Polub mnie na FB :)

sobota, 28 stycznia 2017

Dobra zmiana.

Pamiętam mój pierwszy dzień pracy w korpo.
Lało wtedy jak z cebra.

Tak, jakby pogoda płakała nad moim wyborem.

Tak samo było w dzień, kiedy opuszczałam mury szkoły. Za każdym razem modliłam się, aby tylko nie padało, ponieważ musiałam chodzić nieco piaszczystą drogą po wsi, a więc bez nadziei na jakikolwiek dojazd ze stacji do miejsca pracy.
Przez trzy miesiące beznadziejnego dojazdu i fantastycznej atmosfery (mimo wstawania o 4:50, byleby zdążyć na pociąg), deszcz złapał mnie tylko raz. W dzień pożegnania.

Wspomnienia z pracy w szkole publicznej mam naprawdę bardzo dobre, co nie oznacza, że jakoś mocno za tym tęsknię. To była akurat fajna, wiejska, maleńka szkoła, z klasami liczącymi niekiedy nawet po kilku uczniów. Taki klimat mi odpowiada. Dobrze się tam czułam.

I trochę na przekór sobie, rzuciłam to na rzecz czegoś zupełnie innego. Czegoś kompletnie do mnie nie pasującego.

Postanowiłam żyć według zasady Fake it till you make it. Myślałam: dasz radę, choć tak naprawdę od początku czułam, że to mi totalnie nie pasuje, że to nie to. Koniec końców, wyszło jak wyszło: nadszedł czas pożegnania z firmą.

Osiem miesięcy nie poszło jednak na marne. Zdobyłam wiele cennego  doświadczenia. Przyda mi się nie tylko w przyszłej pracy, ale i ogólnie, w życiu.

Nikt (może poza A.) nie wie, ilu nocy nie przespałam. Ile razy nie chciałam wstawać z łóżka. Iść do lekarza i prosić o L4, byleby nie iść do pracy. Tak, właśnie tak bardzo jej nie cierpiałam. A jednak wytrzymałam tam całe osiem miesięcy.

Wczoraj był ostatni dzień. Z jednej strony było trochę nostalgicznie - szkoda mi było zostawić osoby, z którymi tak długo przebywałam i które (przynajmniej większość z nich) autentycznie bardzo polubiłam. Które pomagały w momentach kryzysowych. Bo były takie normalne. Takie...ludzkie.

Z drugiej zaś strony czułam ogromną ulgę. Że to wszystko jest już za mną. Że będę mogła na spokojnie, bez stresu szukać czegoś nowego. Że otwiera się przede mną nowy rozdział. Rozdział, w który wejdę już bardziej odpowiedzialnie, z większą wagą na to, co mnie pasjonuje, w czym chciałabym się rozwijać, a przynajmniej - co nie działałoby na mnie destruktywnie.

Wczoraj zamknęłam zatem kolejne drzwi.

Wyszłam z budynku.
Otworzyłam szeroko oczy.

Przede mną rozpościerał się piękny widok:
błękitne, bezchmurne niebo.
I pełne, zwiastujące dobre zmiany, słońce.



---
korolowa


sobota, 24 grudnia 2016

Choinka.

Nie pachnie mi Bożonarodzeniowe drzewko.

Na biurku, w pokoju gościnnym stoi mała, sztuczna choinka. Pamięta jeszcze czasy, kiedy, jako mała dziewczynka, obwieszałam się tymi wszystkimi srebrnymi łańcuchami, udając, że jestem księżniczką. Właściwie, jest chyba nawet starsza ode mnie.

Przeżyła z nami wszystkie te lata, w każde święta rozkładaliśmy ja z tatą i wieszaliśmy na niej bombki, łańcuchy i inne cudeńka. Potem szykowaliśmy się do wyjazdu do rodzinnego miasta moich rodziców, gdzie spędzaliśmy całe święta w sporym gronie: babć, wujków, kuzynów; no i moich rodziców.

