zaskakujące chyba okazało się to, że chętnych na moje zajęcia jest więcej niż liczba godzin w tygodniu 😉 Nie spodziewałam się, że tak dużo osób mi zaufa. Oczywiście bardzo się z tego cieszę.

zdj. archiwum prywatne

Co Cię na co dzień inspiruje? Skąd czerpiesz pomysły na zajęcia i kursy oraz czym wyróżniają się one od innych dostępnych na rynku?


Inspiruje mnie wszystko 😉 Od literatury klasycznej, przez teksty disco polo, reklamy, aktualne wydarzenia prasowe do wypowiedzi na Instagramie jakiegoś celebryty. Nauka przedmiotu o nazwie „język polski” to tak naprawdę nauka o świecie, to dawanie narzędzi do zrozumienia tekstów nas otaczających, jeśli coś nie istnieje w języku, to nie istnieje w ogóle.

Czym moja oferta się wyróżnia? Trudno mi powiedzieć, bo nie śledzę innych ofert, ale mogę zaprosić do poczytania opinii o mnie, które zostały wystawione przez moich uczniów i klientów: https://trudnyjezykpolski.pl/portfolio/ 


Czy trudno jest Ci rozgraniczyć pracę od życia prywatnego? Potrafisz znaleźć czas na przyjemności? Jak ważny jest dla Ciebie czas dla samej siebie?

Zależy, o co pytasz. Czy chodzi o Facebook i Instagram i o dzielenie się prywatnością? Jeśli tak, to umiem znaleźć złoty środek – pokazuję tyle, ile jest dla mnie akceptowalne. Jeśli natomiast pytasz o ilość zajęć i balans pomiędzy poświęcaniem czasu sobie, rodzinie a pracy – to bardzo się staram nie pracować za dużo, choć nie jest to łatwe. Obecnie znajduję się w zupełnie nowej sytuacji życiowej – mam miesięcznego synka i próbuję odnaleźć nową równowagę 😊

zdj. archiwum prywatne

Czy pandemia wpłynęła na Twoją działalność w jakikolwiek sposób?

Powiedziałabym, że pandemia stworzyła moją działalność. Od kwietnia przeszliśmy na nauczanie online w szkole, w której wówczas pracowałam, a we wrześniu założyłam swoją firmę, bo okazało się, że nauczanie zdalne wychodzi mi całkiem nieźle.


Co robisz, aby nie zwariować w obecnej rzeczywistości, pełnej nakazów i restrykcji?

Bardzo bym skłamała, mówiąc, że ograniczenia wpłynęły na mnie znacząco. Mam pracę – a wielu ludzi straciło środki do życia. Mogę pracować z domu i być przy moim dziecku prawie cały czas. Mieszkam w pięknym miejscu i kiedy tylko mam ochotę mogę pójść na plażę, na której nie ma nikogo. Poza tym opieka medyczna na Sycylii jest na dużo wyższym poziomie niż w Polsce – czuję się bezpiecznie. Największą niedogodnością dla mnie jest brak kontaktu na żywo z rodziną i bliskimi – ale liczę, że niedługo sytuacja się polepszy.

Na co dzień nie mam za bardzo jednak czasu myśleć o tym, czy restrykcje mi przeszkadzają pomiędzy karmieniem synka, korektą prac, zajęciami online, obowiązkami domowymi, i oczywiście wyjściami na plażę 😉

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę i życzę powodzenia w dalszej pracy oraz w utrzymaniu życiowego balansu.


Instagram Kasi: @trudny_jezyk_polski


---
korolowa



sobota, 27 lutego 2021

"Król potworów" Marcina Libera - czyli o potworach współczesności.

Apokalipsa na wesoło? Czemu by nie! Aczkolwiek, czy ostatnie przedstawienie w reżyserii Marcina Libera na pewno można uznać za komedię?

"Król potworów", bo nim właśnie mowa, to sztuka pełna kontrastów i emocjonalnych uniesień.

Poszukająca sprawcy wszelkich krzywd, próbująca sama wymierzyć sprawiedliwość (pytanie, czy zawsze w słuszny sposób?), idealnie wpasowuje się w nasze tu i teraz - teraźniejszość podszytą lękiem i niepewnością.

