Polub mnie na FB :)

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Ty też jesteś dzieckiem.

Budzisz się o 6:30, razem z Twoją ulubioną, budzikową melodyjką. Alarm wyłączasz. Resztę dośpiewujesz w głowie.
Idziesz do łazienki. Przeglądasz się w lustrze. Przeczesujesz włosy, robisz szybki make-up i czyścisz zęby dwa razy, bo na trzeci - według zegarka - nie masz już czasu.

Przebierasz się migiem w swój ulubiony pracowniczy zwyklaczek. Tym razem nie ubierasz sukienki - i tak masz dziś za dużo roboty, aby przejmować się wyglądem.
Już za dwadzieścia ósma. Bierzesz torebkę pod pachę i lecisz czym prędzej po schodach z trzeciego piętra. Rekord, niecałe 40 sekund! - uśmiechasz się w duchu do siebie. To na chwilę poprawia Ci humor. Po kilkuminutowym maratonie, znajdujesz się już w pracy (swoją drogą, brawa dla Ciebie już za samo utrzymywanie się na tych potężnych obcasach!).
Roboty jest od cholery - tu Cię wołają, tam Ci coś mówią. Powoli dostajesz kociokwiku, choć to dopiero początek tygodnia, a ekran komputera wyświetla 8:46. Boże, niech ten poniedziałek już się skończy.

W międzyczasie dowiadujesz się z sms'a, że nie ma już nic na obiad. Dlatego po pracy, którą kończysz o ponad godzinę później (bo przecież jest tyle do zrobienia), idziesz do sklepu na mały maraton zakupowy. Tak mały, że wychodzisz z dwiema torbami pełnymi pieczywa, proszków do prania, brakujących ściereczek i porcji warzyw na drugie danie. Tak, dziś masz zamiar zaserwować jedyny w swoim rodzaju i jakże ambitny posiłek - warzywa z ryżem! Być może zrobiłabyś coś lepszego, ale zanim dochodzisz do domu, nie masz ochoty na wykazywanie się swoimi kulinarnymi zdolnościami. Biorąc pod uwagę godzinę, o której ostatecznie stajesz przy garach - tak, warzywa z ryżem zdecydowanie wystarczą.

W międzyczasie włączasz pralkę, bo w weekend sterta do prania nieco się zwiększyła. O jakieś niedopasowane skarpetki i tę bluzkę, którą masz zamiar jutro założyć, no i od ponad miesiąca nie uprane spodnie. W kuchni wycierasz umorusaną spadającymi z patelni pomidorami, podłogę. Jest godzina 21.00. Nareszcie KONIEC.

W końcu mogę robić to, na co mam ochotę - myślisz.

Czujesz się taka dorosła. Taka odpowiedzialna. 
Tylko, że... na nic nie wystarcza Ci już siły.

W takich chwilach przypomina Ci się, jak będąc dzieckiem tak bardzo chciałaś już być duża. Być niezależną. A teraz?


Tęsknisz do tych czasów. Czasów, kiedy to Mama była Twoim budzikiem. Gdy, zamiast do pracy, rano chadzałaś do szkoły, a po niej jedynym Twoim obowiązkiem było odrobienie zadania domowego, które to i tak trwało zbyt długo (ponad 20 minut!). Do tej niezliczonej liczby momentów, kiedy to mówiłaś: "Mamooo, o nic więcej w życiu cię już nie poproszę, ale kup mi tą Barbie, pliiiz!". Pamiętasz, jak się  popłakałaś, bo za piątym razem już nie dała się na to nabrać?

A teraz? Czasem odmawiasz sobie lepszego jedzenia, żeby wystarczyło na rzeczy niezbędne do przeżycia. O nowych ubraniach zapominasz na kolejne pół roku, chyba, że jakimś cudem szef zgodzi się na podwyżkę.

Smutne? A jednak nie płaczesz, nie tupiesz nogami. Zagryzasz zęby i po prostu żyjesz dalej.

Wiesz, że zawsze może być gorzej. Ale może być też lepiej.

Uwierz więc w siebie. W lepsze jutro. Bądź naiwnie pozytywny. Tak jak dziecko.
Przecież dalej, gdzieś w środku, nim jesteś.