Od kilku lat nikt nie spędzał przy niej świąt. Rok temu, z racji dłuższego wyjazdu, nawet jej z A. nie rozkładaliśmy.



Pantha rei, powiadają, że życie płynie. Wierzcie mi lub nie - kilka lat temu, moje popłynęło niczym wodospad, obracając wszystko o niemal 180 stopni.

Ludzie (jak wszystkie żywe istoty zresztą) bowiem mają to do siebie, że kiedyś w końcu odchodzą - na zawsze, albo gdzieś daleko, gdzie trzeba dojechać, a nie zawsze jest to możliwe, a przynajmniej - nierzadko mocno utrudnione. Życie w biegu, ciągłe zmiany, choroby, odległość - wszystko to powoduje, że ludzie mają dla siebie coraz mniej takiego realnego czasu. Przez ten cały pośpiech, różne zmartwienia - których w tym roku mało nie było - w ogóle nie odczuwałam, że to grudzień, że już zaraz Boże Narodzenie; do tego  - jak ostatecznie zdecydowaliśmy z uwagi na zdrowie A. - i tak nigdzie nie wyjeżdżaliśmy na święta.

I choć zostaliśmy zaproszeni na Wigilię do mojej cioci, to i tak, aż do wczoraj, nie wczułam się w tę atmosferę świąt. Rodziców nie ma, śniegu nie ma, o zapachach, które normalnie towarzyszą przedświątecznej, kuchennej krzątaninie nie wspomnę - skąd więc wziąć radość płynącą z tych trzech świątecznych dni?

Czasami jednak wystarczy, że ktoś się do nas uśmiechnie. Że osoba, z którą zazwyczaj nie masz najlepszych relacji, zrobi dla Ciebie coś miłego. Że ktoś praktycznie nieznajomy, widząc, że się gdzieś spieszysz, zaproponuje Ci podwózkę (dzięki, Bartek!). A inna osoba, z którą jesteś jedynie na "cześć", po złożonych życzeniach, niespodziewanie wyściska Cię jak najlepszego przyjaciela.

W moim przypadku, to wszystko właśnie poskutkowało. Czasami wystarczy tak niewiele, aby zrobić...tak dużo. Wystarczy być. Uśmiechać się do ludzi. Wspierać się nawzajem.

Dlatego chciałabym ogromnie podziękować wszystkim moim najbliższym: rodzinie, znajomym, przyjaciołom. Gdyby nie Wy, nie stałabym, po tak słabym roku, z uśmiechem na twarzy.

A jednak - dzięki Wam, w Nowy Rok będę wkraczać z pewnością, że wszystko się w końcu ułoży tak, jak powinno. Że będzie już tylko lepiej. Radośniej. Spokojniej. I piękniej.


I tego nowego, lepszego wejścia w Nowy Rok, oraz spokojnych i zdrowych Świąt, Wam  wszystkim, kochani, życzę.


---
korolowa

niedziela, 18 grudnia 2016

Weichnachtsmarkt - spacer po świątecznym Berlinie.

Po naprawdę wyczerpującym tygodniu, to, na co  mam ochotę, to taki spokojny dzień spędzony raczej w domu: długi sen, wstawanie bez budzika, zapiekanki na śniadanie, ciepłe kapcie, małe porządki i przygotowywanie obiadu przy miłej dla ucha muzyce; zaś wieczorem -  winko.
No, jednym słowem, taki dzień bez ekscesów, na luzie i bez gonitwy, która towarzyszy mi na co dzień w pracy.

Dlatego sama się sobie zdziwiłam, kiedy wraz z A. i kumpelą postanowiliśmy poświęcić jeden z dwóch wolnych przed świętami dni i pojechać sobie na wycieczkę. No, bo, tak sobie pomyślałam, że nigdy nie byłam na żadnym z tych słynnych niemieckich jarmarków świątecznych, a że okazało się, iż koleżanka nigdy nie była w Berlinie - spontanicznie zdecydowaliśmy, że jedziemy. A co tam!

