Polub mnie na FB :)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Gran Torino

Wczoraj, z braku wiekszej weny, usiedliśmy sobie całą trójeczką około godziny 22. razem w pokoju dziennym, zwanym potocznie 'stołowym'. Otworzyliśmy szampana, po czym stwierdziliśmy, że fajnie by było coś obejrzeć.

Andrzej powiedział, że może ściągnąć Gran Torino. Słyszałam o tym filmie, ale nie wiedziałam nawet dokładnie, o czym jest.

Po 15-stu minutach film był już ściągnięty.
I w ten właśnie sposób rozpoczęliśmy wspólnie śledzić losy Walt'a Kowalskiego (Clint Eastwood), weterana wojny w Korei, zatwardziałego rasisty. Całkowicie odciętego od najbliszej rodziny, nie utrzymującego kontaktów z synami czy wnukami, mieszkającego w dzielnicy z Chińczykami, do których ma wyjątkowe uprzedzenie.

Tytułowy Gran Torino to jego zabytkowy samochód, którego to jeden z, jak to Walt ma w zwyczaju mówić, żółtków, próbował, zmuszony przez kuzynów, mu ukraść.

W ramach odkupienia grzechów, Thao (żółtek, którego Walt ciagle nazywał Toad [ropucha]) ma pomagać przez tydzień Walterowi w czymkolwiek, co sobie starszy pan wymyśli.




I tak oto zaczyna się opowieść. O walce z uprzedzeniami. O oddaleniu i przybliżaniu. 

Ale, co mnie ujęło, także o bliskości z pozornie-nieznajomymi oraz odwracaniu się od najbliższych.
Jak to jest, że czasami mamy więcej wspólnego z ledwo poznanymi osobami niż z własną rodziną?
Jak to się dzieje?
Czy Wy też tak macie, że (przynajmniej czasami) sto razy szybciej pomoglibyście sasiadowi niż własnemu rodzicowi?
Zostawiam Was z tym pytaniem, jednocześnie polecając obejrzenie tego filmu.

Bowiem nie jest to film o samochodach, jak to się niektórym może wydawać, ani o żadnych pościgach.
Oglądając go, może się okazać, że ten film dotyczy w pewnym sensie również Was.





---
korolowa