Fot: Król potworów - Teatr Współczesny w Szczecinie (wspolczesny.szczecin.pl)

Akcja spektaklu rozpoczyna się podczas bankietu w późnych latach 60-tych, na którym spotykają się różne osobistości. Znajdziemy tutaj m.in. męża-chama i podporządkowaną mu kobietę, a także spełnionego reżysera, któremu próbuje podlizać się filmowy krytyk, powtarzając wciąż te same, utarte frazesy. Nic nie jest tutaj ani sielankowe, ani przerysowane, jedynie przebieg zdarzeń zwiastuje raczej marny koniec przyjęcia.

Drugi akt natomiast przenosi nas do roku 2050. W tej nieodległej przyszłości, odnajdujemy Polskę przegraną - po wojnie ze Stanami Zjednoczonymi - i  - przez potężne zmiany klimatyczne - dziką i niepoukładaną.  I właśnie w takiej Polsce, po raz pierwszy od zakończenia wojny, grupka myśliwych wybiera się na polowanie. W lesie kryje się jednak coś dziwnego...

Co czai się w lesie? Kto lub co okaże się tytułowym królem potworów? I czy patriarchalny porządek świata zostanie nagle odwrócony?

Spektakl ów to nie tylko komedia w klimacie science fiction. Rzekłabym nawet, iż - choć talentu komediowego aktorom odmówić nie mogę - humor, który się w nim pojawia, jest przytłoczony narastającym lękiem. W jaką stronę zmierza ten kraj?  Co (i kto) w nim zostanie za kilkadziesiąt lat?

Co okaże się naszym największym potworem?  

W  tym niemal trzygodzinnym przedstawieniu poruszanych jest wiele wątków i tematów - sztuka traktuje bowiem i o zmianach w środowisku, i o rządzeniu, patriarchacie, wierze jak i wielu innych kwestiach.

Jej największą wartością jest, imho, jej przekaz ogólny - którym wierzę, iż miał być sygnał do refleksji nad sobą. Wszak wszelkie konflikty i zmiany klimatyczne, zaczynają się od jednej osoby - "ja". 

I to dopiero "ja" w liczbie mnogiej spowoduje, że ten kraj będzie szedł w lepszym kierunku. Tylko musimy zacząć chcieć. I mądrymi decyzjami, wspólnie poprawić ten obecnie popieprzony, wywrócony do góry nogami, porządek.

Fot. Król potworów - Teatr Współczesny w Szczecinie (wspolczesny.szczecin.pl)

"Król Potworów" zmusza do zastanowienia się przede wszystkim nad naszymi czynami. Decyzyjność ma tutaj moc niemal magiczną - bohaterowie muszą bowiem liczyć się z tym, iż za każdy swój ruch będą nieustannie ponosić mniejsze lub większe konsekwencje. To piętno widać w każdym działaniu  - nawet w uciekającym sprzed nosa polujących nań myśliwych, dziennikarzu. 

Zbyt pochopne decyzje również zostają ukarane, o czym nieustannie przekonuje się premier (notabene, świetna rola Macieja Litkowskiego). Jego lekceważący stosunek do kobiet (zwłaszcza tej mu podlegającej) zostaje pomięty i wyrzucony na śmietnik przez amerykańską,  niezwykle seksowną, panią ambasador (Maria Dąbrowska), która ostatecznie staje się ambasadorem nie tylko swojego kraju.

Choć "Król Potworów" to nie tylko aluzja do potworności, w której żyje i do której dalej zmierza Polska, to głównie tak właśnie wypadałoby ową sztukę traktować. Być może trochę z uśmiechem i dystansem- ażeby całkiem nie zwariować - jednak również z refleksją i powagą, odnajdując w niemal każdym momencie spektaklu metafory i odniesienia do cieni współczesności.

Sama konwencja przedstawienia jest niezwykle interesująca - na samym początku pojawia się ekran, na którym widzimy sytuacją dokładnie analogiczną do tej dziejącej się na scenie (czyli bankiet). Dodatkowo kombinacja komedii z science fiction to imho połączenie całkiem udane -  dzięki temu nie czuć tam krzty nadmiernego patosu, zaś niemal większość scen owiana jest parodią graniczącą z groteską.