Dlatego też chciałabym pójść dziś z Wami na spacer. Chodźcie ze mną. Pokażę Wam, jak można się fajnie zrelaksować w stolicy Niemiec zimową porą. Pokażę Wam świąteczny Berlin.


Aby dojechać do Berlina, postanowiliśmy wybrać się najpierw samochodem do Szczecina. Stamtąd wzięliśmy już wcześniej opłaconego busa (kursuje  po kilka razy dziennie i w jedną stronę kosztuje 40zł, jednak z opcją powrotu + większą ilością osób, ceny biletu się zmniejszają). Tak, wiem, że istnieje też tańsza opcja z pociągami, ale wtedy też trzeba się przesiadać, nie na wszystkie pociągi obowiązuje ta fajna zniżka i tak dalej.

Poza tym, busy zatrzymują się przy samym Alexanderplatz  - ścisłym centrum Berlina, przy którym to jednocześnie odbywa się świąteczny jarmark.




Autentycznie, nie sposób nie zauważyć tych "świątecznych marketów" zaraz po wyjściu z pojazdu.

Liczba mnoga została tutaj użyta nieprzypadkowo, bowiem tak naprawdę cały ten Weihnechtsmarkt to po prostu skupisko takich jarmarków. Jak kończy się jeden, to zaraz zaczyna drugi, a kilka metrów dalej jest jeszcze trzeci. A najgorsze jest to, że są przepełnione różnymi pięknymi rzeczami. Tu słodycze, tam mydełka, kiełbasy, sery, wina,  kiełbasy, czapki, wina, kiełbasy, wina i ..eee...wina. Duuuużo wina. Mniam.


Można chodzić i chodzić, kosztować się różnymi przysmakami i przyglądać się pierdółkom, których tam nie brakowało; a gdy już zgłodniejecie zjeść kiełbasę w bułce, usiąść przy rozpalanym na zewnątrz ogniu i napić się grzanego wina, wódki, czekolady, czy czegokolwiek innego, co będzie akurat dostępne.



A gdy się już naprawdę ściemni, wszystko zaczyna wyglądać jeszcze piękniej. Wszelkie ozdoby zaczynają naraz błyszczeć, dają więcej światła, a tym samym - wytwarza się więcej energii, ciepła.
Tej atmosfery, która, jakby tak dodać do tego jeszcze choć trochę śniegu, byłaby iście bożonarodzeniowa.



I nawet ten tłum ludzi nie przeszkadza; nic bowiem nie potrafi zaćmić urok tego miejsca. Nawet ten cholerny brak śniegu. Nawet ta kiczowatość niektórych stoisk. Ani nawet to, że jest strasznie zimno, a my siedzimy na zewnątrz i jedyne, co nas rozgrzewa, to gorący alkohol, ognisko no i fakt, że jesteśmy razem.

I w tym miejscu, mój drogi Czytelniku, muszę Cię zostawić, bowiem ja już swój kubeczek z winem wypiłam, a mój bus już odjechał i zabrał mnie do domu... a teraz wraca i chce zabrać Cię na świąteczną wycieczkę.

Pojedziesz?


---
korolowa

niedziela, 27 listopada 2016

I don't belong here.

Czasami nie wierzę w to, co się dzieje.
W to, że The Voice'a wgrywa ktoś, kto obiektywnie, spośród całej czwórki, powinien być na ostatnim miejscu.
W to, że profesjonalizm, talent i wrażliwość pozostaje daleko w tyle. Że liczą się głównie znajomości. Popularność, kasa - to wyznaczniki dzisiejszych czasów. 

Dołuje mnie dziś, właściwie, wszystko. Nie będę pisać, co konkretnie. Wszystko jet bez sensu. Wszystko, co się tyczy życia. Mojego i ogólnie. Mam serdecznie dość wszystkiego. I wszystkich. I nie pomaga mi wcale kolejny kieliszek wina.

Na obecną chwilę, nie widzę dobrych rozwiązań moich rozterek. Są mniejsze i większe zła, ale żadne z rozwiązań nie jest tym tak faktycznie dobrym.