---
korolowa



poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Robię duże oczy...czyli pod wrażeniem "Big Eyes" Tim'a Burtona

Jeśli ktoś jeszcze o tym nie wie, to wyjawię Wam mój ...nie, w zasadzie to żaden sekret (chyba nawet zresztą poświęciłam kiedyś temu jeden z moich wpisów ). Po prostu: uwielbiam Burtona. Uwielbiam tą atmosferę panującą w jego filmach, te jego niepowtarzalne, gotyckie klimaty. Oglądałam niemal każdy jego film; co prawda nie wszystkie były do końca udane ("Alicja" i "Mroczne Cienie" na pewno nie zaliczają się do jego najlepszych dzieł), jednak większość...po prostu ma w sobie to coś, tą magię.

Burton zazwyczaj tworzy bohaterów, że tak to ujmę, 'z kreski'.  Jednak jego produkcja z 2014 roku jest czymś innym. Przede wszystkim, reżyser decyduje się w końcu zatrudnić innych aktorów niż dotychczas (w większości produkcji  Burtona występują Johny Depp i/lub Helena Carter). Ponadto, film (prawie) nie zawiera scen fantastycznych, a nawet więcej - jest oparty na faktach.

"Big Eyes" to produkcja, której z niecierpliwością wyczekiwali wszyscy fani twórczości wyżej wymienionego reżysera, w tym i ja. Już wcześniej na forach można było przeczytać masę sceptycyzmu i wątpliwości - czy Burtonowi uda się przełożyć swój niepowtarzalny styl kręcenia na realistycznych bohaterów, z prawdziwą historią w tle?




Nie będę zapewne oryginalna i powiem Wam tylko tyle: aby się o tym przekonać, musicie sami tenże film obejrzeć.
Christopher Waltz jako przypisujący sobie autorstwo obrazów swojej żony Walter Keane jest, według mnie, faktycznie miejscami wręcz w swym aktorstwie groteskowy, co niekiedy zbyt mocno kontrastuje z postacią jego delikatnej, zahukanej partnerki życiowej Margaret (Amy Adams). Czy jednak nie na tym zależało właśnie Burtonowi? W końcu przerysowanie, groteska oraz inne niestereotypowe zabiegi  filmowe to jego specjalność i jak widać, w każdym swoim dziele reżyser próbuje dodać coś od siebie.

Charakterystyczne dla Burtona są również wcześniej wspomniane elementy fantastyki. W "Big Eyes" występują one tylko raz...skupiając się właśnie na tytułowych big eyes, czyli wielkich oczach -  w scenie, w której główna bohaterka widzi ludzi z powiększonymi oczami. Oczami przepełnionymi smutkiem i tęsknotą, bólem i wewnętrzną niezgodą na obecny stan rzeczywistości...oczami tak bardzo wielkimi, głębokimi i wrażliwymi jak jej własne.
Bo ona też cierpi. Ale nic nie mówi. Nikomu nie zdradza ich małżeńskiego sekretu, ich "umowy". Czuje jednak gorycz i żal zjadający ją od środka. Czuje, że niedługo wybuchnie. Że dłużej tak nie może...


Co się dzieje później?
Nie chcąc Wam niszczyć seansu, nie uprzedzę zakończenia.
Dla mnie ten film był piękny. Nieco surrealistyczny, tak jak tytułowe Big Eyes. Jak te ogromne, smutne oczy - nieodłączny element obrazów, a nawet, śmiałabym powiedzieć, życia malarki Margaret Keane.
 


---
korolowa


środa, 8 kwietnia 2015

Te oczy brązowe...

Po napawających wiarą na nowe, lepsze życie, świętach, nadszedł - przynajmniej u mnie - czas zadumy. Zieleń została zastąpiona czernią, zmartwychwstanie - śmiercią.
Dalej, gdzieś w tle, jest ciepły kolor słońca i jaskrawość tulipanów. Dalej jest czerwień zachodzącego słońca i brąz jego oczu. Ona też miała brązowe.