Humorystycznego akcentu nie udałoby się zapewne osiągnąć bez fantastycznej gry aktorskiej. W tym miejscu, naprawdę, bez cienia przesady, należą się ukłony wszystkim aktorom  - sprawili, że sztukę oglądało się, w nawet nieco przydługich scenach, z niemałą przyjemnością.

Z chęcią jeszcze raz wybrałabym się na ten spektakl, aby przeanalizować go jeszcze dogłębniej i przyjrzeć się z bliska potworowi, który - być może w niedalekiej przyszłości, a może właśnie już teraz, gdzieś - i nie w głębi lasu, lecz niebezpiecznie blisko - wyczekuje każdego naszego błędu, braku rozsądku, czy zaniechania.


---

korolowa (Karolina Kułakowska)

środa, 13 stycznia 2021

Mimo wszystko.

Łapała je, jeden po drugim, stojąc na środku chodnika. Łapczywie, ciesząc się przy tym jak dziecko, które właśnie otrzymało długo wyczekiwaną zabawkę. Opadały na jej ramiona, policzki, kurtkę. Wpadały do jej spokojnych, zwróconych w nieboskłon, szaro-błękitnych oczu. Otwierała ku nim ręce, próbując jak najdłużej zatrzymać przy sobie ten mleczny puch. Zamiast wysuszonych, wyczekujących słońca, gołych gałęzi i szarych chodników, wszędzie rozpościerała się nieskażona niczym biel. Gubiąc się w ich wspólnym tańcu-połamańcu, zamknęła oczy, wsłuchując się w osiedlowy szum.
 

Docierały do niej pospieszne kroki - być może ktoś właśnie wracał z pracy. Słyszała tupot małych stópek i skrzypienie pod naciskiem ciężkich, męskich butów. Dwaj rośli nastolatkowie próbowali swoich sił w śnieżnej bitwie. Dziecko, stojące obok zmarzniętej już nieco kobiety, zjeżdżało na sankach ze znajdującego się nieopodal pagórka. Przy końcu jednak sanki wraz z chłopcem przewrócił tarzający się w śniegu labrador. Mały nie płakał jednak, wręcz przeciwnie - salwom śmiechu nie było niemal końca. Tylko mama zaczęła krzyczeć, że czas już do domu - po minie chłopca widać było, że miał inne zdanie. "Pewnie chces wracać tylko dlatego, bo nie wziełaś capki i rękawicek!" - odezwał się z wyrzutem kilkulatek. Mama okazała się jednak nieczuła na jego rzewną rozpacz i zdecydowanym gestem przyciągnęła go do siebie, krocząc, najprawdopodobniej, właśnie ku ciepłemu domowi. 


Dalej wdychała rześkie, mroźne powietrze i napawała się tą chwilą dość długo. Nie widziała już nagich krzewów. Nie słyszała docierających zewsząd słów. Obserwowała i chłonęła to, co było jej krajobrazem. A widok zmieniał się niczym w kalejdoskopie. Był taki czysty i spokojny. Dawał poczucie normalności. Jakby nagle miały powrócić prawdziwe zimy i lata. Jakby ta biel miała być symbolem zmian. Czymś nowym. A może znowu koło się zatoczy? Może będzie tak, jak za czasów jej dzieciństwa?  
Czekała na to. Na tę zapowiedź. Na ten biały puch, który miał dawać nadzieję. 

Dobro jeszcze wróci. Normalność jeszcze wróci. I jutro też będzie pięknie. 
Znowu. 
I mimo wszystko.

---
korolowa

piątek, 18 grudnia 2020

Gwiazd(k)a.