Po raz już nie wiem który puszczam sobie Coldplay. Uwielbiam wracać do ich starych kawałków. Kojarzą mi się strasznie z przełomem marca/kwietnia tego roku. Dobry to był czas. Bardzo miło go wspominam. Chętnie wróciłabym do uczenia w szkole. Gdybym tylko coś znalazła...

Albo do ciekawej pracy biurowej. Takiej kreatywnej. Tłumaczeniowej. Co z tego, że na co dzień rozmawiam po angielsku. To nie to samo. Ja muszę pisać. Bez tego, nie jestem sobą.
I tracę siebie.
Zatracam się w tym durnym, dziwnym, ogłupiałym, świecie XXI wieku.

A ja tak bardzo bym chciała przenieść się w  lata 50/60-te. Lata młodzieńcze moich dziadków, okres narodzin moich rodziców. Czasy hippisów, kwiatów, pięknych sukienek, odprężenia po wojnach, cudownej muzyki Beatles'ów i Armstronga. 

Chciałabym, aby - tak, jak wtedy - doceniano to, co jest naprawdę wartościowe. 
Chciałabym nie musieć udawać  - a jakże często jesteśmy do tego na co dzień zmuszani.
Chciałabym móc powiedzieć "nie", gdy myślę "nie".

A ja dalej zatracam, zatapiam się w tych durnych, niezrozumiałych czasach, do których czuję, że po prostu nie pasuję. 

I, właśnie dlatego, razem z Radiohead,śpiewam dziś na cały głos, that "I don't belong here..."

... chociaż to i tak niczego, absolutnie niczego, nie zmienia.


---
korolowa

poniedziałek, 14 listopada 2016

7 inspirujących pozycji, czyli jak umilić sobie wieczór

Obecna pogoda niekoniecznie sprzyja naszemu nastrojowi. Coraz szybciej robi się ciemno, dnie są coraz krótsze...Jak zatem umilić sobie te dni/weekendowe wieczory? Mam dla Was kilka blogowo - filmowo - książkowo - youtoube'owych propozycji, które pomagają mi przetrwać tę późno-jesienną porę w dość łagodny sposób, bowiem - albo uspokajają, albo dają mi porządnego kopa do działania. Ewentualnie zmuszają do małej refleksji :).

Ażeby zatem umilić sobie dzisiejszy wieczór, otwórz butelkę wina i obejrzyj...


1. RADZKA RADZI

Jeżeli interesujecie się nowinkami modowymi, historią mody oraz kosmetykami - to kanał dla Was!
Radzka, zwana na co dzień Magdaleną Kanoniak, pokazuje, co jest obecnie modne; prowadzi nas przez sylwetkowe podróże, ukazując zarówno zalety jak i niedoskonałości danej postury. W 2014 roku wydała książkę, którą z chęcią kupiłam nie tylko ze względu na całkiem dobrą treść, ale również ze względu na samą autorkę - jej energiczna osobowość i żywiołowość oraz profesjonalizm sprawią, że jak już raz tu wejdziecie - wsiąknięcie. Forever.




2. KAROLINA BASZAK

Poznałam ją z polecenia Radzkiej (czyli tej pani, o której pisałam powyżej).
Chyba najbliższa mi osoba pod względem...wszystkiego. Ubioru. Estetyki. Ciepła. Wrażliwości.
Kwintesencja wszelkiego piękna. Młoda kobieta o niesamowitym potencjale oraz przepięknym głosie i delikatności. Uwielbiam słuchać jej vlogów, utworów. Oglądać jej zapowiedzi do nowej kolekcji Aeterie, stworzonej przez niej marki ubrań w stylu vintage. I do tego pochodzi z moich okolic... Bardzo, bardzo polecam.