O chorobie i o ludzkim odchodzeniu pięknie opowiada film Still Alice. Tak, to ten film, za rolę w którym Julianne Moore dostała w tym roku Oscara. I chyba jej się należało. Zachorować na Alzheimera w kwiecie wieku, będąc jednocześnie wysoce poważaną wykładowczynią akademicką, to naprawdę dramat. Zaczyna się od drobnostek typu zapominanie poszczególnych słów bądź list zakupów, przez niemożność przypomnienia sobie imion dzieci i trudności wymowy, a kończąc na... no właśnie. Tu pojawia się moje pytanie - gdzie skończyć? Czy oszczędzić sobie i rodzinie ciężaru własnej niedołężności dużo wcześniej, czy walczyć o przetrwanie każdego kolejnego dnia?

Próbuję sobie na to pytanie odpowiedzieć, ale nie umiem. Pytam innych - nie wiedzą. Czy cokolwiek uprawnia nas do decydowania? Kim jesteśmy, żeby o tym rozstrzygać?

Z drugiej zaś strony - dlaczego inni odchodzą szybciej niż byśmy chcieli?

Przeraża mnie jak szybko mija ten czas. Pięć lat minęło, zupełnie nie wiem, kiedy.
Tak dobrze pamiętam ten dzień.
Siedziała na szpitalnym łóżku, próbując usiąść o własnych siłach. Urocza jak zawsze, mimo braku włosów i zmęczonej twarzy. Choć w bólu, z jej okrągłych jak dwa księżyce, karmelowych oczu, biło ciepło.
Mówiły do mnie: jest źle, choć tego nie chcę. Przepraszam.
Chwilę później - już Jej nie było. Pozostawiła po sobie smutek i radość zarazem. Ciepło dnia i chłód wieczora, gdy wracały wspomnienia. Biel chmur i ciemność nocy. Jaskrawość tulipanów. Te oczy brązowe...


"Umarłych wieczność dotąd trwa,
dokąd pamięcią się im płaci.
Chwiejna waluta. Nie ma dnia,
by ktoś wieczności swej nie tracił.
"

Wisława Szymborska





---
korolowa



niedziela, 29 marca 2015

..and the oscar goes to... - o Oscarach 2015.

Wiem, tegoroczna gala Oscarów już dawno (ponad miesiąc) za nami. Postanowiłam jednak napisać co nieco na temat moich odczuć związanych z tym wydarzeniem oraz jego (nie)laureatami.
Muszę przyznać, że tym razem w większości przypadków wyjątkowo zgadzam się z wyborem zwycięzców.
Ale może zacznę od...

NAJLEPSZEGO AKTORA PIERWSZOPLANOWEGO
Ok, przyznaję się bez bicia - oglądałam tylko dwa filmy, w których udział brali nominowani aktorzy, ale po obejrzeniu Teorii Wszystkiego od razu wiedziałam, że ta nagroda powinna należeć właśnie do tej osoby. Wybaczcie mi zatem, panie i panowie, ale i bez oglądania reszty śmiem twierdzić, że Eddie Redmayne po prostu zdyskwalifikował na starcie całą resztę zawodników. Zresztą, co tu dużo mówić - gdyby nie jego rola, Teoria... nie byłaby tym samym filmem na całkiem niezłym poziomie aktorskim, a stałaby się raczej takim zwykłym szaraczkiem. Chyba najbardziej zasłużona nagroda tegorocznej gali.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA - pozostawię bez komentarza (nie to, że coś nie tak, po prostu... znowu obejrzałam tylko dwa filmy, ale gra aktorska oglądanych przeze mnie pań była zbyt uboga jak na Oscary).

NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY - póki co obejrzałam samą Idę. Tak, tą (tę?) naszą polską, w bezmiar wychwalaną Idę. Tyle pozytywnych recenzji. Same ochy i achy. Wybaczcie, ale poza ładnymi kadrami i ciekawym sposobem kręcenia, nie widzę w tym filmie nic wyróżniającego się. Nie to, że jest zły, bo nie jest. Ale Oscar? Serio? Bo (znów) o Żydach?

Jedyne, co w tym filmie naprawdę mogłoby imho zasługiwać na Oscara, to gra Agaty Kuleszy, która tym samym powinna zostać nominowana i zgarnąć nagrodę dla NAJLEPSZEJ AKTORKI DRUGOPLANOWEJ. Ale na pewno nie powinna jej dostać Patricia Arquette (!). O ile sam film był jeszcze ciekawy ze względu na długość kręcenia (12 lat!), dzięki czemu można było obserwować zmiany kulturowe, o tyle sama gra głównej aktorki w filmie Boyhood pozostawiała wiele do życzenia. A przynajmniej - w żaden sposób nie wybijała się ani nie porwała. Suchota.

