Polub mnie na FB :)

niedziela, 5 stycznia 2014

Sugar Man - czy nie przesłodzony?

Inspiracją do napisania owego posta stał się tym razem film dokumentalny, gorąco polecany przez mojego Tatę. Gdzieś tam, w głowie, jego tytuł brzmiał mi dość znajomo. Sugar Man.

Jeśli zamierzacie obejrzeć ten film - nie czytajcie dalej!

Dokument zaczyna się od pokazania ulic, uliczek, pubów amerykańskiego miasta Detroit. To tam, ponoć, swoje pierwsze, muzyczne kroki, podejmował niejaki Sixto Rodriguez. To tam dostrzegli go producenci, dzięki którym dostał niemal niepowtarzalną szansę - udało mu się podpisać kontakt z wytwórnią Sussex Records, wydając tym samym dwie płyty - Cold Fact (1970) i Coming from Reality (1971). Albumy, niestety, nie zrobiły żadnej przewidywanej furory, wręcz przeciwnie - okazały się być całkowicie niezauważane przez amerykańskie społeczeństwo.

I tu historia urywa się na bardzo długi okres czasu. W tym czasie właśnie, płyty Rodrigueza jakimś cudem dostają się do RPA, gdzie - o dziwo - zaczynają cieszyć się ogromną popularnością. Były one dla tamtejszej społeczności rodzajem hymnu, który pomagał im walczyć z polityką apartheidu. Były słodyczą dla uszu, takim cukierkiem na zachętę, aby coś w końcu zmienić.
Jedno tylko dręczyło głowy tych (i nie tylko tych) ludzi: kim jest autor tych, jakże budzących wrzawę, utworów?

W dobie przed Internetem oraz telefonami komórkowymi ciężko było jednak ustalić pewne fakty. Mężczyzna na okładce płyty nosi bowiem okulary i nie wyróżnia się niczym szczególnym, a i jego imię i nazwisko również były wtedy jeszcze niepewne.

Sprawą mocno zainteresował się dziennikarz Craig Bartholomew. Próbował szukać, docierać, dzwonić. Czasami wpadł na jakiś trop... który potem okazywał się nie być zbyt pomocny. Był jednak pewien, że jeżeli cokolwiek znajdzie, to jedynie czyjeś wspomnienia lub też wynagrodzenia za koncerty - mówiło się bowiem, iż Rodriguez zastrzelił się podczas własnego koncertu.

Poszukiwania, zdawało się, spełzły na niczym. Minęło 20 lat, nadzieja na odnalezienie poszukiwanego człowieka już prawie się wypaliła. Nadchodzą czasy Internetu. Na pewnym forum umieszczona zostaje informacja o poszukiwaniu Rodrigueza. Nagle, ktoś się odzywa. Jedna z jego córek deklaruje swoją chęć do współpracy, do rozmowy o swoim ojcu, który, jak się okazuje... żyje i ma się całkiem dobrze.

Przyznam szczerze, że historia sama w sobie nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Ilu jest/było niedocenionych muzyków z tamtego okresu, o których również słuch zaginął? Tutaj została jedynie dodana nuta dramatu : wierzono w mit Rodrigueza strzelającego sobie na scenie w łeb, podczas, gdy on żył naprawdę. I, fakt, to na pewno dodaje temu wszystkiemu pewnej wyjątkowości.
Plus cały filmowy montaż. Muzyka. Zdjęcia Detroit, krótkie filmiki z koncertów i wywiady, przeplatane utworami Sixto, to było magiczne połączenie, które wprawiało nas w stan wręcz transcendentny.
Czy jego muzyka jest jednak  lepsza od Boba Dylana, jak twierdzono w owym dokumencie? Wydaje mi się (oczywiście to tylko moja subiektywna opinia), że takie stwierdzenie jest lekką przesadą. Sixto w pierwszej piątce najlepszych artystów? Po przesłuchaniu jego płyt, mogę z całą pewnością stwierdzić, że ja sama znam dużo lepszych (nie wspominając już o tych nam zupełnie nieznanych).

Co mnie natomiast poruszyło jeśli chodzi o samego artystę, to jego skromność i pokora. Ponoć początkowo był nawet dość przeciwny realizacji tego dokumentu. Całe życie ciężko pracował fizycznie i żył w skromnym domku. Niektórzy powiadali o nim nawet 'bezdomny', 'włóczęga', bowiem przez pewien czas wyglądało, jakby Sixto nie miał domu i ciągle szukał swego miejsca.

Jeśli chodzi o sam film, to spokojnie mógłby być krótszy, bowiem wiele informacji powiela się w trakcie jego trwania. Z drugiej strony - gdyby nie był na tyle długi, zapewne nie byłoby tylu wstawek, odniesień do lat ubiegłych. Nie byłoby tylu piosenek, utrzymujących klimat filmu. A co jak co, ale klimat trzeba docenić... w końcu każda, nawet najpiękniejsza historia, bez choćby szczypty magii, mogłaby przejść, tak po prostu, bez echa.



---
korolowa