3. SZAFA SZTYWNIARY

Ryfka insipiruje mnie niemal na każdym kroku. Uwielbiam jej outfit'y, jej styl ubierania (choć i mi czasem wydaje się nieco zbyt babciowaty) oraz jej wyczucie estetyki, jeśli chodzi o meblowanie mieszkania. No i ta niesamowita umiejętność pisania. Tak bardzo wyczulona na jakiekolwiek błędy (to lubię!), Ta ironia, ten żart i te teksty Dzióbka (jej chłopaka) sprawiają, że ciągle do niej wracam, wracam i wracam, i tak to trwa, już od ponad trzech lat.




4. GLOBSTORY

Moje nowe odkrycie, również polecenia Radzkiej.
Niesamowicie odważna dziewczyna podróżuje i mieszka w różnych zakątkach globu po to, aby potem móc nam pokazać kawałek innego świata. Innego, nie znaczy gorszego. Obywateli czy miejsc nie wybiela, ale i nie oczernia. Stara się być obiektywna. Profesjonalna, a jednocześnie ciepła. I taka bliska, jak dziewczyna z sąsiedztwa. Iran, Grenlandia, Chiny i wiele innych czekają na to, abyś je odkrył. Razem z nią.





5. "CZARNA KSIĘGA"

Filmowa historia Żydówki, której ledwie udaje się uniknąć śmierci z ręki Niemców. A co się dzieje później? Sami zobaczcie. Piękna historia osadzona w latach 40-tych w Holandii, wspaniałą gra aktorska, fantastyczne stroje.




oraz przeczytaj:


6. "BEKSIŃSCY PORTRET PODWÓJNY" M. Grzebałkowskiej

Świetna książka o rodzinie, której już nie ma. Zdzisław, Tomasz i Zofia Beksińscy - domownicy, którzy starali się żyć normalnie, choć los nie usłał ich życia różami. Choroba Zofii oraz problemy mentalne syna ostatecznie doprowadzają do tragicznych zdarzeń, o których niektórzy z Was już pewnie wiedzą... niemniej, aby lepiej poznać tę rodzinę i cały kontekst ich historii - warto się z tą pozycją zapoznać.





7. "BEZCENNY" M. Białoszewski

Thriller, który niesamowicie trzyma w napięciu. Niech za zachętę posłuży Wam poniższy opis:
"W 1945. Niemcy przegrywają II wojnę światową. Generalny Gubernator Hans Frank ukrywa najcenniejsze łupy, a wraz z nimi bezcenny sekret, który po wojnie ma zapewnić mu nietykalność. Niestety skarb ginie bez śladu w tajemniczych okolicznościach..."







Do tego dorzuciłabym moją ulubioną playlistę złożoną z utworów Coldplay, Slash'a, Karoliny Baszak I Pearl Jam; wino i jakieś dobre jedzonko... i dobry nastrój już gotowy.



A Wy jakie macie sposoby na poprawę humoru? Może mielibyście coś interesującego do polecenia?

Wrzucajcie tutaj swoje propozycje, chętnie przeczytam, co Was inspiruje :)







---
korolowa




sobota, 5 listopada 2016

Jesień.

Generalnie, to nie lubię jesieni. Nie lubię tego zimna, którym otula nas pogoda w tę porę roku. Deszczu i kałuż, bo potem buty, skarpetki i w ogóle wszystko jest takie mokre. I wszędzie trzeba ze sobą nosić parasolkę. A jeśli, nie daj Boże, zapomnisz o zabraniu szalika - przeziębienie lub grypa murowane.

Lubię jednak patrzeć za okno, kiedy ten mokry deszcz obija się o parapet.
Gdy po domu roznosi się zapach ciasta czekoladowego, a na kuchence dogotowuje się cebulowa.
Gdy pomiędzy jednym a drugim obiadem, mogę bez pośpiechu (bo przecież, w taką pogodę, nigdzie mi się nie spieszy) porozmawiać na Skype z przyjaciółką, której już tak dawno nie widziałam. Rozmawiamy półtorej godziny, nie możemy się nagadać. Czas mija momentalnie. W międzyczasie popijam półsłodką, czerwoną Kadarkę, co mnie jeszcze bardziej relaksuje.