Nie będę pisać o tym, że nadchodzące święta będą inne niż wszystkie, bo z tego już każdy z nas doskonale zdaje sobie sprawę. Chciałabym za to skupić się na tym, co każdemu może wydawać się z pozoru banalne. Bo przecież wiadomo, że samemu można stworzyć atmosferę, bla bla bla. Ale - powiesz mi - teraz wszakże nie czas na magię świąt. Że ludzie wokół leżą w szpitalach. I nie można odwiedzić babci z dziadkiem. Znajomi chorują, rodzice boją się wyjść po pieczywo. W Sylwestra o 19 powita nas godzina policyjna, a przez okres planowanych ferii wszystko będzie pozamykane i nie będzie mozna nawet, choć przez chwilę, wyrwać się ze swoich czterech ścian. Że wszystko tak właściwie jest do kitu. Wiem. Ja to wszystko wiem. To nie był dla nas łatwy rok. I nie będę się tu nawet wysilać na brednie typu "sam możesz stworzyć klimat, połączyć się przez Skype z babcią", i tak dalej. To nie byłoby na miejscu. I absolutnie nie zastąpi tej normalności. I wiecie, mimo że jestem w wyjątkowo dobrej sytuacji, to naprawdę jest mi przykro. Chciałabym więc dla Was, choć minimalnie, stworzyć namiastkę ...no, świątecznej atmosfery, to może za dużo powiedziane. Chciałabym dla każdego namiastki ciepła. Normalności. Zdrowia. Dużo zdrowia. I - przede wszystkim - spokoju.
Tak samo jak Ty, każdy z nas ma swoją historię. Jeśli więc czujesz się dziś zagubiony, spójrz nocą w gwiazdy. Historii ludzkich jest niezliczenie wiele. Niczym gwiazd. Pomyśl, że jedna z nich jest Twoja. Wypowiedz po cichu swoje życzenie. Spójrz jeszcze raz. Przyjrzyj się uważnie. Następnie uściśnij mocno będącą blisko Ciebie istotę. Spójrz na zdjęcie osoby, które trzymasz w portfelu. Albo zamknij oczy i pomyśl o kimś wyjątkowym, z kim będziesz mógł się niedługo zobaczyć. W tle wciąż świeci ona. Dla nas wszystkich - jedna z wielu. Dla Ciebie - jedyna.
Jeśli chcesz, opowiedz mi o niej. Wysłucham, jeśli zechcesz zdradzić mi jej historię. To moja namiastka normalności. Choć tyle mogę dla Ciebie zrobić. A jeśli potrzebujesz pomocy, nie wahaj się prosić. Być może uda się coś zdziałać. Bo przecież wspólnie można wiele. Wystarczy tylko wyciągnąć rękę. Pomóc. Przytulić. Chcieć. Być, dla drugiego - wbrew złu wszelkiemu - po prostu człowiekiem.

niedziela, 25 października 2020

Krzycz.

Spokój  - tego nam ostatnio brakuje.
Spokoju i zdrowego rozsądku.
I choć bardzo chcemy zaufać faktom i uczuciom jednocześnie, błądzimy i szukamy prawdy, tak trochę po omacku.
Jak zatem odnieść się do ostatnich informacji?
I gdzie znaleźć złoty środek?


_________________________

Emilia to pięćdziesięciosiedmioletnia nauczycielka fizyki.Od kilku lat zmaga się z cukrzycą, dodatkowo od dziecka cierpi na astmę. Choć nie ma końskiego zdrowia, do tej pory na nic nie narzekała.
Miała rodzinę i pasję, która była jednocześnie jej profesją. Mimo niskiej pensji, była szczęśliwa.

I nagle wchodzi on, cały na czarno. Dumnie, bo w koronie, paraduje pomiędzy nauczycielami, uczniami i odbierającymi ich ze szkoły rodzicami. Na dłoniach, w powietrzu, klamce od toalety. 
Cholera wie, gdzie jest. A może być wszędzie.

Córka zaczyna poważnie martwić się o Emilię. Załatwia jej tygodniowe L4. Dni jednak szybko mijają.
Emilia musi przyzwyczaić się do przerw w maseczkach. Dusi się. Nie może złapać tchu. Jest trudno, czuje się źle, coraz gorzej. Jednak wie, że musi to robić. Dla dobra sprawy. Ich wszystkich.
Póki znów nie przejdą na nauczanie zdalne. Albo chociaż hybrydowe, czego sobie w duchu życzy.
______________________