Z czego natomiast jeszcze jestem zadowolona to w pełni zasłużona nagroda dla NAJLEPSZEGO AKTORA DRUGOPLANOWEGO dla J.K. Simmonsa za rolę agresywnego nauczyciela muzyki w filmie Whiplash, który to swoją drogą zgarnął również nagrodę za NAJLEPSZY DŹWIĘK.

Jeśli natomiast chodzi o głównego zwycięzcę, czyli Bridman'a... cóż, tutaj mam mieszane uczucia. Z jednej strony, cały film jest jedną, wielką, na pewno świetnie zmontowaną metaforą życia i dylematów współczesnego artysty. Obrazy, muzyka, montaż są na naprawdę wysokim poziomie. Reżyser bawi się konwencjami, kolorami, a wręcz abstrakcjami i łączy je ze sobą na różne sposoby. I faktycznie, po obejrzeniu ma się wrażenie, że: tak, to jest coś innego. Coś świeżego. Że zdecydowanie zasługuje na jakieś wyróżnienie za całokształt.

Ale wiecie, co? Jest jeszcze inny film z 2014 roku, o którym jakoś nie mówiono. Przynajmniej ja o nim wcześniej nie słyszałam.



Film ma w sobie nieco z westernu, z dramatu i również  powiedziałabym, trochę z filmu psychologicznego. Reżyserem oraz jedną z głównych postaci jest aktor Tommy Lee Jones. Historia teoretycznie jest prosta: trzy chore psychicznie kobiety mają zostać przewiezione do innego stanu, w którym to dostaną wikt i opierunek. Kiedy to jednak do odważnej Mary Bee Cady (Hilary Swank) dołącza Lee Jones, znaczy George Briss, sytuacja się nieco zmienia...ale nie powiem Wam już więcej - po prostu musicie to zobaczyć. Dla historii. Dla krajobrazów (ach, te rozległe stepy!). Dla oryginalnej relacji między dwojgiem ludzi i dla jeszcze bardziej nietuzinkowego połączenia współczesności (zwróćcie uwagę na główną kobiecą rolę) i  konserwatyzmu.
Właśnie takie filmy, zastanawiające, pełne klimatu i surowości, a zarazem ciepła, powinny zasługiwać na wyróżnienie.

Co z tego, że film ten tak jakby umknął gdzieś w szeregu innych. Dla mnie, to właśnie on zasługuje na NAJLEPSZY FILM 2014 - film Homesman.

Co z tego, że nie miał on żadnej nominacji. Zresztą -  co one w ogóle znaczą? Przecież nawet najlepsi, najmądrzejsi, najserdeczniejsi ludzie, często również zostają pomijani lub besztani.
I ujmując sobie, dają świecić innym.

---
korolowa


sobota, 7 marca 2015

Great expectations


Najpierw się rodzimy. Jeśli rodzice lub dziadkowie nie mają czasu - jesteśmy wysyłani do żłobków, potem do przedszkola, aż w końcu zaczynamy naszą edukację w szkole podstawowej. I wtedy (a może już nawet wcześniej?) kończy nam się "wolność"; pojawiają się bowiem oczekiwania. Wzrastają zazwyczaj wraz wraz z naszym wiekiem (piątka? Ee, mogłeś dostać szóstkę!;  trója z fizyki w gimnazjum? A czemu nie czwórka?). 
W liceum wymagania wzrastają podwójnie, bo przecież nie tylko trzeba przejść do kolejnej klasy, ale i zdać maturę. To znaczy, nie tylko zdać, ale i mieć lepszy wynik od, wiecie, tej zarozumiałej Aśki i syna przyjaciela rodziny. A jak tylko spadniesz z podium, to już jest źle. Mało się starałeś. Nie chodziłeś na korepetycje z matematyki, to teraz masz. A Aśka chodziła i ma: 86% z matmy, 74% z fizyki, 81% z geografii i niezliczone, nieprzespane noce. Oczywiście, wszystko na poziomie rozszerzonym. Przed nią prestiżowe, gwarantujące świetne zarobki studia. Co z tego, że mało ją interesują. W końcu będzie żyć ponad stan -  taka chluba rodziny!

