Polub mnie na FB :)

niedziela, 16 sierpnia 2015

Rozmowy para(NIE)normalne

Kiedy tracicie ukochaną osobę, najpierw załatwiacie wszelkie formalności związane z ceremonią pogrzebową. Organizujecie stypę, na którą zapraszacie najbliższe Wam (i zmarłemu) osoby, decydujecie o  księdzu, rodzaju pochówku i tak dalej.
Ludzie się zjeżdżają, składają kondolencje, płaczą albo udają że płaczą, potem jedzą, aż w końcu wyjeżdżają.

I zostajecie sami.


Przez pierwszy tydzień, miesiąc, góra dwa, co poniektórzy dzwonią do Was z zapytaniami w stylu "Jak się czujesz?', "Odwiedź nas w końcu koniecznie!", po czym, telefon nagle cichnie.
Nie ma już żadnych zaproszeń, żadnych pytań   Nie ma niczego. A przecież, tak naprawdę, wtedy zaczyna się odczuwać tęsknotę i to poczucie, że czegoś brak. 

Nie chcę tu robić specjalnych  osobistych wywodów, ale cholernie mi brakuje mojej Mamy.
Czasami się na nią złościłam, innym razem ona mogła mieć do mnie o coś pretensje, ale zazwyczaj były to pierdoły, podobne do tych w wielu innych rodzinach.

Moja Mama była najcudowniejszą kobietą na świecie. I nie piszę tak tylko dlatego, że jestem jej córką (choć po części to też na pewno jest jednym z powodów).  
Gdybym miała ją opisać maksymalnie dwoma słowami, napisałabym: optymistyczna realistka. Zawsze radosna, kwitnąca, szczera, energiczna... i piękna.
Chodzący żywioł, jednak z zachowawczym rozsądkiem. Więcej w niej jednak było tego szaleństwa, miała taki błysk w oku... I tylko ona potrafiła naprawdę wyczuć, kiedy coś się u mnie zmieniało. Nie dało jej się pod tym względem oszukać. 
Zaskakiwała mnie czasem swoją otwartością, innym razem nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego o pewnych sprawach nie chce raczej rozmawiać. Chociaż mówiła mi wiele. I ja Jej też. Na pewno nie wszystko, ale może to i lepiej - w końcu, jak to Matka, bała się o mnie. A ona była cudowną Mamą - na przyjacielskich relacjach, tak, ale nie kumpelą, lecz właśnie - stuprocentową, po prostu kochaną, Mamą.

Początkowo nie odczułam Jej braku jakoś mocno, ponieważ miałam naprawdę wiele zajęć na głowie - a to były zajęcia na uczelni, a to - jeszcze w tamtym okresie - ogród i pies, którym trzeba się było zaopiekować, a to posiedzieć z Tatą, pouczyć się, spotkać z przyjaciółkami - przy moim trybie dnia, przez pierwszych kilka miesięcy, w ogóle nie miałam czasu dla siebie. Bo wtedy, było prawie 
wszystko.
A potem, nagle, zostało jedno wielkie NIC.
Nie ma już buszującego  w ogrodzie psa. Nie ma ogrodu. Mieszkanie na kilka miesięcy stało się przystanią samotności. Potem zapełnił je ktoś inny, ale teraz...

... chwilowo znowu jest tak jakby puste. Tak puste jak nigdy wcześniej. Bije od niego takim chłodem, taką...otchłanią, w której niby nie ma niczego poza mną - a może właśnie, może właśnie jest coś jeszcze.

Bo inaczej jest, gdy po prostu w środku nocy nagle drzwi walną z hukiem, bo przecież mogłam ich nie domknąć. Jak jednak wytłumaczyć fakt, że jakieś pół godziny później z wyłączonego laptopa nagle zaczyna rozbrzmiewać włączona wcześniej na Youtube muzyka?

Już wcześniej czułam obecność Mamy, nigdy wcześniej się jednak nie bałam. Zawsze mi pomagała, wskazywała wyjście z danej sytuacji - naprawdę, czułam, jakby nade mną czuwała i pomagała mi wyjść obronną ręką z każdej opresji.

Ale to ostatnie zdarzenie, w środku nocy, naprawdę mnie zmroziło. Nie dałam rady zasnąć. Miałam ochotę płakać, ale nawet nie mogłam z siebie niczego wydobyć.
Dlatego pod wieczór dnia następnego, przed pójściem spać, wypiłam trochę wina, podwójną melisę, uspokoiłam się nieco, zostawiłam sobie nawet włączone na noc radio... po to, aby drugi dzień pod rząd obudzić się dokładnie w pół do trzeciej, tak o, bez powodu, nie wiadomo, dlaczego.

Dlatego, kolejnego dnia, wybrałam się na spacer. Taki dłuższy. Porozmawiałam z Nią. Myślałam:
"Może po prostu chciała mi na coś zwrócić uwagę, coś przekazać?"

I na tym pewnie by się ten post zakończył, ponieważ, tak naprawdę, napisałam go już kilka dni temu i prawie opublikowałam, ale jakoś się z tą publikacją wstrzymałam.

Bo wiecie, byłam u Niej. Chciałam się dowiedzieć, o czym chciała mi powiedzieć, lecz wtedy się od Niej tego nie dowiedziałam, chociaż czekałam bardzo długo.

Dopiero dzisiaj, po kilku dniach, dała mi odpowiedź. To, na co się tak wyczekałam. To, co naprawdę, już gdzieś w środku wiedziałam. To, co czułam już od dawna, lecz zagłuszałam gdzieś, skąd nie miało prawa wyjść, ale w końcu, pobudzone przez Nią - eksplodowało ze mnie niczym nieobliczalna, tykająca bomba.

Ale to, wybaczcie - zatrzymam już dla siebie.

---
korolowa