Za to właśnie kocham jesień.

Za to spowolnienie, w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Za te momenty nostalgii, chwilę na obserwację otoczenia. Wyciszenie.

Za cieplutkie swetry, które z chęcią noszę.

Za grzane wino, którego nigdy mi mało.

Weekendowe poranki i popołudnia z książkami.

Filmowe wieczory z ukochanym.

I za te telefoniczno-skype'owe chwile, gdy łączę się z moimi najbliższymi.
Gdy opowiadam tacie o tym, co dzisiaj upichciłam, a on wyposaża mnie w kolejny, ciekawy przepis.
Kiedy popijam kolejny łyk wina, myśląc o tym, co jeszcze powinnam dziś zrobić i jaki film będziemy oglądać z moim A. wieczorem.

I gdy patrzę za okno, gdzie tak chłodno, mokro i ponuro - zaś w środku, na przekór, ogarnia mnie niezmącone żadną zawieruchą,  uśmiechające się barwami jesieni, ciepło.






---
korolowa

niedziela, 16 października 2016

"Ostatnia Rodzina", czyli o początkach końca rodziny Beksińskich

Jeszcze w zeszłym tygodniu wspomniałam Wam tutaj o moim kinowym wyjściu na dwie polskie produkcje (kliknij tutaj, by przeczytać post o "Wołyniu").
Dziś będzie co nieco o moich odczuciach związanych z drugą z nich.

Z pewnością wielu, o ile nie większość z Was, słyszała o podkarpackim artyście, Zdzisławie Beksińskim. Jego dzieła od lat można podziwiać w sanockim muzeum. Przepełnione są zazwyczaj jakąś aurą tajemniczości, melancholii, a nawet, powiedziałabym, grozy. Pełne niepokoju obrazy zdawały się odzwierciedlać wewnętrzne rozterki artysty, których zazwyczaj nie odkrywał przed ludźmi w inny sposób, aniżeli przez swą twórczość właśnie. 

Zdzisław Beksiński
W filmie "Ostatnia rodzina" mieliśmy okazję zobaczyć Zdzisława Beksińskiego (w filmie: Andrzej Seweryn) również z nieco innej strony. Widzimy go jako głowę rodziny, jako ojca Tomasza Beksińskiego  - świetnego tłumacza, a przede wszystkim genialnego dziennikarza muzycznego. Niestety, z geniuszami bywa tak, że często nie radzą sobie w życiu, czując, że to, co się wokół nich dzieje, nie jest prawidłowe, dobre, moralne. I tak właśnie było w przypadku młodszego Beksińskiego. Dziennikarz, tak mocno jak muzyką, fascynował się również śmiercią. Swoją śmiercią. Jego nadwrażliwość i skłonności samobójcze na pewno niepokoiły jego rodziców, zwłaszcza matkę Zofię ( Aleksandra Konieczna). W filmie  przedstawiono ją jako ciepłą, wiecznie zamartwiającą się stanem syna, kobietę. Kobietę, która była prawdziwą głową rodziny. To ona nieustannie opiekowała się mężem i swoim jedynym dzieckiem. Ona płakała przez i za swego syna. Ojciec nigdy nie uronił łzy.  On po prostu był  - czasami przekorny, a nawet cyniczny - uwieczniając wszystko, co się dzieje wokół, swoją wypasioną jak na tamte czasy, kamerą. Bo on do wszystkiego podchodził z dystansem. Również do syna. Do uczuć. Nawet  - do śmierci.