A Ty? Rezygnujesz z wybranego kierunku po trzech miesiącach, decydując się na coś zupełnie innego. Może nie jest to w stu procentach dokładnie to, co chciałbyś robić, ale jest przynajmniej bliskie Twym zainteresowaniom. A może i będzie z tego coś więcej? Dajesz Wam więc szansę - TEN związek może przetrwać.

I tak mija... kilka lat. Dojeżdżasz, więc nie masz kwitnącego życia studenckiego. Po drodze potykasz się - jeden zły ruch i koniec. Kolejny rok stracony. Nikt nie wie, jak Cię to cholernie wkurza i boli. Niektórzy nie ukrywają jednak swej radości - nareszcie, w końcu można o kimś pogadać, co za fajtłapa życiowa.
Zaczynasz myśleć o sobie jak najgorzej. Może faktycznie tutaj nie pasujesz? Nie udźwigniesz tego? Czyżbym był słabszy, niż przypuszczałem?

To pytanie gnębi Cię bardziej niż to, co naprawdę powinno. Nareszcie jednak, przy minimalnym wsparciu od najbliższych, dochodzi do Ciebie, że nieważne już, co się stanie - ważna jest Twoja przyszłość, to jak sobą pokierujesz. Próbujesz więc, w swoim zamierzeniu, po raz ostatni - udaje Ci się. Co prawda Twoja droga przez mękę nie kończy się tylko na tym - życie, studia rzucają Ci kolejne kłody pod nogi, tak zupełnie niespodziewanie. Ale tym razem nic Cię nie zniszczy. Masz w sobie siłę i determinację. Obrałeś w końcu drogę i wiesz, że trzeba przez to przejść, choćby i na początku bardzo bolało. Choćbyś miał nieraz zwątpić. Choćbyś zwątpił choć raz...

Dlatego Ty, mimo przeciwności, nie poddajesz się. Nie oszukujmy się, nie robisz tego tylko dla siebie - w końcu inni Cię tak długo wspierali, że chcesz im udowodnić, że faktycznie możesz, że ich nie zawiedziesz. Ale wiesz, że trzeba zamknąć za sobą te drzwi. Czasem to zamknięcie powoduje otwarcie kolejnych, choć nie zawsze. Niekiedy warto zastanowić się, czy aby na pewno warto dochodzić do końca pewnych bram - może, mimo poświęconego już czasu, szkoda będzie na to reszty Twojego życia? To, że zaczynamy, nie zawsze musi oznaczać, że musimy kończyć. Tym bardziej, jeśli to nijak ma się z naszą przyszłością.

Gdy jednak wiesz, że obrałeś odpowiednią drogę i finalnie znajdujesz się u celu...nagle okazuje się. że to wcale nie koniec."Będziesz robił coś jeszcze?"; "Kiedy ślub?"; "Kiedy w końcu weźmiesz się za prawo jazdy?" Ludzie zawsze mają wobec nas jakieś oczekiwania. Ale wiecie, co?
Czasami trzeba na to "zlać". Jeśli czujesz, że na obecną chwilę nie potrzebujesz niczego więcej (co przecież wcale nie oznacza, że nigdy tego nie zrobisz), nie zmuszaj się, aby zadowolić innych.


Dlatego ja na pytania o podobnym charakterze od niedawna odpowiadam: stop. Odpoczywam.
Właśnie osiągnęłam to, co zamierzałam. Reszta - może. Pewnie tak. Ale nie teraz -  za chwilę.

 



 

Dziękuję wszystkim za wsparcie!

---
korolowa

piątek, 9 stycznia 2015

Fake it 'till you make it

Dlaczego człowiek czasami zmusza się do robienia pewnych rzeczy? Dlaczego, często mimo wewnętrznego buntu. dostosowujemy się do oczekiwań społeczeństwa? Wymogów, którymi już za przeproszeniem rzygamy, ale czujemy, że MUSIMY to zrobić, bo inaczej babcia się na nas obrazi, tata pokręci groźnie palcem z miną "tylko spróbuj!", a koleżanka powie "chyba Cię pogięło"?