Przysiadła przy rozpalonym kocyku, obgryzając paznokcie. Była samotną rozwódką z dwoma synami i z marnie płatną płacą  - dorabiała czasem u koleżanki, pomagając jej w kwiaciarni, a czasem na targu. Robiła wszystko, co mogła, biorąc pod uwagę jej kwalifikacje i doświadczenie, aby utrzymać całą rodzinę. Nierzadko jednak zdarzyło jej się opuścić bezradnie ręce, czując nasilającą się bezsilność. 
Jak dobrze, że Konrad miał czternaście lat i mógł zostawać już sam w domu, opiekując się Rafałkiem. Nawet nie wyobrażała sobie powrotu do wydarzeń z marca. W poniedziałki punkt szósta wychodziła do pracy. O dziewiątej natomiast Rafałek zaczynał swoje lekcje. O dwunastej miał koniec, ale w międzyczasie Konrad o dziewiątej trzydzieści miał polski, a o jedenastej biologię. 
Gdyby nie matka-nauczycielka, nie wie, jakby dała radę. Babcia przychodziła do nich wtedy niemal codziennie, brała swojego laptopa i Rafałka obok, tuż przy jej kolanach. On siedział przy niej i z jej telefonu słuchał swojej pani, a ona prowadziła przy nim lekcje fizyki. W międzyczasie na kuchence hulał nastawiony przez babcię  wcześnie rano rosół.

Mamo - pomyślała Karina, zatapiając mokrą twarz w swoich dłoniach -  co ja bym zrobiła, gdyby Ciebie zabrakło?

______________________

Elwira chciała dziś podzielić się z mężem radosną nowiną.
W końcu, po kilku latach starań, nareszcie im się udało. Miała już trzydzieści siedem lat - najwyższy czas, aby w końcu wydać na świat owoc ich miłości.
Gdy jednak usłyszała ostatnie newsy, jej radość przesłonił strach. Choć od razu pokochała to, co powoli rozwijało się pod jej serduszkiem, nie była pewna jak to się skończy. A co jeśli mały urodzi się martwy? Albo jeśli - o ile w ogóle przeżyje - nie będzie w stanie sam funkcjonować? Mimo przepełniającej ją początkowo miłości, strach zaszklił się w jej szarobłękitnych oczach. 
Strach i wszechogarniająca ją rozpacz.
Tyle lat starań.
Tyle testów, witamin, godzin na siłowni i książek edukacyjnych - po to, aby w końcu dowiedzieć się, że gdyby jednak coś poszło nie tak - ona nie ma już wyboru.

Nie, nie zgodzi się na to.
Nie powie nic mężowi.

Specjalnie spada ze schodów, aby wywołać poronienie. Nie udaje jej się.

Jest załamana. Jej głowę przepełnia chaos. Nie wie. Nic już nie wie.

Mąż, dowiedziawszy się o wszystkim, próbuje z nią rozmawiać. Ale ona już nie słucha.
Zamyka się. Nie potrzebuje zbędnego monologu.

Mąż zapisuje ją do psychologa.
Zamiast tego, wolałaby odrobiny zrozumienia. Wspólnego milczenia, Dawnego ciepła.

Pomiędzy nimi już nigdy nie będzie tak samo.



______________________

Julka miała szesnaście lat i bobasa w brzuchu. Dwa miesiące temu została napadnięta i  brutalnie zgwałcona. Wychowywała się w patologicznej rodzinie, gdzie alkohol lał się strumieniami. Ponadto jej ciotka od strony matki i młodszy brat mieli dodatkowy dwudziesty pierwszy chromosom. Istniało więc  ogromne prawdopodobieństwo, że i jej dziecko będzie w pewien sposób skrzywdzone przez los...

Wiedziała, że nie może liczyć na nikogo poza sobą. Próbowała poukładać sobie życie, ale nie wiedziała jak. Zalewał ją smutek i gniew.
Nie tak wyobrażała sobie swoje życie.
Chciała najpierw skończyć szkołę. Być kimś. Później poznać kogoś wartościowego. Wynieść się z tej meliny. Założyć własną, małą, ale szczęśliwą rodzinę.

Teraz jednak nie miała szansy na nic. 
Zabrano jej wszystko: wybór, młodość i - prawdopodobnie - szansę na lepszy byt.

______________________

Życie to ponoć pudełko czekoladek. Do tej pory wydawało nam się, że zawsze istnieje jakiś wybór. Tymczasem, obecny rok okazał się jednym wielkim psikusem. Bez cukierka.

