Polub mnie na FB :)

poniedziałek, 1 lipca 2013

Wehikułem czasu do miejsca z dzieciństwa.

Hej hej!

Tak, wiem, należy mi się ochrzan za tak rzadkie pisanie. Niemniej postaram się to jakoś nadrobić  dzisiejszym gigantycznym postem :).

Będąc jeszcze nastolatką marzyłam, by kiedyś, gdy będę miała chłopaka, zabrać go do miejsca mojego dzieciństwa. Dzisiaj taka okazja akurat się nadarzyła... i zabrałam mojego A. w rodzinne strony moich rodziców. Do miejsca, które wspominam czasem z utęsknieniem i żalem, że już mi po nim prawie nic nie pozostało... Panie i Panowie, kto nie zna, przedstawiam Wam ŁOBEZ!


Przytułaliśmy się tam dzisiaj naszym wspaniałym, nieocenionym PKP jeszcze przed południem .
Gdy wyszliśmy z pociągu, zaczęliśmy przemieszczać się po tym niewielkim, XIII-wiecznym miasteczku.

Choć głównym celem podróży było nie tyle zwiedzanie Łobza, co raczej 'odwiedzenie' wszystkich tych osób, których już nie ma, to i tak postanowiliśmy skorzystać z pięknej pogody i zabawić tu na dłużej niż 2 godziny.

Jak już jednak wspomniałam, naszym głównym zamiarem było odwiedzić groby moich bliskich: babć, dziadków, a także wujków, ciotek i innych.











Każdy grób to chwila zadumy. Z niemal każdą z tych osób wiążą mnie jakieś wspomnienia, niektórych znam tylko z opowieści.





Przy okazji cmentarza, to jest przy nim dość spory las, do którego to A. zaciągnął mnie dziś, prawdę mówiąc trochę na siłę :P bo strasznie chciał sprawdzić, czy nie ma tam jakichś grzybków do zabrania i zidentyfikowania (takie jego nowe hobby).

teren przed cmentarzem wiodący do lasu

Jeśli chodzi o architekturę, to w Łobzie mimo pewnych zmian, nadal dominuje wystrój komunistyczny  - czyli niewiele się tu zmieniło ;)

ten sklep kilkanaście lat temu był taki sam !




stare, od mojego urodzenia nie funkcjonujące już kino REGA



A. odpoczywający przed drugą części wycieczki, bo zaraz...

...

wchodziliśmy na moje stare podwórko!!



Podwórko mojego dzieciństwa ! :)

Powyżej widać blok, w którym mieszkali dziadkowie od strony mojej mamy (wcześniej był szary i bury, a mimo to bardziej...ciepły) oraz huśtawka, która jako jedyna przetrwała z całego placu zabaw. Wspaniale było porozglądać się po znajomej okolicy i wrócić myślami do dawnych lat. :)


 Dosłownie kilka metrów od tych bloków i huśtawki można zobaczyć takie naturalne cuda - rzekę Regę oraz multum zielonego obszaru,, którym Łobez może się poszczycić :)

 Most - ileż to razy przez niego przechodziłam!

 Na spacery nad Regę najczęściej chodziłam z dziadkiem od strony taty, ale lubiłam tam chodzić również i bez towarzystwa. Ta woda i zieleń niezwykle uspokajają i wyciszają.

A ten piękny 'wodospad' to nic innego jak... ścieki ;)

Przed opuszczeniem łobeskiego terenu, zaszliśmy jeszcze w jedno miejsce. Miejsce, do którego mam chyba wyjątkowy sentyment. Tam odbywały się wszystkie grille, nasze małe uroczystości, czy po prostu rodzinne wiosenno-letnie szaleństwa.

 Działka moich ś.p. dziadków [*]

 Niestety, jak widać, działka już od jakiegoś czasu nie należy do naszej rodziny. Została sprzedana. NO WAY TO ENTER.

Mimo tego smutku po utraconych bliskich, a także - w pewnym sensie - po miejscach, które już przestały być w jakiejkolwiek części moje, nie smucę się - w końcu zawsze coś musi się skończyć, aby coś innego mogło się zacząć.

Poza tym, zabrałam tutaj w końcu mojego najukochańszego łobuza na świecie, a że i jemu wycieczka się podobała, to i ja tym bardziej jestem szczęśliwa :)


Tymczasem żegnam Łobez... aż do następnych odwiedzin. Na pewno jeszcze tu wrócimy - razem :)


---
korolowa