Powiedzmy sobie szczerze: trochę idziemy  na łatwiznę. Albo jeszcze inaczej: po prostu jesteśmy wygodni. Tak, mówię też o sobie. Szkoła, studia. praca, potem najlepiej chociaż jedno dziecko. Przykładna późniejsza żona i mama. Altruistka. Bo przecież musisz być miły, uprzejmy i poukładany. A jak nie masz pracy lub jesteś aspołeczny to, według standardowego punktu widzenia, jesteś loser'em albo jakimś innym dziwnym popaprańcem czy odrzutkiem.


Skąd takie wynurzenia? Przyglądam się ostatnio swojemu życiu coraz uważniej i kontempluję, co mogłam zrobić inaczej. Czy wybrałabym to liceum, te studia? A gdybym, będąc w gimnazjum, była bardziej pewna siebie - czy moje obecne przyjaźnie w ogóle by istniały? A może spotykałabym się teraz z kimś zupełnie innym?

Najczęściej, gdy zaczynam już robić takie rozważania nad przeszłością, w pewnym momencie dochodzę do wniosku, że teraz przecież i tak niczego nie zmienię. Jednakże, analizując tą moją past, mogę wyłapać błędy, które popełniłam i zmienić kilka rzeczy po to, aby JUŻ zacząć zmieniać przyszłość.
Ciekawe jest to, że gdy tak patrzę wstecz, wiem,  że tak naprawdę niewiele bym zmieniła, zaś jakiekolwiek przemiany dotyczyłyby głównie sfery edukacyjnej. W każdym razie, na pewno nie wybrałabym wtedy tego liceum, do którego chodziłam, ani w o ogóle żadnego innego.Zamiast tego, poszłabym do technikum. I nie pchałabym się zaraz po szkole średniej na studia, a poszła na rok do pracy związanej z czymkolwiek, co mnie choć w  minimalnym stopniu interesuje. Rozwijałabym się w tym, co lubię lub co ewentualnie mogłabym robić przez jakiś czas; ale na pewno nie w tym, co muszę. Oczywiście, że w życiu zdarzają się sytuacje kryzysowe, kiedy człowiek podejmie się każdej pracy. Równie oczywistym jest, że nie każdy zaraz musi mieć skończone studia. Nie trzeba jednak mieć ukończonych żadnych fakultetów, aby się odnaleźć w życiu. Można przecież próbować, starać się znaleźć coś, co nas chociaż trochę usatysfakcjonuje.

Wiem, zdaje się Wam, że teraz próbuję się mądrzyć. Pewnie pukacie się w czoło myśląc "a co ona tam wie".
I po części macie rację: nie wiem przecież wszystkiego, wszystkich rozumów wcale nie pozjadałam.
Ale wiecie, co? Zamiast użalać się nad swoją sytuacją, można w końcu ruszyć tyłek. Robić coś. Ale nie dla babci. taty czy koleżanki. Dla siebie.

Bo wiecie, czasami też mi się nie chce, albo dopada mnie jakaś straszna chandra, tak jak wczoraj. Wtedy masz wrażenie, że jesteś skończonym idiotą, nic nie potrafisz, a każda możliwa drobnostka doprowadza Cię do płaczu. Ale wiecie co? Czasami trzeba zagryźć zęby. W końcu po nocy musi kiedyś nastać ten cholerny dzień.

Pamiętasz ten wpis?
To teraz: weź kilka wdechów. Wypłacz się. Masz do tego pełne prawo - w końcu każdego kiedyś dopadają większe lub mniejsze chwile słabości.
Gotowy? W takim razie stań przed lustrem. Czy aby na pewno widzisz siebie?

A teraz powiedz na głos: 'Bo jak nie ja, to kto?". Głośno. Głośniej!
 
Nie bój się, że się wygłupisz. Postaw sobie cele. Według tego powiedzenia, no wiesz, fake it 'till you make it. Tylko nie bądź sztuczny. Po prostu próbuj, pracuj nad tym, co chcesz, aby było poprawione. Bo skoro chcesz, to znaczy, że to coś gdzieś w środku Ciebie drzemie.  
Małymi kroczkami, zmieniaj to, co jesteś w stanie zmienić.
Tylko zmieniając swoje nastawienie i swoje przyzwyczajenia. w tremendalny sposób zmieniasz całego siebie.

Więc wstań, otrząśnij się, spójrz jaki jesteś wartościowy i do dzieła.


 So...

źródło: www.etsy.com

 ...but do not forget to be yourself.