Zdzisław Beksiński

 Jeśli natomiast chodzi o syna, to nie sposób odmówić Dawidowi Ogrodnikowi genialnej gry aktorskiej. Zarówno charakteryzacja jak i gestykulacja, jaką operował sprawiały, że miało się wręcz chęć krzyknąć: "O matko, Tomasz B. zmartwychwstał!" Pytanie tylko, czy portret ś.p. dziennikarza nie został tutaj nieco skrzywiony? Znalazłam bowiem wypowiedzi ludzi, którzy przeczytali książkę "Beksińscy. Portet Podwójny" Magdaleny Grzebałkowskiej i niemal wszyscy jak jeden mąż twierdzą,że produkcja reż. Matuszyńskiego stawia Tomasza B. w złym świetle . Że może Tomasz był neurotyczny i miał swoje problemy, ale że, podług wyżej wymienionej pozycji, na pewno nie był taki wybuchowy. Że, owszem, był specyficzny i interesował się dość ponurymi rzeczami, natomiast nie sposób mu było również odmówić ogromnego poczucia humoru. Że, wbrew temu, co pokazano w filmie, młody Beksiński miał garstkę przyjaciół, z którymi był bardzo związany i był naprawdę dobrą i zabawną, choć również i nieco zagubioną, młodą osobą.

Tomasz Beksiński


Czy tak naprawdę było, tego Wam nie powiem, ponieważ nie czytałam jeszcze nadmienionej książki.

I choć już ją, z ciekawości ,zamówiłam, nie powiem Wam tego nawet po jej przeczytaniu.

Bo żaden film, ani żadna książka, nigdy w stu procentach nie odda całej prawdy. Nigdy nie dowiemy się, czy może jednak ś.p. Zdzisław Beksiński nie zapłakał, choć raz, za swoim pierworodnym. Czy nie uśmiechnął do niego, nawet nieco z przekąsem, ale w taki ciepły, ojcowski sposób. Czy choć raz nie zostawił, wiecznie z sobą zabieranej, kamery, po to, aby czemuś się po prostu przyjrzeć realnie, a nie, jak zwykle, uwieczniać za  swoim ulubionym, małym szkiełkiem.

Wszakże nawet jego kamera nie uwieczniła wszystkiego. A jedna sekunda życia czasami może wiele zmienić. Teraz, niestety, już nic nie zmieni. Więc można jedynie odejmować i dodawać. Zmyślone sekundy. Potwierdzone minuty z życia. Komentarze. I kolejne interpretacje.
Do historii rodziny, która już od ponad dekady, nie istnieje.

(kadr z filmu: "Ostatnia Rodzina")


---
korolowa


niedziela, 9 października 2016

...bo gdy się coś weselem zaczyna, to zazwyczaj pogrzebem kończy... - czyli dlaczego nie powinieneś iść na "Wołyń."

Generalnie wychodzę z założenia, że jeżeli już mam iść do kina, to tylko na film 1) z dobrymi efektami specjalnymi; 2)wyjątkowo wyczekiwany ( jak było w przypadku "Hunger Games") lub 3) polski.


Tym razem ten ostatni okazał się być głównym powodem, dla którego w ten weekend wybraliśmy się na aż dwie (sic!) produkcje. Pozwólcie jednak, że skupię się teraz tylko na jednej z nich.


Jest rok 1943. Na jednej z ukraińskiej wiosek, mimo trwającej jeszcze wojny, życie toczy się relatywnie spokojnie. A to ktoś bierze ślub, a to komu innemu krowa się cieli. Mimo przemaszerowujących gdzieniegdzie w poszukiwaniu Żydów, umundurowanych Niemców, można by wręcz rzec, że nareszcie nastał względny spokój. Jednak w takich grupach, w jakich przyszło ówczesnym ludziom wtedy żyć: Ukraińcy, Rosjanie, Żydzi, Polacy - ciężko było takie nastroje utrzymać. Bo okazało się, że ryzykowanie życia całej rodziny za ukrywanie Żydów, to jedno. Okazało się, że  pragnący wyrżnąć całą rasę żydowską Niemcy, którzy grozili strzałem w łeb każdemu, kto próbował ich chronić, nie musieli być wcale tym najgorszym złem. Najgorsze miało dopiero nadejść.


I to z ręki własnego sąsiada.




