Polub mnie na FB :)

niedziela, 2 sierpnia 2015

Woodstock 2015, czyli gdzie byłam, gdy mnie nie było

Po mega męczącym dla mnie okresie, nareszcie przyszedł czas na urlop. To znaczy, właśnie go kończę z dniem dzisiejszym. Ale to nic - przynajmniej dziś mam czas na to, aby opisać Wam jedno z miejsc, w których miałam szczęście w tym roku się pojawić.
Przystanek Woodstock to obecnie jedno z największych wydarzeń typu open'air w Polsce. 
Ogólnie rzecz ujmując, to jedno wielkie, kilkudniowe namiotowisko. 
Jako, że był to mój pierwszy raz na kostrzyńskiej ziemi, byłam niesamowicie podekscytowana.
Czy przeżyję? Czy mnie nie rozdepczą? A co, jeśli się zgubię, złamię duży palec u prawej nogi lub zjedzą mnie mrówki?

Zacznijmy może od naszych przygotowań. Niestety prognoza pogody nie wydawała się zbyt optymistyczna, zatem zdecydowałam się "w razie wu" na dwie pary długich spodni + jedną 3/4 (której ostatecznie nie wykorzystałam, ponieważ nie chciało mi się jej wyciągać). Poza tym: apteczka (woda utleniona, plastry, tabletki na ból głowy itd.),  prowiant - czyli chleb, nutella, masło orzechowe i paprykarz szczeciński + masa batoników (z całego asortymentu wykorzystaliśmy dwie kromki chleba - seriously!), kurtka przeciwdeszczowa, a co najważniejsze - chusteczki nawilżające  i papier toaletowy - tego nigdy za mało! Polecam również - o czym sama nie pomyślałam - zabrać ze sobą żel antybakteryjny (dzięki, Ala!).



(Zabraliśmy również to, co widać na załączonym obrazku. Bardzo nam się przydało do posiadówek przednamiotowych. I nie, nie chodzi mi o wódkę.)

Wiedziałam, że będzie śmiesznie już od momentu wyjścia z dworca PKP, kiedy to z kolegą [M] udałam się na zakupy do miastowego Lidla, podczas gdy A. pilnował naszych rzeczy. Przy kasie M. pyta się kasjera o miejsce odjazdów busów na pole Woodstockowe, po czym pan nas grzecznie poinformował, że odjeżdżają spod Lidla i z jeszcze jakiegoś tam miejsca. Na co M., tak całkiem serio: "A gdzie jest Lidl?"

Jeśli chodzi o koncerty - niestety nie wiem, jak było na Flogging Molly (w czasie, gdy to się odbywało, ja spałam już smacznie, wykąpana, w swoim łóżeczku), natomiast jedyną kapelą, na koncert której wybrałam się jak najbardziej świadomie i z wielkim zainteresowaniem, było Within Temptation. Energia bijąca ze sceny, świetna muzyka, a do tego ta ostatnia piosenka wykonana z Roguckim 'The whole world is watching'... coś pięknego!





Resztę słyszałam raczej przypadkiem, gdzieś przechodząc (poza Melą Koteluk, na którą poszliśmy razem z kolegą, który później się zgubił i nie wiedział jak wrócić do naszego namiotu - ups, sorry, taki mamy klimat!) i zajadając się pysznymi, gorącymi bułeczkami z Lidla (serio, naprawdę są niesamowicie dobre!). Swoją drogą, okazują się, przy taaaaakich kolejkach jakie tam panowały, bycie niską osobą okazuje się być naprawdę ogromnym szczęściem :D.


Najlepsze a(tra)kcje

Poza wspomnianym pytaniem w Lidlu (o Lidla), było wieeeleee innych zabawnych momentów, typu gra w tabu i nasze odpowiedzi; niemal całkowite zniszczenie obydwu par butów przez M. i rezygnacja z zakupu trampków za 20 zł na rzecz maski- Krzyku za 15 zł; noszenie papieru toaletowego przez A. na głowie w ostatni dzień itp.Number one stało się dla mnie jednak moje wyjście z toalety, kiedy to w czasie koncertu musiałam wyjść do WC, zaś chłopcy czekali na mnie grzecznie przed toi-toiami. Wychodzę zatem z powrotem na zewnątrz (szczęśliwa jak nie wiem, bo do tej pory pamiętam te przecudne zapachy), a tu naraz masa okrzyków typu "Hurra! Wróciłaś! " , "Jeesteeś!", "Udało ci się!", po czym nagle czuję jak unoszę się do góry, a wszyscy patrzą na nas jak na...(dopiszcie sobie co chciecie ) :D. Trójka chłopaków wiwatujących na widok mnie wracającej z toi-toia i prawie że podrzucających mnie do góry z tego powodu - bezcenne przeżycie. :D.

Żeby nie było, że wymieniam tylko same plusy - well, niestety, jak już zdążyłam wspomnieć, tym razem pogoda niezbyt, poza sobotą, dopisała. Zasłyszałam, że ponoć to najzimniejszy Woodstock od co najmniej 10 lat - w nocy z piątku na sobotę było zaledwie 6 stopni!Na szczęście świetna atmosfera i ludzie, z którymi się tam spotkałam sprawiły, że mogłam się całkowicie zresetować i naprawdę, naprawdę porządnie odpocząć. Prawie trzy dni bez mediów, fejsa i instagrama. Rozmowy przy piwie. Leżenie przed namiotem. Nieprzespane, zimne noce. Gorąca sobota i piach w oczach, bo dużo dymu i jeszcze więcej ludzi.



Zresztą, tego nie da się opisać. Tam po prostu trzeba być! Dlatego zachęcam Was gorąco, abyście kiedyś wybrali się na to widowisko i przeżyli to razem ze mną.

Chociaż ten jeden, jeden raz w życiu.



Gorąco pozdrawiam!


---
korolowa

PS Przepraszam Was za format tego posta, ale od półtorej godziny próbuję go naprawić i niestety niewiele się w tej kwestii zmieniło :( a niedługo muszę w końcu iść sobie zrobić kanapki do pracy :D.