---
korolowa




wtorek, 23 grudnia 2014

Otwórz serce (na święta)

We wczorajszym 'Lisie'  został przeprowadzony wywiad z księdzem Janem Kaczkowskim. Choć początkowo tylko zerkałam kątem oka, a drugim czytałam wiadomości z fejsa, muszę przyznać - dałam się wciągnąć. Chorujący na raka ksiądz w przepiękny sposób rozprawiał o chorobie, śmierci i Bogu. Mówił w taki sposób, że nie chciało się go przestać słuchać. Jego wypowiedzi mnie poruszyły, między innymi ta:

"Pan Bóg nie jest paskudnym dziadem siedzącym na chmurze, który mówi: 'Kowalski, twoja gęba mi się nie podoba, będziesz miał nowotwór. Takiego Boga nie ma. Jeżeli państwo mają taki obraz Boga, to ja tu przysięgam jako katolicki kapłan w sutannie; wolałbym, żebyście byli niewierzący".

Podoba mi się to w jaki sposób ksiądz Kaczkowski podchodzi do ludzi i do ich wiary. Masz prawo nie wierzyć, ale jeśli wierzysz, to niech to będzie wiara w Boga sprawiedliwego; Boga, który nie faworyzuje. Całkiem logiczne.

Poruszyła mnie również jeszcze inna nadmieniona przez księdza kwestia, a mianowicie - jak rozmawiać z dziećmi na temat śmierci. Ksiądz namawia nas, abyśmy nie bali się otwarcie mówić o czyimś odejściu, aby wszelkie sprawy związane ze śmiercią wyjaśniać wprost i by nie pozostawiać pola do domysłów, które mogą się później wiązać z problematycznymi pytaniami [np. 'babcia odeszła' 'a kiedy wróci?...]. To mi przypomniało moją rozmowę z dziewczynką, której niedawno umarła bliska osoba. Dziewczynka ma 7-8 lat [nie pamiętam dokładnie] i mam z nią korepetycje z angielskiego. Któregoś dnia przychodzę do niej, a ona, sama z siebie, zaczyna opowiadać mi o tym jak umarł jej dziadek. Z wszelkimi detalami. Po zakończonej, trwającej kilka minut historii czuję się zmieszana i nie wiem za bardzo co powiedzieć, lęk przed zranieniem tej małej istotki niemal całkowicie mnie paraliżuje. W końcu wykrztuszam z siebie (średnio przemyślane) 'To pewnie jest ci smutno bez dziadka. Tęsknisz za nim?' Jej odpowiedź jednak zwala z nóg. 'Nie'.
W mojej głowie milion myśli naraz: jak to nie tęsknisz? Nie kochałaś go? Zrobił ci coś? Przecież dał ci na pamiątkę własnego chomika!?; po czym dziewczynka dopowiada: 'Nie tęsknię, bo on dalej jest przy mnie i mi pomaga". Boże, myślę sobie, niewiarygodne.Przecież takie rzeczy słyszy się tylko w filmach. Ledwo się powstrzymałam od płaczu, chociaż patrząc na jej mądrą, słodką buźkę, wierzcie mi - było ciężko.

Dlaczego to opisuję teraz, przed Wigilią? Bo wierzę, że żeby nauczyć się współżycia z innymi osobami (nie seksualnego, zboczuchy!) trzeba też umieć rozmawiać o śmierci. Oswajać się z nią. Ja wiem, że Wy żyjecie teraz czekoladowymi Mikołajami, karpiami i dylematem czy na Wigilię ubrać białą czy niebieską bluzkę. Ja też. Ale, kurcze, powiem Wam - coś mnie tknęło i pierwszy raz inaczej spojrzałam na święta. Postanowiłam zawiesić wszelką broń i wyjąć coś innego - serce. Boże, wiem, piszę dziś jak jakaś nawiedzona (heloł, gdzie jest ta stara, denerwująca się na wszelkiej maści religijne opowiastki Karolina!?), ale ostatnie wydarzenia jakoś...nie wiem jak to opisać, w każdym razie, wiele spraw ostatnio mocno na mnie wpłynęło. Chciałam w sumie napisać zwięzłe życzenia wesołych Świąt, ale przecież dostajecie takie co roku. Ten rok był jednak na tyle niezwykły [przynajmniej dla mnie], że nie mogę tak po prostu skończyć wpisu bez dobrej puenty.