Do tej pory zliczono prawie 400 rodzajów tortur, jakie stosowała UPA (Ukraińska Powstańcza Armia) wobec Polaków na Wołyniu. Myślę, że nie będzie dużym spoilerem, jeśli napiszę, że  - tak, niektóre z nich będziecie mogli zobaczyć w tej polskiej produkcji.


Smarzowski bowiem nareszcie nakręcił film ukazujący prawdę. Mimo początkowych problemów z uzbieraniem funduszy, udało mu się zrealizować niezwykle ważną dla nas produkcję. Nareszcie nie zostaliśmy przedstawieni jako najgorsi pijacy, burki czy złodzieje. Nie przepraszamy za coś, za co przepraszać nie powinniśmy. I w końcu nie wstydzimy się mówić głośno o tym, że ktoś w przeszłości zrobił nam ogromną krzywdę. Bo zrobił. I to wielu pokoleniom ludzi. Mój dziadek pochodził z tamtych terenów, miał tam rodzinę, znajomych. Gdyby nie został wtedy wysłany na Sybir- kto wie, czy w ogóle bym się, te kilkadziesiąt lat później, urodziła.


Nie wszyscy jednak zgadzają się z historią przedstawioną w "Wołyniu". Kogo zatem najbardziej kole w oczy? Oczywiście, na pierwszym  miejscu, Ukraińców. Lecz, o dziwo, głównie młodych, zagorzałych nacjonalistów.  Widziałam już soczyste wypowiedzi typu "Aż duma rozpiera za rodzimy kraj. Wyrżnęliśmy lachów, wyrżniemy i kacapów”; „Co sobie myślą te polskie ścierwa?”; „Dziękuję za rzeź wołyńską. Niski pokłon przed weteranami." Szczerze nie dowierzałam, gdy to czytałam.  Tego nawet nie da rady w żaden sposób skomentować.  Normalnie aż żal ściska. Ciekawa jestem tylko, czy byliby takimi samymi chojrakami, gdyby to ich tak  podpalano, wydłubywano im oczy, rozrywano skórę lub rozciągano przez konie jadące w przeciwnych kierunkach, a części ich ciała pryskałyby na różne strony, plamiąc ziemię, na której jeszcze nie tak dawno żyli z tymi  " wstrętnymi lachami" po dobrosąsiedzku.




Gdy oglądałam ten film, przypomniały mi się krótkie urywki z opowiadań mojej rodziny. Wiedziałam, że palono nie tylko chaty, ale nawet kościoły. Jednak zobaczenie tego na dużym ekranie było ogromnym przeżyciem. To był moment, który spowodował, że cały smutek, żal i złość, budujące się przez większość seansu, musiały w końcu wyjść na wierzch. Ciężko było bowiem nie zadrżeć podczas scen, w których nawet duchowni nawołują do walki. Ciężko nie uronić łzy, gdy ci, którzy powinni dbać o życie każdej jednostki, nawoływać do dobra, do przestrzegania przykazań - burzyli święte fundamenty, przyzwalając na najgorsze okrucieństwo, jakie człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi. I to, przepraszam, w imię czego? Bo chyba nie Ojca ani Syna Świętego.




Jeżeli po tym opisie dalej zastanawiasz się, czy warto obejrzeć ten film w kinie, pozwól, że Ci pomogę:


Jeżeli  obawiasz się wyżej wymienionych, drastycznych scen i nie chcesz widzieć tortur, jakie nazistowscy Ukraińcy stosowali na Polakach; jeśli nie chcesz poznać kawałka prawdziwej, solidnej historii, w której to nie my zadajemy cierpienie, a jesteśmy Werterem całej sytuacji -  jeżeli nie chcesz otworzyć oczu na to, co mogło zaważyć na wielu z nas być albo nie być - zdecydowanie odradzam pójście na seans.


Bo, żeby go obejrzeć, poczuć i zrozumieć, polecam najpierw otworzyć: umysł albo serce.
A najlepiej, od razu, obydwa.


***

korolowa


PS Jeżeli podobał Ci się post - daj like'a i/lub podaje go dalej przez udostępnienie. Dzięki!