Niełatwo jest zachować równowagę - żyć i uważać jednocześnie.
Życie nie powinno się wiązać głównie z ograniczeniami wolności i swobody.
Nie powinno, jednak okazało się, że aby żyć spokojnie trzeba być dużo bardziej ostrożnym.
Pamiętać, że jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za siebie, ale i za innych.
Jesteśmy obecnie jednym wielkim łańcuchem, który można pociągnąć w jedną lub drugą stronę.

Stoimy więc nadzy, pozbawieni możliwości jakichkolwiek wyborów.
Jednocześnie naiwnie wierzymy, że to się w końcu zmieni.

Jednak bez naszego jawnego przeciwstawienia się nic się nie stanie.

Gdzie więc można - krzyknijmy.
Gdzie echo nie wraca - odpowiedzmy pokorną ciszą.

---
korolowa

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Gdańsk - miasto kontrastów

Gdyby ktoś mnie zapytał o moje ulubione polskie miasto, z całą pewnością i bez zająknięcia stwierdziłabym, że jest to Gdańsk. To miasto pełne wdzięku: otulone rzekami i delikatną, morską bryzą. Miasto pełne wspaniałej, gotyckiej oraz renesansowej architektury. Niekończących się, przechodzących jedna w drugą, uliczek. Ballad granych przez stojących pod kamienicami grajków i obserwującego radosny gwar jarmarku koła widokowego na Ołowiance. 


Poza beztroską, letnią odsłoną, w Gdańsku znajduje się wiele ważnych i interesujących obiektów kulturalno-historycznych: Westerplatte, Europejskie Centrum Solidarności, Muzeum II Wojny Światowej czy też Gdański Teatr Szekspirowski (jedyny taki na świecie z otwieranym dachem!). Te trzy pierwsze przypominają o przeszłości: wojnie, cierpieniu, męstwie i patriotyzmie. O latach walk o wyzwolenie, spokój i wolność. Walk i demonstracji, w których krew oddało setki tysięcy ludzi.

A wszystko po to, aby w końcu nam się lepiej żyło...




Wróćmy jednak do tej przyjemniejszej odsłony Gdańska.

Gdy rok temu zwiedzałam to miasto w okresie zimowym, przypadkiem natknęłam się na niesamowicie klimatyczną kawiarnię. "W Starym Kadrze' znajduje się na ul. Lawendowej 2/3. To magiczne miejsce oferuje jednak nie tylko niezłej jakości ciasta i rozgrzewające herbaty. Dwa razy dziennie, w oddzielnej salce, emitowane są tam filmy: od Casablanci Curtiza po współczesne, najnowsze produkcje. Warto tam pójść, aby z kubkiem gorącego napoju zasiąść wygodnie przed niewielkim ekranem i rozkoszować kameralną atmosferą tej filmowej kawiarenki.



W tym roku moje ukochane miasto odwiedziłam latem. Zmęczeni i głodni po całym dniu zwiedzania i nieintencjonalnego łapania słońca, szukaliśmy miejsc, w których można byłoby smacznie zjeść, łapiąc jednocześnie chwilę oddechu. Oczywiście wieczorem udaliśmy się do mojego ukochanego "kadru", jednak tam nie podają takiego typowego obiadowego jedzenia, toteż postanowiliśmy przejrzeć ranking najbardziej polecanych restauracji. I tak oto powstała nasza topowa trójka miejsc w samym sercu Gdańska, do których warto zawitać, gdy jesteśmy spragnieni naprawdę dobrego jedzenia. 
Jakie trzy restauracje znalazły się zatem w naszej czołówce?

3. Billy's American Restaurant - Targ Sienny 7

Jeżeli chcecie zjeść naprawdę dobrego burgera - idźcie do Billi'ego! Znajdziecie tam pyszne amerykańskie jedzenie. W menu znajdują się m. in pancakesy, omlety, burgery, steki, żeberka i wiele innych. Można tam wpaść zarówno na śniadanie jak i porę obiadową. Sama mogę z całkowitą odpowiedzialnością polecić Jack Burger'a. Niebo w gębie!


