Polub mnie na FB :)

poniedziałek, 13 maja 2013

Part IV, czyli wycieczki epizod ostatni.

Dziś już ostatnia notka na temat wycieczki w Berlinie.

Tym razem chciałam Wam pokazać oblicze tego miasta...nocą.

Razem z A. postanowliśmy wybrać się, robiąc wcześniej mały research, w dwa miejsca,  mianowicie:
Last Cathedral i Tresor.

Last Cathedral urzekło mnie już od pierwszej chwili. Jest to miejsce z pewnością dla każdego, kto ceni sobie oryginalność. Jest mroczno, jest ciemno i jest klimat.



Nad barem wisi obraz prezentujący walkę anioła z szatanem. Dookoła, gdzie tylko możliwe, poustawiane są czaszki, trupki, odwrócone krzyże oraz płonące magicznym płomieniem świece, nadające miejscu jeszcze bardziej niesamowitego nastroju.
Sufit!



W tle zdecydowanie cały czas leciał metal, co oczywiście odpowiadało naszym upodobaniom.
Osoby tam przebywające były w większości ubrane na czarno, a niektóre panie przebrały się we wręcz przepiękne, gotyckie
stroje. Atmosfera była iście diabelska!



Ceny oczywiście wyższe niż u nas, jednak tragedii też nie było - za piwo zapłaciliśmy 3,50 Euro, za wejście również się płaciło, ale nie pamiętam dokładnie ile, jakieś kilka Euro.

Wrażenie ogólne: bardzo nam się podobało :)

Kolejnym zaplanowanym przez nas do odwiedzenia miejscem był słynny klub Tresor.
Jest to prawdopodobnie najpopularniejszy klub w Berlinie (a przynajmniej tak nas zapewniano w Internecie).
 


Pierwszym problemem było dotarcie do niego - jest przeogromny (utworzony po starej fabryce), a my jakimś cudem go minęliśmy, a w zasadzie wejście do niego, przez co wszystko zaczęło nam się opóźniać.

(przy okazji pozdrawiamy polską grupę, która po angielsku pytała się nas o kierunek do tego klubu, po czym jej członkowie zaczęli iść za nami i rozmawiać w ojczystym języku, na co ja wykrzyknęłam 'O, Polacy'!).

Za wejście do Tresora musieliśmy zapłacić razem 22 Euro (11 Euro od osoby). Ani dużo, ani mało, a nas korciło by się przekonać, czy warto.
Okazało sie, że za szatnię też trzeba zapłacić, choć oczywiście dużo mniej niż za samo przebywanie w klubie.




Ponoć to właśnie tam przebywa najwięcej młodych ludzi. Co prawda nie śmiem tego podważać, jednak podczas naszego pobytu było wręcz przeciwnie - stosunkowo niewiele osób i w ogóle jakoś tak...pustawo.

Tresor zdecydowanie niczym nas nie zaskoczył - do tego zarówno bar jak i wystrój ( a właściwie jego brak) pozostawiał wiele do życzenia. Dodatkowo ta para i dymy papierosowe uniemożliwiły nam dłuższy postój, wobec czego nie zabawiliśmy tam dłużej niż półtorej godziny.



Czym zatem okazał się Tresor? Dla mnie to dalej jedynie ogromna fabryka, jedyna zmiana to podawane tam piwo i zaduch, przez który A. nabawił sie duszności i musiał potem iść do szpitala.

Czy warto tam było pójść? Tak - ale tylko po to, żeby się przekonać jak ten klub wygląda naprawdę.
Czy bym tam wróciła? Zdecydowanie nie - szkoda by mi było pieniędzy (btw, jeśli chodzi o piwo, to tam w podobnej cenie jak w pierwszym klubie).

Podsumowując: jeśli kiedykolwiek będziecie chcieli iść do klubu w Berlinie i dobrze się bawić, idźcie do Last Cathedral. Jeżeli natomiast będziecie chcieli tańczyć z jointem w jednej ręce i z piwem w drugiej, a papierosy Wam nie przeszkadzają - możecie iść do Tresora (być może i my trafiliśmy też na jakiś ferelny dzień, czego nie wykluczam).

Niemniej, Berlin zdecydowanie jest miastem młodych, pełnych życia ludzi, o czym świadczy chociażby fakt, że wracając metrem o 2. w nocy do naszego hostelu spotkaliśmy tyle ludzi co w ciągu dnia.

I taka ciekawostka: ponoć Berlinczycy o 2 dopiero wychodzą z domów, a o 6-7 nad ranem wracają - to się dopiero nazywa imprezowanie ;)

Ciekawe, czy Polacy też potrafią być tacy wytrwali?

---
korolowa