Polub mnie na FB :)

sobota, 2 kwietnia 2016

Tam, gdzie jest mój dom

Po podróżach, człowiek często chętnie wraca do domu po to, aby...odpocząć. Niby wyjeżdża się na wakacje w celach wypoczynkowych, a jednak często człowiek przyjeżdża wręcz wyczerpany. I nie zawsze chodzi o, zazwyczaj pozytywne, zmęczenie fizyczne. Psychika (a właściwie jej stan) zmusza nas niekiedy do podejmowania zmian w swoim otoczeniu, również zmian klimatu. Tylko, że nigdy nie wiadomo, czy taka zmiana wyjdzie nam na lepsze.

W Stanach mieliśmy sporo problemów na głowie. Faktem jest, że zobaczyłam zalążek innego kontynentu. Że uszczknęłam -  nieco  odmiennej od naszej - amerykańskiej kultury. Widziałam multum ludzi różnej rasy, koloru i wyznania (tak, wiem, brzmię nieco podręcznikowo, ale to prawda).
Do tego dochodzi kwestia różnic w podejściu do wielu spraw. Do klienta. Do człowieka. Do pacjenta. A może, może to po prostu kwestia podejścia do życia. Niby szybszego, a jednocześnie, na swój, ludzki sposób, powolnego życia. Taki trochę misz-masz, ale kto tam był bądź czytał moje poprzednie posty, powinien wiedzieć, o co mi chodzi.

Mieszkanie tam, jak prawdopodobnie wszędzie, ma swoje plusy i minusy. Jednak wspomniane napotkane trudności sprawiły, że nie było mi dane się tymi plusami tak w stu procentach (mimo dwóch cudownych osób, z którymi tam przebywałam) nacieszyć.

Kiedy więc odpoczęłam?

Byłam pewna, że wszystko się zmieni, kiedy wrócę do siebie, do Polski. Do własnego mieszkania. Własnego łóżka. Własnych kubków, pościeli i własnych okien na świat.
I powiem Wam, że przez pierwsze dwa, trzy dni faktycznie tak było. Po wylądowaniu miałam ochotę całować naszą europejską ziemię (samolot lądował na berlińskim Tegel). Cieszyłam się z obecności białych ludzi. Z tego, że nikt nie patrzy na mnie, jakbym była jakimś odmieńcem. Nawet z tego, że słyszę język niemiecki (i tak, już gdzieniegdzie, przewijały się polskie głosy). A już najbardziej ucieszyłam się, gdy nareszcie odnalazłam mojego kierowcę, z którym, mimo ogromnego zmęczenia, przegadałam calutką, dwugodzinną podróż (pozdrawiam miłego pana!). Wszystko znowu wydało mi się tu nagle lepsze, żywsze i takie...cieplejsze.

Euforia trwała kilka dni. W międzyczasie zdążyłam zauważyć, jak wiele różnic dzieli Nowojorczyków i Polaków. Szczególnie podkreśliłam, że chodzi mi o Nowojorczyków, ponieważ nie miałam do czynienia z nikim spoza NYC, a USA to jednak ogromny, jakby nie patrzeć, kraj, gdzie każdy stan "żyje swoim własnym życiem", po swojemu i o własnych regułach.




I wtedy zatęskniło mi się - na moment - za ich mentalnością. Właściwie, gdy przebywa się gdzieś przez dłuższy czas, to człowiek nie tylko przyzwyczaja się do panujących obyczajów, ale i sam zaczyna je u siebie zauważać. Wiem, że na początku było mi ciężko, wiem, że szybko się denerwowałam i w ogóle wszystko mnie potrafiło wyprowadzić z równowagi, co mnie - gdy to w końcu sama spostrzegłam - trochę zmartwiło. Okazało się jednak, że nie ja jedna tak miałam i że to prawdopodobnie właśnie przez zmianę klimatu oraz lekko "zdezorientowaną" gospodarkę hormonalną
Potem jednak przyzwyczaiłam się nieco do ichniejszego trybu i było całkiem ok. Przywykłam do ich powolnego robienia zakupów, do niezbyt szybkiego załatwiania spraw urzędowych. Do przesiedzianych kilku godzin w szpitalu w oczekiwaniu na swoją kolejkę.

Właśnie wtedy, w Polsce, zatęskniło mi się do ich tego slow life. 
I jakoś zaczęłam się tutaj gubić. Nie wiem, co mi się stało, ale spoglądałam na te wszystkie, smutne twarze, na ich szybkie "dzień dobry, 45 złotych, do widzenia" ... i poczułam się tak cholernie samotna. Wróciłam do Polski. To jest właśnie mój kraj - pomyślałam wtedy ze smutkiem. Może także dlatego, że pierwszy raz od bardzo długiego czasu, miałam być teraz tak długo sama.

Dlatego z jednej strony cieszyłam się na wyjazd wielkanocny do mojego taty. Cieszyłam się, choć i miałam pewne obawy. A co, jeśli nie będzie fajnie? Jeśli powiem coś nie tak (w Ameryce zaczęłam być bardziej bezpośrednia, po powrocie działało to tak do kilku dni,ale już mi przeszło).

W domu zdążyłam zatem pobyć niewiele ponad tydzień, gdzie kilka ostatnich dni byłam jakaś taka ciągle poddenerwowana - nie wiem, czy było to podyktowane wyjazdem czy innymi czynnikami.
W każdym razie - jakoś tak, mimo braku szczególnych obowiązków poza dbaniem o dom, nie mogłam odpocząć.

I kolejny raz los udowodnił mi, że potrafi być trochę przewrotny. Wyjazd ten okazał się być bowiem dla mnie zbawienny. Odpoczęłam jak nigdy. Może dlatego, że zjadłam tyle przepysznych potraw (dzięki Tato za przepyszną sałatkę, nadziewane kotlety i zupę z owocami morza! -  o ilości spożytych jaj już nawet nie wspomnę - )? Może to dzięki spokojowi miejsca, w którym przebywałam? Może dzięki temu, że znowu był ze mną ktoś bliski - ktoś, kto o mnie zadbał i sprawił, że znów poczułam się jak mała dziewczynka?  A może wszystko razem wzięte?




Ciepło nareszcie wróciło do mojego serca. Zrobiło mi się tak błogo i spokojnie. Nareszcie poczułam się dobrze. Odcięłam się, choć na chwilę, od zmartwień, które ostatnio tak bardzo zaprzątały moją głowę.

Bo wróciłam do siebie. Do harmonii. Spokoju.
Do swojego wewnętrznego domu.



---
korolowa