2. Whisky in the Jar - Chmielna

Gdy pierwszego dnia przyjechaliśmy do Gdańska, lało jak z cebra. Przemoknięci i zziębnięci, mieliśmy ochotę zjeść coś gorącego. Czytając wcześniej o tym miejscu, tak bardzo się na nie nakręciliśmy, że nie zraziła nas nawet czekająca przed nami na wolne miejsca kolejka do restauracji (!). Gdy jednak udało nam się już zająć miejsca, szybko zamówiliśmy jedyną podawaną tam zupę pomidorową... i oniemieliśmy. Zupa miała być jedynie zwykłym starterem, a okazała się naszym odkryciem: była przepyszna, inna niż dotychczas, taka wyrazista, a do tego mocno sycąca.

Po zupie natomiast nadszedł czas na konkret: steki. 

I to był po prostu sztos.

Podany na gorącym kamieniu, soczysty, a jednocześnie konkretny kawał mięsa.

Dla mnie może trochę zbyt delikatnie doprawiony, jednak, muszę przyznać - wszystko zjedliśmy z ogromną przyjemnością. Zdecydowanie polecam! I nie zrażajcie się kolejkami - czekanie nie trwa długo. A wierzcie mi, że warto.

1. Mito Sushi - Szeroka 91

Szczerze mówiąc, myślałam, że nie zjemy już nic lepszego od tego, co zdobyło nasze podniebienia w Whiskey in The Jar.

Biorąc jednak pod uwagę zarówno wrażenia smakowe jak i stosunek jakości do ceny, liderem okazało się mocno rekomendowane Mito Sushi. Okazało się, że zachwyty nad tym miejscem nie były wyssane z palca.

To, co tam zjedliśmy, to był majstersztyk. Po prostu ob-łęd! Jeszcze delikatnie ciepły ryż i połączenie znanych, rybio-warzywnych zestawów ze słodkim mango i dżemem chilli zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Taką kompilację przełamanych słodyczą smaków można znaleźć chociażby w m.in. zamówionym przez nas zestawie Kawasaki. 

Pisząc te wszystkie pochlebstwa, myślę sobie, że mogłabym tu  również wspomnieć o miejscach, w których lepiej nie jadać... jednak teraz wolałabym skupić się już tylko na pozytywach.

Aromacie pysznych potraw.

Gwarze jarmarku.

Obnażającym serce Gdańska kole widokowym.

Na tej magii i poczuciu kameralności, które - o, ironio  - można odnaleźć na nawet najbardziej zatłoczonej Ołowiance. 

Jak?

Wystarczy kupić rogala bądź drożdżówkę. Usiąść wygodnie na jednym z leżaków.

Rozkoszować ciepłem słońca i bliskością wody. Obserwować łodzie płynące po Motławie.

Oddać się sielskiemu obrazowi. Chwili.

Wziąć głęboki oddech... i poczuć jak klimat tego miasta wypełni Twoje płuca i uszy, podniebienie i oczy, wreszcie - całą duszę.


---

korolowa


poniedziałek, 15 czerwca 2020

Uwierzyć.

Jej twarz wypełniły piegi i nieśmiały uśmiech.
I choć podskórnie czuje jak krew przepływa w jej żyłach sto razy szybciej niż zazwyczaj, a oczy nieumiejętnie skrywają targające nią, niespokojne emocje, to wie - doskonale wie - że nie ma ku temu obecnie żadnych powodów.

Raz na jakiś czas zdarza się jednak taka mała kropelka, powodująca u niej lawinę uciekających spod jej kontroli, niepohamowanych lęków.
Lęków przed tym, co jest. Co się obecnie układa, niczym cegiełka na budowie.
Tym, co będzie.
I co mogłoby być.


Spychologia natrętnych myśli nie jest jednak najlepszą metodą na przechodzenie życia.
Czasami lepiej wyrzucić coś od razu.
Przegadać. Przelać na papier. Nieważne, jak.
Byle szybko. Byle pomogło.

Bo potem dochodzi do zupełnie niepotrzebnego wybuchu.
Takiego właściwie nie wiadomo skąd.

Może jednak największym źródłem kulminacji wszystkiego był lęk.
Bo przecież, jak to w życiu, po każdym wzlocie MUSI nastąpić jakiś upadek.
Bo kiedy zaczyna cieszyć się z tego, co ma, nagle los odmienia swój kierunek, zabierając ją w zupełnie inną stronę.