Dlatego-kochani!-życzę Wam, abyście i Wy zawiesili broń. Niech te święta staną się do tego jedynie dobrym pretekstem, początkiem drogi, która pozwoli  nam się zmienić. Zmieniając siebie, zmieniamy również innych - zatem otwórzcie swoje serca. Niewierzący powiedzą: ale na co, przecież Boga nie ma? Być może, ale jest coś innego - bliskość, zrozumienie i zaufanie do drugiej osoby. I tego właśnie Wam życzę - nie bójmy się rozmowy, takiej szczerej i prawdziwej; bez lęku, że ktoś nas oceni. Nie bójmy się uzewnętrznić. Nie tylko na Święta.

---
korolowa

poniedziałek, 20 października 2014

Bo jak nie TY, to kto?

Czujesz, że życie ucieka Ci przez palce. Patrzysz na to, co się wokół Ciebie dzieje. Sześciolatki nie odnajdują się w szkołach. Poczekalnie w przychodniach przepełnione są narzekającymi, starszymi ludźmi. System edukacyjny, praca, służba zdrowia i jeszcze wiele innych przysparzają Cię o palpitację serca, a nawet więcej. Masz wybór: możesz dołączyć do tych rozczarowanych, lamentujących osób. Albo - możesz coś zmienić.

JEST ŹLE, WIĘC PO CO COKOLWIEK ZMIENIAĆ?
Widzisz jak Jolka dostała pracę w wielkiej firmie dzięki temu, że jej mama tam pracuje. Daniel uczył się za granicą, bo ma bogatych rodziców i tylko dlatego spełnił swoje marzenie o byciu weterynarzem. A ta wredna, ruda i w dodatku mała Kaśka dostała ciepłą posadkę w starostwie, bo jej tata przyjaźni się z kimś tam, kto zna prezydenta miasta. 'To niesprawiedliwe!' - myślisz. Może i tak, ale po co się skupiać na tym, czego i tak nie zmienimy? Sięgnij wreszcie po swoje marzenia!

NIE ZROBIĘ TEGO, BO...
Już jest dobrze, już wiesz, że szkoda marnować czas na spoglądanie na ręce i życie innych. Postanawiasz coś w sobie zmienić, osiągnąć sukces, 'zrobić sobie dobrze' na przyszłość.
Z realizacją jednak jest już gorzej. 'Nie mam pomysłu na siebie ', 'brak mi funduszy na rozpoczęcie wymarzonej firmy', 'jestem za mało atrakcyjna/zabawna/inteligentna', 'nie chcę zostawiać rodziny'.
BŁĄD ! Odrzuć wszelkie 'nie mogę/nie potrafię/nie będę wystarczająco dobra'. Z takim nastawieniem faktycznie niewiele się uda. Zamiast od nawykowego już 'och, znowu tak szaro/brzydko /nic mi się nie chce', swój poranny, lustrzany rytuał zamień na 'jestem świetna/mądra/jeszcze troszkę poćwiczę/popracuję nad sobą i na pewno dam radę!'. No pewnie, że dasz - kto jak nie Ty? :)

STARAM SIĘ, ALE MI NIE WYCHODZI
Próbujesz schudnąć, ale jeszcze daleko Ci do figury Claudii Schiffer?  Zapisałeś się na kursy/studia podyplomowe/ byłeś na stażu, ale ciągle nie możesz znaleźć wystarczająco dobrej pracy? HELOŁ - nie od razu Rzym zbudowano! Wiadomo, że job market jest jaki jest, że gospodarka w naszym cudnym kraju wygląda jak wygląda, albo ludzie mają choroby, które spowalniają chudnięcie bądź przez które nie mogą schudnąć niemal w ogóle. Bo tak jest. Każdy, kto trzeźwo patrzy na życie w Polsce (Czesław Mozil ostatnio nawet bardzo, ale o tym może kiedy indziej) również to dostrzega. Ale ten, kto ma marzenia i CHĘCI, nigdy się nie poddaje. Zatem zagryź zęby, weź się w garść i - nie na złość innym, ale samemu sobie udowodnij, że POTRAFISZ. Że się nie poddasz.  
Bo jak nie TY, to kto?

I pamiętajcie:



---
korolowa