A ona przecież chce tylko zacząć wierzyć... tak trochę bardziej niż mniej.
Że wszystko w końcu idzie w dobrą stronę.
Że życie znów nie pozmienia jej planów.
I słońce nie zgaśnie, gdy będzie już sięgać po nie ręką.

Że wreszcie będzie mogła bez obaw uwierzyć w swoje szczęście...
...ku któremu ostatnio konsekwentnie zmierza.

                                                    ---
                                              korolowa

poniedziałek, 11 maja 2020

Huśtawka.

Obecny świat nie jest dobrym miejscem dla takich wrażliwców jak ja. Każdą krytykę przyjmujemy sto razy mocniej. Każde negatywne słowo na nasz temat rozrywa nasze wnętrze na najmniejsze cząsteczki. Wtedy od razu spada nasza samoocena. Czujemy się gorsi. Niewystarczający. Nie spełniamy kryteriów przyjętych przez ludzi... zwłaszcza tych, którzy na co dzień się, tak naprawdę, zanadto nami nie przejmują.
Szukamy potwierdzenia naszej wartości u innych. Pozytywne słowa dodają nam skrzydeł, jednak za chwilę ktoś znów nam je podcina. 
Jesteśmy jak huśtawka, która pragnie aby w końcu ktoś ją zatrzymał. Ach, niechby i, nienaruszona, pozostała w jednym miejscu. Tam, gdzie wreszcie odczuje ład i równowagę.


Całe życie jesteśmy huśtawką. Taką pełną dziecięcego szczęścia, które wznosi ku górze. Bolesnych, powodujących upadek, chwil. Radosnych, acz nazbyt krótkich wyżyn dorosłości. Góra- dół, dół-góra. Póty nasz stelaż wytrzyma i nie przewróci w stronę bezkresnego piasku.

Póki jednak piach mnie jeszcze nie pochłonął, postanawiam żyć. Nie egzystować. ŻYĆ. 
Nareszcie. 
Patrzeć w lustro i mówić osobie z naprzeciwka jak bardzo ją lubię i cenię.
Szanować swój czas, energię i swoje zdanie.
Okazywać uczucia i głębsze myśli bez strachu przed tym, co się stanie.
I nie pozostawać w strefie marzeń, lecz ostatecznie przechodzić do ich realizacji.

                                                       

Ktoś mądry powiedział kiedyś, że aby móc być kochanym, trzeba najpierw pokochać siebie.
I miał rację.

Tak samo jest z wiarą w siebie. Można lubić samego siebie, ale jednocześnie mieć niskie poczucie własnej wartości. Nie wierzyć do końca w swoje możliwości.
I czasem wystarczy, że znajdzie się ktoś, kto spowoduje, że nagle zobaczysz siebie  w zupełnie innych barwach.
I wśród, jak Ci się wydawało, arcyciekawych osób, dostrzeżesz, że Ty również jesteś niesamowity. Jedyny w swoim rodzaju. Po prostu: wyjątkowy.

I nie trzeba wszakże zaraz być lekarzem, informatykiem czy profesorem. Mądry człowiek dostrzeże  piękno prawdziwej dobroci i wrażliwości choćby i w bezdomnym, odzianym w najgorsze szaty, żebraku.

Jeśli wiec ktoś pcha Twoją huśtawkę ku dołowi, być może warto kazać mu przestać stać blisko niej. W ostateczności - możesz też zamachnąć się mocno do tyłu. Chociaż to może boleć.
Ale wiesz, co jest w tym wszystkim najciekawsze?
Że tym razem to nie Ty będziesz tym najbardziej cierpiącym.


***
Obecny świat nie jest dobrym miejscem dla takich wrażliwców jak ja.
Nie, wróć.
Obecny świat przybiera różne barwy - co rusz wpadamy w jego kolejne odcienie.
Wpadając przy okazji na osoby, które poznajemy - pozostawajmy przy tych, które na to zasługują. Niech pchają nas ku górze, jak najwyżej.
Wznoszą naszą huśtawkę swoimi słowami i czynami.

Bo z nimi, mimo wszystko, jakoś tak łatwiej mierzyć się z tym, co jeszcze przed nami.

---
korolowa